Выбрать главу

– Szirwany. Kolor szirwany – szepnął strażnik. – Ten, co uciekł. Ty masz go na włosach…

– Czerwony – poprawiła machinalnie Agata, jak urzeczona wpatrując się w obraz.

– Niech będzie czirwany, to nie ma znaczenia. Po co nazwa, gdy nie ma tego, co nazywa? – szepnął strażnik. – Chodźmy już. W tym obrazie kryje się jakaś niebezpieczna tajemnica i wiem, że niczyje oczy nie powinny tego oglądać. Pamiętaj, że nie może ci się to przyśnić, bo nawet we śnie mogłabyś obrazić Wielką Kosmiczną Istotę…

– Kim jest Wielka Kosmiczna Istota? – również szeptem spytała Agata, udzielił się jej bowiem nastrój lęku.

– Jest Wielką Kosmiczną Istotą, czy trzeba ci czegoś więcej? Nie ma rąk, nóg, nie ma ciała. W ogóle nie ma wyglądu. Ona jest. I dlatego jest straszna. Jest wszędzie i nigdzie. Krąży we wszechświecie i wszechświat jej podlega. Ona nie podlega nikomu. I dlatego ten obraz jest jakimś okropnym bluźnierstwem. Zapomnij o nim.

Agata zrozumiała, że niczego więcej nie dowie się od strażnika królewskiego pałacu. Choć był znacznie bystrzejszy niż mieszkańcy miasta, jednak i jego pamięć miała ograniczony zasięg, wiedzy zaś nie miał żadnej. Gdy zeszli z wieży Astronomów i znowu znaleźli się wśród ruin pałacu, dziewczynka podjęła decyzję:

– Jutro rano idę dalej…

– Dokąd? – spytał strażnik.

– Nie wiem, ale od ciebie dowiedziałam się już wszystkiego, co wiesz, i teraz muszę iść dalej, by szukać rozwiązania zagadki.

– Lepiej zostań tu, bo tu nic ci nie grozi. Gdzież pójdziesz?

– Nie wiem. Doradź mi, gdzie mam iść, w góry czy w głąb doliny?

– Obojętne, gdzie pójdziesz, wszędzie czai się niebezpieczeństwo. Tu, w tych ruinach, przynajmniej można się ukryć.

– Przed czym ukryć?

– Przed wszystkim – oznajmił ponuro strażnik. – Nieważne, czy będą to dzikie huringi, dzikie uru, czy coś zupełnie innego. Jeśli jednak musisz iść, to najlepiej we śnie spytaj ich, co ci radzą…

– Pewnie, że byłoby to najlepsze – burknęła Agata ze złością. – Ale oni do mnie wcale nie mówią, gdy śpię. Tylko wy ich słyszycie.

– To nieprawda, oni mówią do wszystkich – powiedział z przekonaniem strażnik. – Tyle że nie wszyscy ich rozumieją. Coś widocznie stoi na przeszkodzie… Ha!… Co to może być?

Strażnik obrzucił Agatę uważnym spojrzeniem.

– Masz na sobie naszyjnik czarownic. Czy zdejmujesz go do snu?

– Naszyjnik czarownic? – zdziwiła się Agata, dotykając szmaragdowego kamienia na szyi, o którym już zdołała zapomnieć.

– No tak. Ojciec mojego ojca opowiadał, że gdy król Tutain zjednoczył pod swym berłem ogromną liczbę państw, były trudności z porozumiewaniem się, bo każdy naród miał własny język. Wtedy królewskie czarownice stworzyły ten naszyjnik. Był to magiczny przekładacz języków. Tych naszyjników było mnóstwo, prawie każdy je nosił, i jeszcze do dziś wiele ich zostało. Mieszkańcy miasta noszą je dla ozdoby. Pewnie to oni ci go dali, żebyś ich rozumiała, prawda?

– Tak, przecież nie znam waszej mowy ani wy nie znacie mojej…

– Kto wie, czy właśnie naszyjnik nie przeszkadza ci słyszeć we śnie ich mowy, bo nastawiony jest na mowę rzeczywistą, a oni mówią językiem własnym i niepowtarzalnym, ale zrozumiałym dla każdego. Spróbuj go zdjąć przed snem i zobaczymy, co się stanie…

Powoli szli wśród ruin i dotarli tam, gdzie strażnik urządził – w jednej z najmniej zrujnowanych izdebek – swoje mieszkanie. Zgromadził parę mało zniszczonych mebli i doprowadził wszystko do względnego ładu. Izdebka była przytulna i czysta. Na kolację zjedli dziwne, jakby mączyste placki, które po prostu rosły na pobliskim drzewie.

