Выбрать главу

Agata zadumała się nad dziwnymi dziejami strażnika i z bezwiednym szacunkiem dla jego niezwykłej wierności wobec dawno wygasłego królewskiego rodu delikatnie położyła mu rękę na ramieniu.

– Nie martw się, strażniku – szepnęła. – Mimo przeciwieństw losu wykonywałeś wszystko, co do ciebie należało, i teraz…

Nagle strażnik brutalnie schwycił Agatę za ramię i obalił na ziemię. Jedną ręką trzymając ją przy sobie, drugą szybko narysował dokoła nich niewidoczny krąg na twardym kamiennym podłożu.

– Co robisz?! – wykrztusiła dziewczynka, usiłując się wyrwać, ale strażnik trzymał ją z całych sił.

– Nie widzisz, że lecą dzikie huringi?!

Agata uniosła głowę i ujrzała nadlatujące stado ogromnych niby-ptaków, niby-nietoperzy z wielkimi, czarnymi skrzydłami. Ich oczy, jak błyszczące guziki, dziko połyskiwały w dużych, spiczastych głowach, zakończonych potężnymi dziobami. Dziewczynka skuliła się, przytulając do strażnika.

– Czy one są groźne? – spytała cichutko, wstrzymując oddech. Łomot ogromnych skrzydeł był coraz donośniejszy i dzikie huringi jęły zataczać kręgi nad głowami leżących.

– Bardzo groźne – wystękał strażnik, leżąc w niewygodnej pozycji ze skulonymi nogami. – Atakują wszystko, co się rusza, i rozszarpują na strzępy! Ale nikomu nic nie grozi, jeśli zdąży narysować dokoła siebie krąg. Więc leż spokojnie i nie ruszaj się. One zaraz odlecą…

– Dlaczego akurat krąg?

– Tego nie wiem, ale zawsze wszyscy tak robili i zawsze to pomagało.

Groźny łopot potężnych skrzydeł zaczął powoli przycichać. Za chwilę stado huringów, szybując nisko, zniknęło nad ruinami.

– Czy one już nie wrócą? – spytała zaniepokojona Agata, gdy strażnik wstał i podając jej rękę, zachęcił także do powstania.

– Nie miałyby już siły. Po każdym dłuższym locie muszą odpocząć.

– A pies? Czy one są groźne dla psa? – wystraszyła się dziewczynka, myśląc o swym zabłąkanym ulubieńcu. – Pies to jest takie na czterech łapach, futrzaste, duże… – objaśniła.

– Ach, mówisz o dzikich uru… Huringi są groźne dla uru, ale uru niekiedy dają im radę, zwłaszcza jeśli jest ich więcej. Jeden uru musi zginąć, rozszarpany na strzępy. Skąd wiesz o uru? Czyżbyś je spotkała? One bardzo rzadko zbliżają się do miasta lub tutaj, do ruin. Choć niekiedy to robią. Może pamiętają jeszcze dawne czasy…

– Dawne czasy?

– Kiedyś uru żyły bardzo blisko z władcami tego pałacu.

– Szukam takiego czarnego uru, nie widziałeś go?

– Nie widziałem uru od paru tygodni. Ale mylisz się, czarnych uru nie ma. Są we wszystkich kolorach, z wyjątkiem czarnego i tego, który masz na głowie. Uru biegają sobie gdzieś w głębi doliny lub poszły w góry. One chodzą, gdzie chcą, są jak wiatr, w przeciwieństwie do nędznych mieszkańców miasta…

– Nędznych?

– Spójrz tylko na mnie! – strażnik z dumą wypiął pierś. – Jestem od nich większy i silniejszy. Sypiam tylko raz na dwie godziny, a oni nie wytrzymują nawet jednej. Jestem zdolny odwiedzić ich przynajmniej dwa razy w roku, żeby sprawdzić, czy coś się nie zmieniło, a oni boją się choćby nos wystawić za mury. Wybrali kiedyś to marne, nieruchawe życie w mieście i robią się słabsi z roku na rok. Czeka ich nieuchronna zguba.

– Zguba?

– No tak. Ci, co są, wkrótce umrą, ci, co się po nich narodzą, umrą jeszcze szybciej, po prostu usną i nie obudzą się, a miasto rozsypie się w proch. Chyba że ty coś zrobisz… Oni mówili, że przyjdzie Ta i przyniesie zmianę.

– Jaką zmianę?

