– Pytasz, czy wiem, co znaczą te maleńkie jak ziarnka piasku obrazki? Tego nie wiem i mój ojciec też nie wiedział, a ojciec mojego ojca również nie miał o tym pojęcia. Pradziadek podobno umiał niektóre z nich objaśnić. Lecz w tej księdze znajdują się też większe rysunki…
Agata z nadzieją zaczęła przewracać szczątki księgi, myśląc równocześnie ze zgrozą:
Jak straszliwie upadła ta bogata kiedyś i rozumna kraina, skoro dziś już nikt nie umie nawet czytać…
Na kolejnej stronicy ukazała się nagle czarno-biała rycina. Delikatny, wypłowiały rysunek przedstawiał postać w królewskich szatach, otoczoną nisko kłaniającymi się istotami. Istoty miały na głowach ozdoby w kształcie gwiazd, księżyców, słońc…
– Król Tutain odbiera hołd wasali z innych planet – powiedział z dumą strażnik. – Tutain, niech mu będzie wieczna chwała, najpierw rządził tylko jednym państwem, Argoną, ale wkrótce zjednoczył pod swym berłem wszystkie państwa naszego świata. Nie sądź, że na tym się skończyło! Z pomocą czarów król Tutain został wkrótce władcą wszystkich sąsiednich planet! Czy przypadkiem nie był również królem twojej planety przed paroma setkami lat? Nigdy o nim nie słyszałaś?
– Nie, w moim świecie nikt nie słyszał o królu Tutainie. Hej! Czyżby to były uru? – i Agata wskazała na rysunku czworo podobnych do psów zwierząt, czołgających się u nóg Tutaina.
– Tak, to są uru. Mówiłem ci, że kiedyś były oswojone i przebywały w tym pałacu.
– Właśnie takiego szukam! Ale mój jest czarny.
– Nie ma czarnych uru, mówiłem ci już – powiedział strażnik. – Uru są fioletowe, zielone, żółte, różowe, ale czarnych nie ma.
Po przewróceniu dalszych kilkudziesięciu stron księgi Agata znalazła, drugą wyblakłą rycinę. Przedstawiała Tutaina w otoczeniu wysmukłych postaci w długich, powłóczystych szatach. Głowę króla wieńczyła korona, tajemnicze postacie zaś miały głowy oplecione wężami, których pyszczki z rozwidlonymi językami schodziły ku szyi. Dwie spośród nich trzymały przed królem… lustro! To lustro, a nie jakieś zwykłe zwierciadło. Agata od razu rozpoznała charakterystyczną ramę z roślinno-zwierzęcym ornamentem…
– Co to jest?! – z wrażenia aż potrząsnęła strażnika za ramię.
– To są królewscy magowie i królewskie czarownice. Byli podobno równie potężni jak Tutain, a może nawet obdarzeni większą mocą. I nieśmiertelni. Prapradziadek mówił memu pradziadkowi, że ich ród żyje do tej pory ukryty gdzieś w naszym świecie, ale mój ojciec twierdził, że nie jest to możliwe. Gdyby żyli, to chybaby się pokazali…
– Ale co to jest?! – Agata wskazała palcem lustro.
– Nie wiem. Jakiś magiczny przedmiot, skoro trzymają go magowie…
– To jest lustro – oznajmiła z powagą Agata.
– Czemu pytasz, jeśli wiesz? Ja nie wiem, co to znaczy lus-tro. W mieście tego nie widziałem. Ani w pałacu. To wygląda jak obraz bez obrazu. Same ramy…
Więcej rycin dziewczynka nie znalazła. To, co z nich pozostało, nie nadawało się do oglądania, tak było pokryte plamami pleśni.
– Chodź już. W plotece nie wolno długo przebywać, bo potem boli głowa – powiedział strażnik i ruszył w kierunku schodów.
Gdy znaleźli się z powrotem na górze, strażnik rozsiadł się wygodnie na kolistej cembrowinie dawnej fontanny i zaczął głęboko wzdychać, falując tłustym brzuchem.
– Mówiłeś o dwóch tajemnicach – przypomniała mu Agata. – Wyjawiłeś dopiero pierwszą…
– Właśnie myślę – zaczął strażnik, nadal wzdychając.
– O czym myślisz?
– Zastanawiam się, czy mogę wyjawić ci Drugą Tajemnicę, która jest o wiele bardziej tajemnicza niż Pierwsza i niczyje oczy nie mają prawa jej oglądać. Ojciec zaprowadził mnie tam tylko raz i powiedział: „Nie oglądaj tego więcej, synu, bo może cię spotkać kara lub nagła śmierć”. Bardzo się bałem i od tego czasu nie odważyłem się tam pójść. A było to piętnaście lat temu!
– Mówiłeś, że oni kazali ci mnie ugościć i we wszystkim pomóc. Przypuszczam, że zgodziliby się, żebyś mi to pokazał – przekonywała dziewczynka.
