To niemożliwe, żeby lustro zaproponowało mi tylko krajoznawczą wycieczkę, dziwny spacer po obcym świecie – rozmyślała dziewczynka, wiercąc się nerwowo w szerokim łożu. – Zbyt wiele włożyło wysiłku, by mnie tu ściągnąć, posunęło się nawet do porwania mi psa, więc czegoś ode mnie żąda, ma w tym jakiś swój ukryty cel. Jeśli ci tajemniczy oni mi tego nie powiedzą, nigdy się nie dowiem, a w każdym razie na pewno nie dowiem się tego tu, w tym skazanym na śmierć, ospałym mieście. Więc tak czy owak muszę stąd iść. Ale dokąd…?
Sen przyszedł znienacka i wyzwolił dziewczynkę od niespokojnych myśli. Znowu ujrzała mroczne, posępne góry. Porośnięte gęstymi lasami, wystawiały ku obu słońcom nagie wierzchołki. Ciemne otwory pieczar wołały niecierpliwie, by weszła do nich, porzucając strach. Echo niosło dalekie szczekanie psa. I Agata doszła do wniosku, że powinna iść właśnie tam, aż do podnóża wysokich gór, i odszukać wejście do jednej z pieczar. Musi iść tam, gdzie ją wołają i gdzie widocznie ktoś jej potrzebuje. Senne postanowienie wydawało się jej mocne i jedynie sensowne. Dopóki spała…
Gdy obudził ją jaskrawy blask obu słońc, sen o górach poszedł w niepamięć. Zostało tylko rozczarowanie, że nikt z nich nie mówił do niej we śnie, nie doradził, gdzie ma iść i co czynić. W dzień te odległe, wzywające ją góry wydawały się jakąś niedobrą i groźną pułapką. Zbyt natrętnie przypominały o swojej obecności, zbyt natarczywie wołały. Jak lustro.
W tych górach czeka cię zguba – podpowiadał dziewczynce rozum, który o wiele silniej niż instynkt dochodził do głosu w świetle poranka. – Kusy na pewno nie poszedł w góry, bo cóż by tam robił? Raczej, przywykły do obcowania z człowiekiem, udał się w stronę ludzkich siedzib, a gdy natrafił na mur odgradzający miasto, pobiegł gdzieś w dolinę – rozmyślała dziewczynka. – Więc i ja, po wyjściu z tego okropnego miasta, muszę iść w głąb doliny…
Agata zjadła jeden fioletowy owoc, a kilka zapobiegliwie zabrała na drogę. Ostatnim spojrzeniem ogarnęła niedużą, zaniedbaną komnatę – swe przejściowe siedlisko w tym mało przyjaznym mieście – i wyszła. Udała się w stronę muru.
Mieszkańcy miasta śledzili jej przemarsz wzrokiem nieufnym i obojętnym.
– Do widzenia – mówiła Agata przypadkowym przechodniom. – Do widzenia, idę stąd, zostawiam was…
– Do widzenia, Ta, najlepiej będzie, gdy sobie pójdziesz – przytakiwali jej zgodnie.
– I nie rób niczego pochopnie – doradzali inni. – My nie chcemy żadnych zmian. Jest nieźle, a może być gorzej…
– Czy nie ma żadnej bramy w murze? – pytała Agata innych przechodniów.
– Po co brama, gdy nikt przez nią nie wychodzi? – dziwili się zagadnięci.
– Kto byłby tak niemądry, by wychodzić z miasta? – oburzali się inni. – Miasto jest dobre, a tam jest niebezpiecznie.
– Skąd to wiecie, skoro nigdy nie wyszliście poza mury?
– Och, jak może być dobrze gdzieś, gdzie nie ma żadnych murów?! – oburzali się jeszcze bardziej.
– Jak mam wyjść z miasta, skoro nie ma bramy? – wypytywała Agata.
– Tak jak przyszłaś! Drogą strażników! – świergotali mieszkańcy.
– Jakich strażników? – zdziwiła się Agata i zarazem ucieszyła na myśl, że poza zobojętniałymi na wszystko mieszkańcami miasta istnieją jeszcze jakieś inne, być może ciekawsze istoty.
– No, strażników! Nie rozumiesz?
Agata nie rozumiała, kim są strażnicy, choć już doskonale pojmowała, że nie ma sensu dalej o nich pytać, gdyż i tak niczego się nie dowie.
Duży pleciony kosz, opasany grubymi linami, stał na swoim miejscu. Z pewnymi trudnościami udało się Agacie nakłonić paru przechodniów, żeby jej pomogli.
