Выбрать главу

Upał narastał z każdą godziną. Blask obu słońc sączył z nieba dokuczliwy żar. Zmęczona Agata przysiadła w cieniu drzewa, wyjęła z torby soczysty, choć mdły w smaku owoc i jedząc go, zaczęła rozglądać się dokoła. Cały czas miała nadzieję, że wreszcie gdzieś dostrzeże wysmukły kształt ukochanego psa, że usłyszy jego radosne szczekanie. Ale poza zającopodobnymi zwierzątkami i zwiewnymi, przypominającymi motyle ptakami – nic żywego nie poruszało się w całej tej rozległej dolinie. Im dłużej dziewczynka spoglądała na nią, tym bardziej zaczęła się jej wydawać monotonna.

Spotkałam dotąd tylko dwa rodzaje żywych stworzeń – zadumała się. – Jakież to ubóstwo w porównaniu z ziemską przyrodą! Mam jednak szczęście: gdybym trafiła do świata pełnego życia, mogłabym zginąć od kłów lub pazurów… A Kusy? Kusy na pewno już by nie żył do tej pory…

Skurcz niepokoju poraził jej serce. Dziewczynka opuściła dobroczynny cień drzewa i wolno ruszyła dalej. Mijały kolejne godziny marszu i widziała ciągle to samo: falującą zieleń traw, skłębioną kolczastość krzewów, rozłożyste konary drzew.

– To zaczyna być męczące i nudne – szepnęła. – Gdyby wreszcie w tym przeklętym krajobrazie pokazało się coś nowego…

I nagle wydało się jej, że w pewnym oddaleniu dostrzega jakąś przysłoniętą cieniem drzew budowlę. Przyspieszyła kroku. Z każdym metrem, który ją zbliżał do niewidocznego w pełni obiektu, utwierdzała się w mniemaniu, że ma do czynienia z dziełem ludzkich rąk. Zdawało się jej, że widzi kolistą kamienną basztę, prześwitującą spomiędzy drzew, to znowu majaczyły jej wśród zieleni niezwykle szerokie schody.

– Jakiś dwór… albo nawet pałac – powiedziała przejęta. – Może nareszcie spotkam tych, którzy mnie tu sprowadzili. Przecież za wszystkimi sprawkami lustra musi kryć się ktoś rozumny i żywy! Może wreszcie dowiem się, p co chodzi, i odzyskam Kusego…

Szła coraz szybciej, niemal biegła, podniecona i wzruszona. Serce biło jej coraz mocniej, a pot skapywał do oczu dużymi kroplami. Prawie nic nie widziała, poza majaczącym, coraz wyrazistszym kształtem potężnej budowli. Już widoczne były schody, szerokie, ogromne, kamienne… I wysoka, okrągła wieża… I chyba pałac… wielki, bogaty, rozłożysty budynek z licznymi oknami… Bardzo duża, ozdobna brama…

Dziewczynka przystanęła, zmęczona, i otarła pot z twarzy. Mgiełka przed oczami po chwili ustąpiła. Serce biło coraz szybciej, a nadzieja rosła. Drzewa rozstąpiły się, odsłaniając nagle cały widok…

To, co kryło się w ich cieniu, nie było pałacem ani dworem. Było ogromną, ponurą ruiną. Martwym i przytłaczającym zwaliskiem gruzów. Jeśli kiedykolwiek kwitło tu życie, musiało to być dawno, dawno temu. Nadzieje dziewczynki wyschły jak ciepły wiosenny deszcz. Zrezygnowana, przybliżała się do czegoś, co niegdyś zapewne przeżyło czas świetności, ale dziś straszyło martwymi kamieniami.

Z bliska rumowisko okazało się potężniejsze, niż wydawało się z daleka. Kiedyś zapewne stał w tym miejscu pełen przepychu pałac, w otoczeniu nie mniej wspaniałych domostw. Kikutami białych kamieni sterczały wysmukłe wieże, tu i ówdzie zawisły w powietrzu prowadzące donikąd marmurowe schody, spod kupy rumowiska przebłyskiwały gdzieniegdzie błękitne płytki glazury i wyrafinowane w kształtach kolumny z jasnoróżowego marmuru. Posępny nastrój unosił się nad tym pomnikiem niegdysiejszej świetności.

Agata zagłębiła się w ruiny, wyczuwając stopą wygładzony bruk ulic, ominęła kolisty kształt zrujnowanej fontanny, uchylała głowę przed grożącymi zawaleniem resztkami zdobnych balkonów. Jej wzrok rejestrował smutne szczątki dawnych płaskorzeźb, zdobiących ściany budynków, które wyobrażały mnogość zwierzęcych i roślinnych form życia, o jakich dziś temu smutnemu światu nawet się nie śniło.

