Выбрать главу

– Muszę je policzyć kolorami… – powiedziała półgłosem.

Na dźwięk ludzkiej mowy uru ożywiały się i patrzyły na nią z sympatią, kładąc po sobie uszy jak Kusy.

To dziwne, ale robią wrażenie, jakby znały człowieka i jego mowę – pomyślała zdziwiona. – Nie są wcale takie dzikie, jak mówił strażnik.

Po kilku pomyłkach Agata ostatecznie stwierdziła, że osiem uru było różowych, dwanaście o barwie ciemnego fioletu, sześć jasnowrzosowych, dziewięć zielonych, dziesięć niebieskich i cztery żółte. Tylko Kusy połyskiwał głęboką, lśniącą czernią. Uru w budowie były bardzo podobne do jej psa, choć masywniejsze, o pyskach mniej charcio wydłużonych, raczej wilczych. Były mniej ruchliwe niż Kusy i nieco flegmatyczne.

Gdy dziewczynka oderwała wreszcie wzrok od nowych, niezwykłych współtowarzyszy, od razu odczuła całą uciążliwość swej sytuacji. Była nie tyle brudna, ile wręcz oblepiona zasychającym błotem, które utworzyło na jej ciele rodzaj skorupy. Jedyne, co mogło ją uratować, to kąpiel. I tu musiała zawierzyć Kusemu, który zawsze w bezbłędny sposób odnajdywał drogę do strumyków i źródeł.

– Woda, Kusy, woda – powiedziała z naciskiem dziewczynka. – Pić… Pić – powtórzyła parokrotnie dwa doskonale znane psu słowa. Kusy postawił uszy i poderwał się, gotów do drogi. Agata była pewna, że uru również powinny znać miejsca z wodą i zapewne instynkt nakaże im tam się udać możliwie szybko, dwa słońca bowiem z godziny na godzinę grzały silniej, a powietrze robiło się coraz bardziej nieruchome i parne.

I rzeczywiście. Na widok wstającej Agaty uru od razu ruszyły w wybranym przez siebie kierunku, w górę doliny. Co chwila grzecznie przystawały, czekając, aż dziewczynka za nimi nadąży. Kusy cały czas szedł tuż koło niej, jakby w obawie, że ją znowu utraci.

Niestety, po niecałej godzinie marszu uru rozłożyły się nagle koliście na ziemi, wokół dziewczynki z psem – i zasnęły. Widocznie potrzeba snu, która co jakiś czas unieruchamiała mieszkańców tego świata, dotyczyła wszystkich jego żywych istot bez wyjątku…

…z wyjątkiem Wrzosowego Ludka – przypomniała sobie Agata i wstrząsnęła się, gdyż straszna przygoda z poprzedniego dnia znowu stanęła jej przed oczami. Wrzosowy Ludek nie odczuwał potrzeby snu; nie odczuwał też zmęczenia, głodu, pragnienia; nie pozwalał się dotknąć i nie zgadzał się, by ona spała… Dlaczego oni przysłali go na jej zgubę? I po co wcześniej mówili o górach? Wołali jaw góry, kusili na wszystkie sposoby… A może… może to nie byli oni? Może okrutny plan wciągnięcia jej w moczary uknuł ktoś inny, jeszcze nie znany?

Po około piętnastu minutach uru obudziły się, ruchliwe, ożywione, i natychmiast wykazały gotowość do dalszej drogi. Szli teraz wśród pagórków i drzew, z których spływał błogosławiony cień. W pewnej chwili uru, węsząc, najwyraźniej przyspieszyły kroku. Za chwilę gnały radośnie, znikając z oczu dziewczynki wśród gęstych krzewów. Kusy nie zdradzał niepokoju z powodu zniknięcia swych pobratymców. Spokojnie, noga za nogą, kroczył obok Agaty, ale jego długi, czarny nos węszył niecierpliwie i z podnieceniem. Gdy minęli wreszcie pas gęstych krzaków i wspięli się na niewysoki pagórek, ich oczom ukazało się upragnione, nieduże i piękne jeziorko z piaszczystymi brzegami. Gromadka uru już wesoło pluskała się na jego skraju. Teraz i Kusy nie wytrzymał: opuścił dziewczynkę i po kilku długich susach znalazł się w wodzie. Agata, wydając okrzyki radości, wbiegła w ubraniu do jeziorka. Chłodna, rześka woda obmywała jej ciało, spłukując ślady strasznej przygody. Dziewczynka starannie wyprała swoje ubranie i rozłożyła je w słońcu na piaszczystej plaży. Potem długo i z rozkoszą pływała na plecach, na brzuchu, nurkowała, parskając jak kot. Kusy wiernie jej towarzyszył, nie obawiając się głębi, i sponad przejrzystej wody jeziora wystawały tylko jego smukły pysk i długi, frędzlowaty ogon, którym zdawał się sterować.

