Poczuła się bardzo zmęczona i bezradna. Już ledwie poruszała nogami. Miała ochotę usiąść tam, gdzie stała. Ale otoczenie nie zachęcało do odpoczynku. Przeciwnie, wywoływało narastającą, rozpaczliwą chęć, by wyrwać się z tych ponurych mgieł.
Wrzosowy Ludek był niemal niewidoczny i Agata tylko co jakiś czas słyszała jego zniecierpliwiony, skrzeczący głosik:
– Szybciej! Szybciej! Nie zatrzymuj się! Idź prosto! Cały czas prosto! Oni czekają! Nie ma czasu!
W tej gęstniejącej z sekundy na sekundę mgle nie wiadomo było, co znaczy „prosto”. Agata z trudem zachowywała równowagę. Przed każdym postawionym w narastającym mroku krokiem macała stopami grunt, niepewna, co czeka ją dalej. Ziemia robiła się coraz bardziej miękka, mlaszczą-ca, zapadała się pod jej ciężarem, jakby chlupotała…
– Moczary – szepnęła dziewczynka. – Jestem na moczarach… To jest to okropne miejsce widziane w lustrze…
Lodowaty strach ścisnął jej serce. Nogi coraz bardziej zapadały się w błotnistym, grząskim gruncie. Wydawało się chwilami, że błoto nie chce puścić jej stóp, i wydobycie ich z niego wymagało ogromnego wysiłku, na który nie było już stać zmęczonej biegiem dziewczynki.
– Gdzie jesteś, Wrzosowy Ludku? – zawołała przerażona, ale jej głos utknął jak w wacie w coraz gęstszej mgle. Po chwili, gdy na jej wołania odpowiedziała tylko głucha cisza, Agata zrozumiała, że jest sama. Posłaniec zniknął.
– Cóż to za straszliwe miejsce… – wstrząsnęła się. – Jak ja stąd wyjdę? I gdzie?
Rozsiane coraz rzadziej kępy trawy ledwie utrzymywały jej ciężar. Gdy nie udało się jej trafić na nie stopą – natychmiast zapadała się w mlaszczącej, czarnej kipieli błotnej. Odległości między kępami były coraz większe, a bagno, chlipiąc, stękając, mruczało coś we własnej, niepojętej mowie, niezrozumiale i groźnie przewalało się jak jakieś wielkie, opasłe cielsko.
Następna zbawcza kępa była niezwykle daleko i zdawało się, że przez cały czas się odsuwa. A nogi były coraz cięższe. Agata miała wrażenie, że każda z nich waży chyba tonę, i z najwyższym trudem je podnosiła.
– Muszę skoczyć na następną kępę – szepnęła rozpaczliwie. – Muszę iść dalej, bo zostanę tu na wieki… Ludku! Wrzosowy Ludku! Gdzie jesteś? Ratuj mnie!
Odpowiedziała jej mlaszcząca, chlupocząca, groźna mowa bagna. Dziewczynka pochyliła się i wykonała skok w stronę poruszającej się trawy… Poczuła, że jej nogi nie znalazły zbawczej kępy i zapadają się w ciepłej, wstrętnej, oślizłej masie.
Tonę – przemknęło jej przez głowę. – Zapadam się w bagnie coraz głębiej…
Wyciągnęła ręce, żeby schwytać w nie coś, co by zahamowało zapadanie się, ale ręce trafiły na pustkę!
– Ratunku! Ratunku! – krzyczała dziewczynka, a ciało jej wolno, lecz nieustannie grzęzło i grzęzło… Bagno sięgało jej po pas… podchodziło do piersi… już w ustach zaczęła czuć smak błota i straszny odór rozkładających się roślin…
– To koniec… Mamusiu! Tatusiu! Kusy! Już was nie zobaczę…! – resztką sil wydała z siebie okrzyk i zamknęła oczy, pragnąc zachować w chwili śmierci obraz własnego, a nie tego upiornego świata…
…Nagle poczuła bolesne szarpnięcie. Coś chwyciło ją za włosy i ciągnęło. Ostry ból przywrócił jej świadomość. Otwarła oczy. Na najbliższej kępie stał… Kusy! W oczach Agaty zalśniły łzy i stoczyły się po umazanej twarzy. Usiłowała wyciągnąć rękę z błota, ale szło jej to niezwykle ciężko. Wreszcie, pokonując straszliwy opór mięśni, dziewczynka wydobyła jedną rękę, chwyciła nią za długie, czarne futro Kusego. Pies szarpnął ją ku sobie, wytężając wszystkie siły. Powoli, powoli Agata wydobywała się z mazistego, śmierdzącego błota. Jeszcze chwila – i słaniając się, stała koło psa na niewielkiej kępie. Pies spojrzał na nią czułymi migdałowymi oczami i lekko skoczył na sąsiednią kępę. Zatrzymał się, czekając na nią i patrząc jakby rozkazująco. Agata z najwyższym wysiłkiem zdobyła się na skok i stanęła koło psa. Kusy, jakby rozumiejąc jej stan, odczekał chwilę, by mogła odpocząć. Za moment znowu skoczył… I znowu… Kępa za kępą, a trwało to chyba kilka godzin, pies i dziewczynka wydobywali się z bagna.