Dawni budowniczowie nie mogli wymyślić tych zwierząt i roślin… musiały one kiedyś tutaj żyć, w całym swoim bogactwie…

Ponury nastrój ruin udzielił się dziewczynce. Jednak ruiny te, podobnie jak zniszczenia w mieście, nie powstały w wyniku wojny czy kataklizmu. Wszystko wskazywało na to, że jedynym wrogiem świetnego ongiś pałacu stał się czas, którego niszczącemu działaniu nie przeciwstawili się mieszkańcy tego świata. Agata nie mogła zrozumieć, jak doszło do tego, że istoty te – zarówno tu, jak i w mieście – skazały swe siedziby na zagładę, nie zdobyły się na to, by wzmocnić choć jeden kamień w murze, podeprzeć walący się dach, załatać dziurawy uliczny bruk.

A przecież, skoro potrafili zbudować takie miasto, taki pałac, stworzyli taką cywilizację, musieli być rozumni, energiczni, pracowici. Cóż się stało, że nagle utracili te cechy i pragną tylko spokoju w „świętej porze snu”? – zastanawiała się gorączkowo Agata, wodząc wzrokiem po szczątkach dawnej świetności tej krainy.

Nagle usłyszała za sobą skrzekliwy, ostry głos:

– Stój! Ani kroku dalej! Masz przepustkę? Zobaczyła opasłego osobnika w rycerskim rynsztunku, który biegł za nią na krótkich, krzywych nóżkach, kolebiąc się na boki i wymachując grubymi ramionami. Dopiero z bliska Agata ujrzała, że jego hełm jest pordzewiały, a stalowa koszulka pełna dziur. Nawet kopia, którą skierował w stronę dziewczynki, miała ułamany szpic i zżarte przez korniki drzewce:

– Kim jesteś? – spytała bardziej z rozbawieniem niż z lękiem.

– Jestem strażnikiem. A ty jesteś Ta, wiem, bo widzę – wskazał kopią na jej włosy. – Ale i tak musisz mieć przepustkę. Nikt nie ma prawa wchodzić do królewskiego pałacu bez zgody komendanta wieży!

– Doprawdy… – stropiła się Agata. – Nie widzisz, że nie ma tu ani pałacu, ani wieży, ani tym bardziej komendanta? Skąd mogłabym wziąć przepustkę? I po co? Przecież tu nic nie ma, tylko ruiny!

Strażnik zasępił się.

– Masz rację… Powinienem przepuścić cię choćby dlatego, że dałaś mi tyle radości, pewnie po raz pierwszy i ostatni w moim życiu…

– Radości? – zdziwiła się Agata.

– Widzisz, Ta… – strażnik najwyraźniej speszył się i dreptał teraz w miejscu krótkimi nóżkami. – Widzisz, ja jestem strażnikiem od urodzenia, ale jeszcze nigdy nie miałem okazji nikogo zatrzymać. Dopiero twoje przyjście dało mi tę szansę. Dzięki tobie naprawdę poczułem się strażnikiem, sprawdziłem swoją czujność i odwagę. Teraz mógłbym nawet umrzeć, taki jestem szczęśliwy. A zresztą oni kazali cię przepuścić, gdybyś nadeszła. I pomóc ci we wszystkim.

– Oni? Kiedy ci to mówili?

– Och, we śnie. We wszystkich snach.

– Powiedz mi, strażniku, kim są oni?

– Oni? Nie wiem. Oni to jest po prostu Głos we Śnie. Poza nimi nikt tutaj nie mówi niczego mądrego, rozumiesz?

– Rozumiem – westchnęła Agata, przypominając sobie miasto. – Ale powiedz mi, dlaczego jesteś strażnikiem, skoro nie ma tu niczego do strzeżenia?

– Kłamiesz! To jest pałac Tutaina! Najwspanialszy pałac na całej planecie! To właśnie tu sprawował rządy król Tutain, największy władca. Pałac nie może być przecież bez strażnika!

– Gdzie teraz jest król Tutain?

– Tutain? Ależ, Ta, przecież Tutain był władcą dawno, dawno temu! Rządził bardzo długo, ale potem nagle zniknął. Mówił mi o tym mój ojciec, a jemu jego ojciec i ojciec ojca, i… Nie ma już króla Tutaina. Jest tylko jego pałac.

– Nawet pałacu nie ma – rozgniewała się Agata. – Czy doprawdy tego nie widzisz? To są tylko ruiny! Po co strzeżesz tych ruin?

Strażnik smutno zwiesił głowę.

– Widzisz, Ta, mój ród był rodem królewskich strażników od wielu setek lat. I nikt nas z tego obowiązku nie zwolnił. Król Tutain zniknął i nie zdążył mojemu praprapraprapradziadkowi powiedzieć: „Idźcie sobie, jesteście wolni…” I dlatego nadal wszyscy w naszym rodzie, kolejno z ojca na syna, są strażnikami. Jakieś pięćset lub nawet więcej lat temu mój przodek przysiągł jednemu z przodków króla Tutaina, że jego ród zawsze, dopóki istnieje, będzie strzec tego królewskiego miejsca. Niestety, ja jestem ostatnim z rodu i po mnie już nikt nie będzie strażnikiem. Jestem ostatnim, któremu zlecono tę misję i wszystkie związane z nią tajemnice. Gdy umrę, wezmę je ze sobą do grobu… – zakończył i w oczach zakręciły mu się łzy.