Po wyjściu z wody okazało się, że strażnik nie kłamał. W pobliżu jeziorka Agata odkryła kilka drzew z fioletowymi owocami i jedno drzewo chlebowe. Uru już były przy nim i wyskakiwały wysoko do gałęzi, szarpiąc zębami plackowate owoce. Ku swemu zdziwieniu Agata ujrzała, że Kusy idzie w ich ślady. Po chwili najedzona gromadka rozłożyła się w małej kotlince nad jeziorkiem, a uru natychmiast zapadły w świętą drzemkę. Tylko Kusy z Agatą leżeli wyciągnięci wygodnie na piasku, a pies czujnie rozglądał się wokół.

Było wspaniale. Agata niemal zapomniała o swojej sytuacji, o niemożliwej do określenia odległości dzielącej ją od domu i wątpliwościach na temat szans powrotu do własnego, spokojnego świata. Była rześka, wypoczęta – i szczęśliwa, gdyż znowu miała przy sobie wiernego przyjaciela. Z leniwym westchnieniem dziewczynka obróciła się na drugi bok, gdy nagle…

…nagle Kusy zerwał się na cztery łapy i stał na nich sztywno, ze zjeżoną sierścią i podniesioną ku niebu głową. Górna warga obnażała białe, ostre kły. Nad jeziorko, kołując nisko, nadlatywało czarne, złowrogie stado dzikich huringów. Ze swymi potężnymi nietoperzowymi skrzydłami i szponiastymi dziobami wyglądały jak zwiastuny nieszczęścia.

Agata zamarła ze strachu, lecz nagle przypomniała sobie słowa strażnika. Schwyciła psa mocno za kark, przyciągając do siebie, i kładąc się możliwie płasko na ziemi, narysowała wokół duży krąg.

Huringi były tuż-tuż. Leciały coraz niżej, wpijając więżących wypukłe, błyszczące czarne oczy. Ku swemu przerażeniu dziewczynka dostrzegła, że uwaga huringów nie skupia się na śpiących uru – jakby sen był rzeczywiście świętą porą i śpiący był nietykalny – ale niemal wyłącznie na psie. Guziczki ich oczu wpijały się w Kusego, który warczał, gotów do walki. Uru spały nadal kamiennym snem, nieświadome niebezpieczeństwa. Huringi obniżyły ponownie lot i krążyły teraz nad magicznym, wyrysowanym przez dziewczynkę kręgiem, wpatrując się wzrokiem bazyliszka w leżących i bijąc donośnie potężnymi skrzydłami.

Wtem Kusy jednym silnym ruchem wyrwał się Agacie i przekroczył czarodziejski krąg bezpieczeństwa. Jeden z ptaków natychmiast, jak błyskawica przeszywając powietrze, lotem strzały spikował w dół i opadł na grzbiet psa. Rozpoczęła się walka. Huring szponiastym dziobem uderzał w kark psa, który obracając głowę do tyłu, próbował zębami rozszarpać jedno z jego skrzydeł. Ale już drugi huring potężnym skrzydłem trzepnął w łeb Kusego i uderzył go dziobem…

…i w tej chwili obudziły się uru. Pozostałe szybujące nisko huringi natychmiast rzuciły się na nie z szybkością, która zaskoczyła zaspane zwierzęta. Rozgorzała zażarta walka. Agata bezradnie leżała na piasku, skulona w magicznym kręgu i świadoma swej niemocy. W powietrzu latały czarne pióra huringów i kępy tęczowej sierści uru. Huringi walczyły bezgłośnie, łomocząc jedynie skrzydłami, uru zaś z Kusym wydawały z siebie groźne warczenie i wycie. Niestety, huringi miały wyraźną przewagę. Uru było trudno ujść przed ich groźnymi, morderczymi dziobami, gdy tymczasem huringi umykały przed ich zębami, wzbijając się w powietrze.

Agata zamknęła oczy, nie chcąc patrzeć na klęskę swych przyjaciół, nie mogąc znieść widoku nadchodzącej nieuchronnie śmierci, gdy nagle ku swemu zdumieniu usłyszała, że odgłosy walki cichną. Otwierając oczy, ujrzała, że stado huringów wzbija się wysoko w powietrze i szybuje na przeciwległy brzeg jeziorka. Tam, w bezpiecznej oddali, huringi opadły na piasek i… zasnęły. Wielkie czarne skrzydła wyglądały z daleka jak rozłożone parasole. Ich waleczny impet pokonała, niczym niezwalczona w tej krainie, święta pora snu, nachodząca wszelkie żywe istoty w najmniej spodziewanych momentach. Przed zemstą uru broniło je niepisane prawo ochrony śpiących.

Uru lizały swoje rany. Nie były one jednak tak groźne jak u Kusego, który przyjął na siebie pierwsze uderzenie huringów. Dziewczynka podbiegła do przyjaciela. Pies był cały pokiereszowany. Z ran na karku i głowie grubymi, rubinowymi kroplami ściekała krew – i kapiąc, wolno wsiąkała w ziemię…