Выбрать главу

…ziemia z pełnym ciężkiego westchnienia drżeniem przyjmowała ten niespodziewany dar. Wydawało się, że ożyła, że jej tłuste, ciemne, chropowate grudy aż dygocą z napięcia, przyjmując w siebie czerwoną krew.

Uru przerwały lizanie ran i wolno, napięte, czujne, na sztywnych łapach zbliżyły się do psa. Ich sierść zjeżyła się, ale zaraz opadła i uru przyjaźnie położyły po sobie uszy, węsząc coś w straszliwym napięciu. Wreszcie jeden z błękitnych uru podszedł do Kusego i wyciągniętym bladoróżowym językiem dotknął krwawiącej rany. Kusy stał czujny, lecz spokojny. Teraz kolejno wszystkie uru z namaszczeniem podchodziły do psa i lizały po kropelce jego krew. Jeszcze kilkanaście rubinowych kropli wsiąkło w ziemię, która ponownie wydała z siebie głębokie, niemal ludzkie westchnienie.

Agata stała nieruchomo i przejęta patrzyła na to niezwykłe widowisko. Gdy uru wreszcie rozeszły się i zaczęły ponownie lizać własne skaleczenia, dziewczynka, porzucając Kusego, zaczęła oglądać ich rany. Nie były zbyt groźne i wydawało się, że natura sama potrafi je wyleczyć. Nie, nie były groźne. Były dziwne.

Z ran uru nie płynęła rubinowa krew, lecz lepka, przejrzysta ciecz…

– One nie mają krwi! – szepnęła ze zdumieniem dziewczynka. – Nie mają krwi! No tak, przecież krew jest czerwona, a w tym świecie nie ma w ogóle czerwieni! Nigdzie! Nigdzie, z wyjątkiem ukrytego w ścianie niezwykłego obrazu króla Tutaina. A więc ten kolor kiedyś tu był. Był, ale go nie ma. „Uciekł” -jak powiedział strażnik. Może dlatego, że uru nie mają krwi, tylko bezbarwną ciecz, muszą tak często spać i łatwo się męczą? Może to jest także przyczyną ospałości mieszkańców miasta…? Więc oni, ci z miasta, także nie mają w swoich żyłach krwi? Na pewno nie, bo przy najmniejszym nawet skaleczeniu musieliby poznać czerwony kolor i oswoić się z nim… A zatem w żyłach wszystkich mieszkańców tej planety zamiast krwi płynie bezbarwna, anemiczna ciecz…

Uru, wyczerpane walką, zasnęły tym razem o wiele wcześniej, przed upływem godziny. Zasnął i Kusy, osłabiony upływem krwi. Spoglądając na śpiących, Agata niespodziewanie także poczuła senność i, przytulona do czarnego futra swego przyjaciela, również zasnęła. Spokojnym, leczącym rany i nerwy snem dziewczynka i zwierzęta spały ponad trzy godziny. Już nie widziały, jak stadko huringów podniosło się z piasku na przeciwległym brzegu i rzucając niechętne spojrzenia na śpiących – odfrunęło, szybując nisko nad ziemią. Święta pora snu była gwarantem bezpieczeństwa, lepszym niż zęby i pazury.

I tylko ziemia, wzdychając, jęcząc, wchłaniała w siebie coraz głębiej i głębiej niespodziewany rubinowy dar psa, przybyłego z innego świata. I mieszając się z ziemią, dar ten – prawdziwa, żywa krew – zaczął przeobrażać się w nową formę, zrodzoną przez wyjałowioną matkę ziemię.

Rozdział dziesiąty

Pierwsza obudziła się Agata i z niepokojem rozejrzała się po niebie, czy nie widać gdzieś nadlatujących huringów. Ale niebo było nieskazitelnie czyste. Tak intensywnej, naturalnej barwy błękitu dziewczynka nigdy nie miała okazji oglądać na skażonej przemysłową cywilizacją Ziemi.

Kusy otwarł migdałowe ślepia i ziewając szeroko, przeciągnął się na całą długość. Rozciągnięte dokoła ciała śpiących uru wyglądały jak barwne plamy na tle soczystej zieleni.

Nagle dziewczynka znieruchomiała: w krajobrazie zaszła jakaś zmiana. Wszystko było niby jak dotąd: soczysta, zielona trawa, różnokolorowe uru, niewysokie, gęste krzewy wokół… A jednak całość była inna! Agata rozglądała się wokoło zaniepokojona, ale nie umiała dociec przyczyny tego zjawiska.

Czegoś zabrakło czy wręcz przeciwnie? – myślała gorączkowo, śledząc ze skupieniem najbliższy teren. Jakby ktoś czegoś dodał… Ale czego?