– Nie wiem. Zmianę i tyle. Myślę, że każda zmiana może być na lepsze lub na gorsze. Wolałbym, żebyś przyniosła zmianę na lepsze.

– Gdzie mam ich szukać?

– Doprawdy, chyba tylko we śnie. Oni są jak uru, nigdy nie wiesz, gdzie przebywają, i nie dogonisz ich.

– Może są w górach?

– Och, góry wydają mi się z daleka okropne. Nie idź tam.

– Więc mam iść w dół, tam, gdzie widać wieczną mgłę?

– W dole jest jeszcze paskudniej, zapewniam cię! Wprawdzie nigdy tam nie byłem, ale przecież wystarczy popatrzeć… Najlepiej zostań tu ze mną. Razem będzie nam weselej. I wyjawię ci Bardzo Ważne Tajemnice: Pierwszą i Drugą. Druga jest jeszcze większa od Pierwszej…

– Wyjaw je więc!

– No to chodź! Jesteś Ta, więc chyba masz prawo zobaczyć wszystko, co tu jest…

I kolebiąc się na boki, strażnik ruszył w ruiny. Szerokimi, rozlatującymi się schodami, pod łukiem spękanej bramy, weszli do pałacu. Pałac już dawno był pozbawiony dachu i tylko gdzieniegdzie, jakiś cudem, na zwietrzałych podporach utrzymywały się jego szczątki. Długi, szeroki korytarz zaprowadził ich do ogromnej, okrągłej tronowej sali, z resztkami kolumn wspinających się hen, wysoko, pod nie istniejący dach. Z sali tej kilkadziesiąt niegdyś ozdobnych drzwi prowadziło do dalszych królewskich komnat.

– Lepiej schyl głowę, bo ci coś na nią spadnie – powiedział troskliwie strażnik, wchodząc w jedne z nich. Wąskie, wijące się schody prowadziły w dół. Po trzydziestu paru kamiennych stopniach dostali się do dużego i niezwykle wysokiego pomieszczenia, znajdującego się pod tronową salą. Ściany, wilgotne i pokryte pleśnią, od góry do dołu zabudowane były rozpadającymi się ze starości półkami. A na nich… na nich stały tysiące książek! Grube i cienkie, o różnych formatach, oprawne w skórę, ucieszyły dziewczynkę i dały nową nadzieję.

– Z tego księgozbioru dowiem się wreszcie czegoś o tym świecie! Kto wie, może trafię na rozwiązanie wszystkich zagadek…?

– To jest ploteka – oznajmił z dumą strażnik.

– Biblioteka – poprawiła odruchowo Agata.

– Możliwe. Gdy jakieś słowo wędruje zbyt długo, traci czasem swe brzmienie. Znam to słowo od mojego ojca, a on od mojego dziadka, a dziadek… I tak dalej. Ty się tu rozejrzyj, a ja tymczasem trochę pośpię. Już na mnie pora…

Strażnik zwinął się w kłębek na kamiennej posadzce i zaczął donośnie chrapać.

Agata z bijącym sercem pośpiesznie sięgnęła po pierwszy z brzegu opasły tom. Ledwo jej palce dotknęły go – rozsypał się w proch… Dziewczynka osłupiała. Dotykając, najdelikatniej jak mogła, kolejnego tomu, z rozpaczą, ujrzała, że dzieje się z nim dokładnie to samo. Próbowała sięgnąć po następne foliały, ale wszystkie rozsypywały się na drobiny unoszącego się nad głową dziewczynki pyłu. Zrozpaczona Agata pojęła, że czas nie oszczędził ani jednej z tych książek; że ten znakomity ongiś księgozbiór nie istnieje. Nie mogła już liczyć na pomoc w rozwiązaniu jakiejkolwiek zagadki…

Strażnik właśnie budził się, szeroko ziewając, gdy na jednej z najniższych półek dziewczynka namacała ręką mniej zniszczony egzemplarz. Wyjęła go najdelikatniej, jak mogła, i rozłożyła. Przed nią leżała wielka, gruba księga, w spleśniałej oprawie, z resztkami nadgryzionych zębem czasu stronic. Ani jedna nie zachowała się w całości. Pożółkłe szczątki wypełniały drobniutkie, nie znane jej literki…

– Przeczytaj mi to! – zawołała Agata gwałtownie.

– Co mam zrobić? – zdziwił się strażnik.

– Mój Boże, czyżbyś nie umiał czytać? -jęknęła żałośnie Agata.