Gdy wreszcie znaleźli się oboje na twardym gruncie, Agata upadła zmęczona. Na twarzy czuła ciepły język Kusego, który zlizywał z niej błoto.
– Dobry, dobry pies… dobry przyjaciel – wyszeptała i straciła przytomność.
Gdy się ocknęła, Kusy leżał czujnie obok, nie spuszczając z niej mądrego, pełnego miłości spojrzenia. Dokoła majaczyły jakieś ruchliwe sylwetki.
– Ależ… ależ to są psy! – powiedziała półgłosem. – Uru… To są dzikie uru… – przypomniała sobie słowa mieszkańców miasta i strażnika ruin królewskiego pałacu.
Na dźwięk dawno nie słyszanej ludzkiej mowy uru zatrzymały się, spoglądając na nią migdałowymi, podobnymi do oczu Kusego ślepiami. Dziewczynka powstała z najwyższym trudem i po chwili przez mglistą, ponurą krainę ruszył wolno dziwny korowód: tworzyło go, biegnąc w rozsypce i węsząc dookoła, kilkadziesiąt kolorowych, wielkich psów. Ich futra były różowe, zielone, żółte, niebieskie, szmaragdowe. Za nimi kroczyła, słaniając się, nieduża, drobnej budowy dziewczynka o płomieniście czerwonych włosach, a koło niej, jakby podpierając ją, szedł ogromny czarny pies.
Agata poruszała się jak w transie. Instynkt nakazywał jej wydostać się jak najszybciej z tej krainy grozy i śmierci, ale nadwątlone siły nie pozwalały na szybki marsz. W tym koszmarnym pół marszu, pół śnie minęło wiele godzin, nim przez rzednącą mgłę zaczęło przebijać się granatowe, lśniące, usiane obcymi, lecz mimo to dobrymi gwiazdami niebo. Wreszcie pozostawili za sobą upiorne królestwo moczarów.
Była noc. Agata ułożyła się pod pierwszym napotkanym drzewem i usnęła kamiennym, pozbawionym jakichkolwiek majaków snem. Na jej szyi połyskiwał szmaragdowy kamień. Dokoła leżały nieruchomo uru i Kusy. Trwała wielka, kojąca cisza.
Rozdział dziewiąty
Granatowe nocne niebo zaczęło z wolna fioletowieć, a potem przybrało barwę jasnego wrzosu – barwę wschodzącego i zachodzącego słońca w tym obcym świecie. Po chwili na horyzont z dwóch stron wpełzły oba słońca.
Agata obudziła się wypoczęta i ożywiona – choć brudna i umazana zaschłym błotem. Potworne wspomnienia minionego wieczoru i widmo grożącej jej nieuchronnie śmierci w grząskim bagnie ustąpiły miejsca radości z odzyskania ukochanego psa; psa, który w cudowny sposób uratował jej życie.
Kusy na dzień dobry liznął ją ciepłym językiem po twarzy. Wzruszona dziewczynka przytuliła się do jego czarnego, puszystego futra. Dokoła nich leżały rozciągnięte uru. W pełnym świetle dnia ich długa, falista sierść grała tęczowymi barwami. Był to tak niezwykły widok, że Agata nie mogła oderwać oczu. Wielkie zielone, żółte, wrzosowe, błękitne uru wstawały powoli, przeciągały się, ziewały, ukazując duże białe zęby, i przyjaźnie merdały ogonami. Choć od dawna zdziczałe, widać pamiętały niegdysiejszą zażyłość swych przodków z mieszkańcami tego świata, gdyż wystarczył jeden przyjazny gest dziewczynki, by przychodziły do niej, łasząc się, i kładły kształtne łby na jej kolanach. Najwyraźniej od początku zaakceptowały Kusego jako współtowarzysza i teraz milcząco wyraziły jednomyślną zgodę na obecność jego małej pani.
Gdyby nie one, i ja, i Kusy już byśmy zginęli w tym podstępnym świecie – pomyślała.
Agata usiłowała je policzyć, ale uru coraz to zmieniały miejsca, ruchliwe i ożywione po wypoczynku, i liczenie ciągle trzeba było zaczynać od nowa. Dopiero po chwili wpadła na sposób.