Uroda krajobrazu wzmogła się, zwielokrotniła. Zniknęło gdzieś dotkliwe poczucie jego ułomności. Kusy podniósł łeb i rozejrzał się z majestatycznym spokojem. A zatem dziwna, nieokreślona zmiana nie była niebezpieczna, pies bowiem bezbłędnie by to wyczuł. Ta zmiana była nawet przyjemna dla wzroku, co Agata przeżywała teraz z całą mocą. Jakby wzrok odnalazł nowy bodziec do podziwiania piękna przyrody.

Rozbudzone uru przeciągały się leniwie, wyciągając z lubością długie łapy i prężąc ogony… Nagle jeden z nich drgnął i zesztywniał. Zaraz całe stado zatrzymało się w dziwacznej postawie ni to niepokoju, ni rozbudzonej ciekawości. Jednak zwierzęta nie zachowywały się tak, jakby zwietrzyły nagłe niebezpieczeństwo, lecz jakby zaskoczył i poraził je niespodziewany widok. Wszystkie wbiły błyszczące i podekscytowane ślepia w jedno miejsce. Dziewczynka spojrzała…

…wszędzie tam, gdzie krew Kusego rubinowymi kroplami wsiąkła w ziemię – a ziemia z pełnym drżenia westchnieniem przyjęła ten niespodziewany dar – wyrosły wysmukłe, purpurowe kwiaty o strzępiastych, zwiewnych kielichach…

Czerwień niespodziewanie i znienacka powróciła do tego świata. Wydawało się, że cała przyroda śledzi to niezwykłe zjawisko. Nadleciały ptakomotyle i patrząc, zatrzymały się w locie. Drzewa pochylały konary w kierunku purpurowych kielichów, mrucząc coś w swej szeleszczącej mowie. Trawa w ich pobliżu wyginała się w tańcu.

Tylko Kusy spokojnie i leniwie rozglądał się dokoła, przywykły do czerwieni od pierwszych dni swego psiego życia.

Agata delikatnie i z czułością dotknęła purpurowych kielichów. W zamyśleniu pogłaskała ich zielone łodyżki.

…Być może wkrótce podmuch wiatru rozsieje wasz pyłek i z kilkunastu kwiatów wyrośnie kilkaset, cały krajobraz nasyci się czerwienią, jego uroda nareszcie rozkwitnie we wszystkich kolorach tęczy. Oj, Kusy, Kusy, coś ty narobił…?!

I Agata zaczęła się śmiać. Śmiała się długo i swobodnie, a zwielokrotnione echo niosło jej śmiech w dolinę.

– Witajcie, czerwone kwiaty! Witaj, dobra zmiano! Rozkwitaj, siódmy kolorze tęczy! – wołała dziewczynka, tańcząc radośnie. Kusy spojrzał na nią zdumiony, lecz zaraz przyłączył się w szaleńczych podskokach, przyjmując zachowanie swej pani jako zaproszenie do zabawy. Oszołomione uru oderwały ślepia od purpurowych kielichów i zaczęły tarzać się w trawie, figlując jak szczenięta.

Odgłosy niespotykanej w tej krainie wesołości roznosiły się po dolinie, uderzały o zbocza pagórków i echem niosły się dalej i dalej, aż dobiegły do dna doliny.

Widoczne z dala opary burej mgły drgnęły, skłębiły się. Mgła zakotłowała się, wzbiła gęstym kłębem w górę, opadła z powrotem…

Agata tańczyła na polanie, otoczona beztroskimi uru. Kwiaty prostowały łodygi, dumne ze swej niezwykłej urody, i poruszały strzępiastymi płatkami w leciutkim wietrzyku, który nadbiegł, by musnąć je choćby raz.

Bure mgły znowu wzbiły się w górę, jeszcze wyżej, by za chwilę opaść z powrotem. Na dnie doliny coś się kotłowało, przewalało na wszystkie strony jak wielkie, żywe cielsko. Coś, co do tej pory tylko czaiło się w głębi, szykowało się teraz do skoku, ostrzeżone o zmianie radosnymi okrzykami…

Agata, leżąc na brzuchu w trawie, z upodobaniem kontemplowała urodę jednego z purpurowych kielichów. Liczyła płatki, nucąc jakąś melodię bez słów, a uru nadal tarzały się, piszcząc i poszczekując z emocji.

Bura, gęsta, dusząca mgła po raz trzeci wyrzuciła w górę słup oparów i opadła. Teraz już całe dno doliny gotowało się, tętniło utajonym, złowrogim życiem…

Kusy zjeżył sierść i cicho zawarczał. Uru znieruchomiały, wietrząc czającą się grozę.