– Zapamiętaj, że zrywając z drzew te owoce i te duże fioletowe, nie umrzesz z głodu ani z pragnienia – pouczył Agatę strażnik. – A one rosną właściwie wszędzie. Innych nie jedz, bo mogą ci zaszkodzić. Dzięki tym drzewom żyjemy tu sobie całkiem nieźle…

Wieczór już zapadał i strażnik z ulgą wyciągnął się na wygodnym łożu, przykładając głowę do wypchanej suchymi liśćmi poduszki.

– Jest tu dość miejsca także dla ciebie. Śpij spokojnie i nasłuchuj we śnie. Kto wie, może tym razem ich usłyszysz. Dobranoc… – powiedział i niemal natychmiast rozległo się jego potężne, swobodne chrapanie.

Agata jeszcze długo obracała się z boku na bok, usiłując złożyć w całość wszystkie poznane do tej pory cząstki prawdy o tym świecie. Ale wcale jej się to nie udało i z poczuciem narastającej bezradności zasnęła. Na legowisku, koło poduszki z liści, leżał szmaragdowy naszyjnik.

…We śnie ujrzała góry. Wysokie, posępne, pięły się ku niebu, a w ich powyginanych w dziwaczne kształty masywach rozwierały się ciemne czeluście ogromnych pieczar. Agata stała u wejścia jednej z nich i coś ją przyzywało z mrocznej głębi, kusiło, zapraszało do wnętrza. Dalekie echo, odbijające się od skały, niosło ze sobą szczekanie psa. Bezdźwięczny, a przecież niezwykle wyrazisty głos powtarzał z naciskiem, choć spokojnie:

– Chodź do nas, nie bój się… czekamy na ciebie. Musisz przyjść, aby spełnić swoją misję. Po to tu jesteś, Ta o włosach płomienistych jak pradawny, dobry ogień… Chodź do nas, Ta, czekamy… Nie zwlekaj, póki nie jest za późno. Masz mało czasu, Ta… Chodź… Chodź… Pośpiesz się…

Agata obudziła się. Strażnik już nie spał. Koło jej posłania leżały świeżo zerwane fioletowe owoce, a jej towarzysz mówił coś do niej, lecz Agata ku swemu zdziwieniu nie zrozumiała jego słów. Dopiero gdy otrząsnęła się z resztek snu, przypomniała sobie o naszyjniku i szybko włożyła go na szyję.

– …są najsmaczniejsze – mówił strażnik, wskazując na owoce. – Dobrze jest dzień zacząć od nich, a dopiero potem przegryźć plackiem.

– Muszę iść w góry – powiedziała Agata, wbijając zęby w soczysty owoc. – Oni tam na mnie czekają.

– Skoro musisz, to idź – zgodził się strażnik i dziewczynka odczuła mimo woli przykrość. Wolałaby, żeby okazał chociaż odrobinę żalu, że utraci jej towarzystwo. Istoty tego świata jednak nie umiały nikomu okazać sympatii, choć antypatia również nie była im znana. Wszelkie ich uczucia były jakby wygaszone, stonowane. Nie znali miłości i gniewu, nienawiści i złości, radości i rozpaczy.

No cóż, to dobrze, że nikt mnie tu nie zatrzymuje – pomyślała z pewnym smutkiem. – Tym łatwiej będzie mi iść dalej…

– Więc żegnaj, strażniku ruin królewskiego pałacu – powiedziała głośno, ale on burknął coś w odpowiedzi i kolebiąc się, poszedł w stronę szczątków fontanny. Po chwili zniknął jej z oczu.

– Żegnajcie, królewskie ruiny – pokiwała głową Agata, wodząc wzrokiem po przygnębiających szczątkach budowli. – Chciałabym wiedzieć to, co wy pamiętacie…

Po kilkudziesięciu metrach marszu gęste zielone korony drzew przysłoniły ruiny tego, co było ongiś siedzibą wielkiego króla Tutaina.

Rozdział ósmy

Kotlina łagodnie i powoli, ale bezustannie pięła się w górę. Była jedną z wielu dróg, które prowadziły w stronę majaczących na horyzoncie dalekich, ciemnych szczytów. Wybór najlepszej drogi nie był wcale prostą sprawą w tym obcym świecie, którego wysokich traw nie przecinała żadna ścieżka, a ludzka stopa nie tknęła od setek lat. Agata musiała omijać strome pagórki lub zbyt głębokie jary, unikać krzewów czy trawy tak splątanej i wysokiej, że trudno było przez nią przebrnąć. Tylko z daleka wydawało się, że możliwe będzie pokonanie sporej odległości dzielącej ją od ruin pałacu do gór w linii prostej. Agata czuła się jak pionier, odkrywający nowe, dzikie i nieznane szlaki.