Выбрать главу

– Gdzie mam iść?

– Do innego miasta.

– Są tu inne miasta?

– Nie wiemy. Może są. Skoro oni tak mówią…

– Pójdę sobie, jeżeli mi powiecie, gdzie jest mój pies – oznajmiła kategorycznie Agata.

– Co to jest pies?

– Duże, futrzaste, ma cztery łapy, ogon, biega, szczeka, warczy… Jest czarne.

– Och! Och! Nie może być czarne! Mówisz o dzikich uru, ale uru nigdy nie są czarne. Są kolorowe i złe. Gryzą, warczą i są od dawna przeklęte. Nie powiesz chyba, że szukasz uru! Nie rób tego, bo to niebezpieczne! – zaświergotały trwożnie głosy.

Nagle jeden z Najstarszych ziewnął szeroko. Za chwilę ziewał drugi i trzeci. Ich ziewanie stawało się coraz bardziej rozdzierające.

– Wybacz, Ta, nadchodzi święta pora snu… – wymamrotał jeden z nich i już po chwili wszyscy układali się gdzie popadnie. Trzech zajęło szerokie łoże, dwóch zasypiało na krzesłach, z opuszczoną bezradnie na piersi głową, a dwóch po prostu ułożyło się na podłodze.

Zrezygnowana Agata usiadła koło nich. Najstarsi wydawali z siebie delikatne, przechodzące w jęk chrapanie. Śpiąc, poruszali się niespokojnie i przewracali z boku na bok.

– Jest… jest… tak, już przyszła – wymamrotał jeden z nich i znowu zachrapał.

– Och, góry, wiem, ale nie męcz mnie, nie męcz… – zaszeptał rozpaczliwie drugi i zasłonił łokciem twarzyczkę. Ich chrapanie to wzmagało się, to ściszało, przypominając brzęczenie roju pszczół.

Pewnie oni teraz z nimi rozmawiają – pomyślała Agata. – Co z tego, skoro ci biedni staruszkowie nie umieją powtórzyć tej rozmowy? Są tacy sami jak mieszkańcy miasta, zaspani, apatyczni, obojętni. A tymczasem ja, bez czyjejś pomocy, nie trafię nawet na drugą stronę lustra!

Dzień powoli chylił się na stronę nocy. Niebo, widoczne przez szerokie otwory okienne, przybrało barwę wrzosową, a potem zaczęło fioletowieć.

U nas, na Ziemi, z barwy różowej przeszłoby w ciemną czerwień – zadumała się dziewczynka. – Tęsknię do czerwieni. Nasze wschody i zachody słońca są znacznie piękniejsze, choć mamy tylko jedno słońce. Jakże wiele znaczyć może brak jednego koloru! Właściwie jest to niemal kalectwo. Tylko jeden kolor, a wszystko od razu jest o tyle uboższe… Jaki byłby na przykład świat bez zieleni? Chyba straszny; świat bez zielonych łąk i krzewów, bez zielonych drzew i zielonych oczu… A świat bez błękitu? Co rano, budząc się, widziałabym niebo, ale na przykład w kolorze wrzosu, a nie lazuru… A żółć? Biel? Czerń? Świat bez ciemnej nocy… Jakże byłby męczący… Teraz dopiero widzę, że każdy kolor jest potrzebny, do czegoś służy, jest niezbędny człowiekowi. Kto tak potwornie okaleczył ten świat? A może zawsze był taki…? Nie, to niemożliwe…

„Kaleki” – był to przymiotnik, który zdaniem dziewczynki bardzo tu pasował. Kalectwo, spowodowane niepojętym brakiem jednego z siedmiu podstawowych kolorów, zubożało tę krainę, jej przyrodę, jej miasta, nawet urodę jej mieszkańców. Także niebo – które teraz z ciemnego fioletu zaczęło powoli przechodzić w barwę granatu i ukazywały się już na nim pierwsze, tak dziwnie obce gwiazdy – było zubożone o tę jedną barwę wschodzącego i zachodzącego słońca.

Chrapanie Najstarszych zaczęło przycichać. Agata odwróciła się od okna i ujrzała, że powoli, jeden za drugim, Srebrzystowłosi budzą się z głębokiego, choć krótkiego snu. Zaczęli przecierać zaspane oczy, przeciągać się z jękliwym postękiwaniem, ich stare, kruche kości z trudem się prostowały.

– Dlaczego wszyscy ciągle śpicie? – spytała dziewczynka oskarżycielsko. – Miasto się wam wali, umiera, a wy śpicie!

– Święta pora snu ogarnia każdego przynajmniej raz na godzinę. Tylko najsilniejsi mogą nie spać aż dwie godziny – wyjaśnił z godnością jeden z Najstarszych.

– A czy zawsze tak było?

– Podobno nie zawsze. Ale co roku każdy z nas potrzebuje coraz więcej snu – westchnął drugi.

– Ponoć kiedyś, ale to było dawno, dawno temu, ludzie spali tylko w nocy. Jednak nie chce mi się wierzyć, aby to była prawda – pokiwał głową trzeci. – Jakżeby to było możliwe? Przecież nikt by nie miał sił, śpiąc tak krótko! A ile ty śpisz?