– Kim są strażnicy? – zapytała ponownie, nim weszła do kosza.
– Strażnikami, przecież ci mówimy… – usłyszała odpowiedź.
– Właśnie dlatego was opuszczam – mruknęła dziewczynka, gdy kosz zjeżdżał już chwiejnie na linie. – Dlatego, że niczego mądrego nie można od was usłyszeć. Niczego!
Kosz stanął na bujnej, soczystej trawie, nie tkniętej nigdy nogą mieszkańców dziwacznego miasta. Ich główki, połyskując w świetle słońc oszałamiającą gamą kolorów, jeszcze chwilę wychylały się zza muru, nim zniknęły na dobre.
– Żegnajcie, biedacy! – szepnęła do siebie. – Nawet nie wiecie, jak żałosne jest wasze życie za tym niepotrzebnym murem. Życie bez wysiłku i bez emocji, bez pracy i bez zasłużonego odpoczynku, bez miłości i gniewu… Nawet mrówki wydają się bardziej szczęśliwe. Żegnaj, umierające kamienne miasto! Pewnie już nigdy cię nie zobaczę, i niewiele minie lat, a rozsypiesz się w pył…
Rozdział siódmy
W oślepiającym blasku obu słońc na szyi Agaty jasnozielonym światłem pulsował szmaragdowy kamień.
– Jeszcze może się przydać – szepnęła, dotykając go dłonią. Był ciepły i wydawało się, że żyje jakimś własnym utajonym życiem.
Kto i kiedy go wynalazł, skoro mieszkańcy miasta są niezdolni do żadnego umysłowego wysiłku? – zastanawiała się dziewczynka.
Miasto oddalało się z każdym krokiem, a jego biały mur znowu wydawał się nieskazitelnie piękny. Piętno śmierci wyryte w jego kamieniach widoczne było tylko z bliska.
Dolina łagodnymi tarasami opadała w dół. Jej dno, odległe o wiele kilometrów, kryła gęsta mgła.
Chyba pójdę i sprawdzę, co kryje się w tych mgielnych oparach. Może tam znajduje się Kusy i wyjaśnienie zagadki? – pomyślała.
Trawiasta, rozległa łąka usiana była wielobarwnymi kwiatami, pełna kolczastych krzewów i paprociowatych, potężnych drzew.
Cokolwiek czerwonego ogromnie podniosłoby urodę tej krainy – dumała dziewczynka maszerując. – Choćby jeden malutki, malusieńki czerwony kwiat… Lub nawet malutka biedronka przycupnięta na jednym z tych pięknych białych kielichów… Niechby choć jeden z tych ptakomotyli miał purpurowe skrzydła… wszystko wyglądałoby wtedy inaczej.
Ogromne ptakomotyle znowu pojawiły się nad jej głową, fruwały swobodnie, co jakiś czas zatrzymując się, jakby oszołomione niezwykłym płomienistym kolorem jej włosów. Nawet drzewa, mimo braku wiatru trzeszcząc konarami i szeleszcząc liśćmi, kierowały ku niej swe długie gałęzie w niemym zachwycie nad siódmym, nie znanym im kolorem. Dopiero teraz, gdy ponownie znalazła się wśród przyrody tego obcego świata, Agata wyczuła, że jej obecności towarzyszy jakieś pełne niezwykłego napięcia zainteresowanie wszystkiego, co żyje: kwiatów, drzew, krzewów, ptakomotyli, a nawet trawy. Gdy spoczywała na chwilę w dobroczynnym cieniu drzewa, trawa pieszczotliwie muskała jej włosy, jakby zdziwiona i zarazem mile zaskoczona. Agata wszędzie wyczuwała niewidzialne spojrzenia, które z niezwykłą intensywnością przywierały do koloru czerwieni, płomieniście iskrzącej się na jej włosach.
Dopiero po godzinie marszu dziewczynka ujrzała pierwsze zwierzęta. Płowe, drobne i zwinne, przypominały zające. Właśnie wizerunkiem takiego zwierzątka lustro zwabiło Kusego. Na jej widok stworzonka przystawały w radosnym zachwycie, wcale nie spłoszone. Wyglądało na to, że nie znają ludzkich istot i nie zdążyły jeszcze doznać od nich krzywd, więc ciekawość przeważała nad strachem. Pozwalały Agacie podchodzić do siebie bardzo blisko i dopiero wówczas smyrgały spod jej nóg, kryjąc się w wysokiej trawie.