– Oni nic do tego nie mają. Jest ktoś silniejszy od nich, kto może ukarać i mnie, i ciebie, i ich również, jeśli tylko zechce. Nie, nie pokażę ci tego, bo się boję…
– Błagam cię, pokaż! Przysięgam, że nigdy nikomu o tym nie powiem! – zaczęła prosić Agata. Strażnik zawahał się.
– No to chodź, ale proszę cię, zrób, co możesz, żeby to, co ujrzysz, nawet ci się nie przyśniło w najśmielszych snach. Ktoś, kogo to dotyczy, mógłby się okrutnie zemścić…
I strażnik skierował swoje kroki ku ocalałym szczątkom wysokiej, posępnej wieży.
– To jest wieża Aprotonów – wyjaśnił ponuro.
– Aprotonów? – powtórzyła Agata. – Aprotonów…
– Być może coś przekręciłem, nie upieram się. Mój ojciec mógł też przekręcić. To słowo wędruje tyle lat i już nic nie znaczy… Podobno z tego miejsca król Tutain, za pomocą skomplikowanych przyrządów, rozmawiał z gwiazdami, księżycem, słońcami…
– Ach, wieża Astronomów!
– Możliwe. Chodź, tylko uważaj na schodach, bo już się rozsypują. Dawno tu nie byłem i teraz pewnie te schody są jeszcze bardziej zniszczone niż przed laty.
Schody były rzeczywiście w okropnym stanie. Co jakiś czas w wyrwie wąskich, krętych stopni przezierała pod ich nogami ciemna czeluść. Tam, gdzie brakowało paru stopni, strażnik podsadzał Agatę, a potem ona podawała mu rękę i wciągała wyżej. Zmęczeni dotarli na szczyt. Dalszą drogę zagradzały szerokie żelazne podwoje. Strażnik wyjął z zanadrza olbrzymi klucz, zardzewiały i pogięty. Drzwi z jękliwym zgrzytem otworzyły się i ujrzeli okrągłą komnatę. Bezużyteczne i pokryte grubą warstwą pajęczyn stały tu astronomiczne przyrządy: lunety, cyrkle, globusy i jakieś inne, nie znane Agacie mechanizmy. Strażnik dotknął jej ramienia i ściszając głos, powiedział:
– Teraz patrz uważnie i szybko, bo nie pozwolę ci tu zostać dłużej niż chwilkę! To grozi straszną karą…
Jego ręka dotknęła małego guziczka w kamiennej ścianie. Część ściany drgnęła i powoli rozsunęła się na dwie strony. W głębi ukazał się duży obraz. W kamiennej skrytce wspaniale zachowały się jego barwy i teraz grały wszystkimi przepysznymi kolorami tęczy.
– Piękne i groźne… – szepnęła zafascynowana dziewczynka. – Czuję dziwny lęk przed tym obrazem. Drzemie w nim jakaś straszna siła…
Z lewej strony obrazu, jakby na kuli, stał potężny król Tutain. Długie czarne włosy rozwiewały mu się na wietrze, lśniła złocista korona, a z ramion spływał purpurowy, malowany w złote gwiazdy płaszcz. Tutain kierował rozkazujący gest gdzieś przed siebie, w granatowy, jarzący się rozsianymi gwiazdami nieboskłon. Wydawało się, że niczego więcej nie ma na tym obrazie. Ale jednak… Z prawej strony rysunek gwiazd nie był czysty, lecz jakby zamglony… Mgła układała się w jakiś niepojęty kształt. Wyglądało to tak, jakby malarz w ostatniej chwili zawahał się i tylko kilkoma maźnięciami pędzla, lękliwie, oddał ruch jakiegoś wielkiego, skrytego w gwiazdach ciała. Jakże zdolnym artystą musiał być ten malarz, skoro martwą mgłę umiał przeobrazić w żywą, choć bezkształtną postać…
– …Wielka Istota Kosmiczna oddaje hołd Tutainowi – objaśnił szeptem przerażony strażnik. – I dlatego to jest takie straszne, bo nie ma nikogo w całym wszechświecie, kto byłby tak potężny jak Ona, Wielka Kosmiczna Istota. Nie patrz na to, bo to nie mogło być prawdą. Było co najwyżej jakimś niebezpiecznym wyzwaniem… A tu, popatrz, tu jest to, co uciekło…
W pierwszej chwili dziewczynka nie zrozumiała strażnika. Wskazywał na płaszcz króla Tutaina, spływający purpurowymi fałdami z jego ramion. Dopiero po chwili uprzytomniła sobie, że obraz od razu wydał się jej piękny i pełny w swej urodzie, bo wśród kolorów, jakimi posłużył się nieznany artysta, był także kolor czerwony! Poza płaszczem króla Tutaina jeszcze obrys kuli, na której stał Tutain – a ona wyobrażała planetę – miał barwę rubinu, a na krańcach nieboskłonu granatowe nocne niebo poprzez fiolet, wrzos i róż przechodziło stopniowo, płynnie w kolor krwistej czerwieni.