– Tylko w nocy – powiedziała Agata.

– Kłamiesz. Gdy przyszliśmy do ciebie, właśnie spałaś…

– Och, bo wy zarażacie mnie swoją sennością! – obruszyła się dziewczynka. – Powiedzcie mi, czemu w tym domu nie ma ani jednego lustra? I gdzie mogę je znaleźć?

– Co to jest lustro? – zaniepokoili się Najstarsi. – Czy także coś futrzastego i okropnego jak uru?

– Skądże znowu! Lustro jest gładkie, bardzo gładkie i bardzo błyszczące, i odbija to, co przed nim się znajduje – wyjaśniła dziewczynka.

Najstarsi poruszyli się niespokojnie.

– Cały czas mówisz o jakichś okropnych rzeczach – zajęczał jeden.

– Cóż okropnego jest w lustrze?!

– Wszystko! – zaświergotało naraz kilka głosów. – Lustro może przejrzeć cię na wylot i zrobisz się przezroczysta, a potem znikniesz! U nas nikt nie zna i nie chce znać podobnie niebezpiecznych przedmiotów!… Skoro jesteś Ta, to rób, co masz robić, byle szybko! I idź sobie! Niepokoisz nas i sprawiasz, że lękamy się… A może nie rób w ogóle niczego? Tak, tak… najlepiej nie rób niczego, niech już będzie, jak jest, bo mogłoby być gorzej! I wracaj, skąd przyszłaś!

– Nie wrócę bez psa i bez lustra! – tupnęła nogą Agata, ale nikt jej nie słuchał. Ptasie głosy wzbijały się pod niewysoki sufit i lamentowały jękliwie. Równocześnie Najstarsi poprawiali swoje szaty, układali starannie faliste, połyskliwe włosy, otrzepywali się z niewidocznego kurzu.

– Musimy już iść – rzekł uroczyście jeden. – Powiedzieliśmy ci już wszystko. Nie mamy tu nic do roboty.

– Czy oni nie mówili wam we śnie, dokąd mam iść? – spytała zrozpaczona dziewczynka.

– I tak byśmy to zaraz zapomnieli – wyznał szczerze drugi. – Ledwie zapamiętaliśmy, że mamy wszystkim mówić, że nadejdzie Ta z takimi włosami. Gdyby oni nie powtarzali nam tego co noc, zapewne każdy by to szybko zapomniał…

– Oni nie mówią nam wszystkiego. I wcale tego nie chcemy – zamachał rączkami trzeci. – Nie chcemy, żeby ich sprawy były naszymi sprawami. Chcemy spokojnie żyć i spokojnie spać. Gdy oni do nas mówią, mamy bardzo męczące sny.

– Święta pora snu staje się udręką – zakończył czwarty. – Dlatego najlepiej byłoby, żebyś sobie stąd jak najszybciej poszła.

– Nie wyrzucamy cię, nie sądź nas źle, ale na pewno nie masz tu nic specjalnego do zrobienia – pokiwał głową piąty. – Myślę, że to, co masz robić, powinno być zrobione za murami miasta. Więc idź już sobie!

– Mogłabym wam powiedzieć, co macie czynić, żeby ratować to miasto – powiedziała Agata. – Mogłabym wam nawet w rym pomóc. Co prawda wcale nie mam na to ochoty i sama pragnę je opuścić!

– To głupia propozycja – obruszył się pierwszy. – To, co ma ulec zniszczeniu, i tak się zniszczy, widać takie jest przeznaczenie. Nikt z nas nie miałby zresztą siły, żeby ratować miasto. Wszystkie miasta są skazane na śmierć, a my razem z nimi. I tak my pomrzemy szybciej, niż umrze miasto. A teraz żegnaj, Ta, i nie męcz nas już…

I Najstarsi w popłochu wyszli. Agata znowu została sama.

– Nie ma tu psa, nie ma lustra, więc chyba rzeczywiście nie mam po co przebywać tu dłużej – powiedziała głośno do siebie. – Jedyne, co mi pozostaje, to wyspać się i skoro świt iść dalej, choć, doprawdy, nie mam pojęcia, w jakim kierunku! A może oni we śnie podpowiedzą mi, co mam dalej robić…?

Agata zjadła dwa wielkie fioletowe owoce, które w tajemniczy sposób znakomicie zaspokajały głód i pragnienie co najmniej na parę godzin, i ułożyła się wygodnie w łożu. Sen długo nie nadchodził. Dziewczynka obracała się z boku na bok, niespokojnie rozmyślając. Wydawało się jej niemożliwe, aby lustro zmusiło ją do przyjścia tutaj tylko dla zabawy. Mieszkańcy miasta muszą mieć rację, gdy powtarzają, że ona, Ta, ma w tym dziwacznym, pozbawionym czerwieni świecie coś do zrobienia, musi spełnić jakąś z góry przewidzianą misję – nim będzie mogła powrócić do siebie, do domu.