Выбрать главу

– Witaj, zmiano, dobra zmiano! – wołała Agata, gdy nagle znieruchomiała, a wzrok jej przywarł do odległego dna doliny.

Uru poruszyły się niespokojnie. Niektóre zjeżyły się i zaczęły warczeć. Całe stado zaczęło dreptać w kółko i drżeć, rzucając na dziewczynkę błagalne spojrzenia.

– Uciekajmy – mówiły te ślepia. – Uciekaj z nami, nie mamy czasu…

– Cicho, cicho… – uspokajała je Agata. – To jest tak daleko… Nic nam nie grozi… Cicho bądźcie…

Lecz uru już skomlały, podwijając pod siebie ogony, i zbiły się w wystraszoną gromadkę. Agata rozglądała się dokoła, lecz nie widziała powodu do ucieczki. Drzewa w łagodnym wietrze nadal kołysały długimi konarami, ostrokolczaste krzewy rozsiewały przyjemny zapach, barwne ptakomotyle trwały w radosnym zadziwieniu nad tym miejscem trawiastego zbocza, gdzie stało dumnie kilkanaście strzępiastych, wysmukłych kielichów.

Uru zaskowytały żałośnie i poderwały się do biegu, ale widok stojącej nieruchomo dziewczynki zatrzymał je. Powróciły, skomląc i chowając pod siebie puszyste ogony.

Agata ponownie spojrzała w głąb doliny. Mgła nadal kotłowała się, wiła, wyrzucała w górę zgęszczone kłębowiska oparów. Ale nie tylko…

– …ona pełznie! – szepnęła strwożona dziewczynka. – Pełznie w tę stronę!

Rzeczywiście. Mgła rozprzestrzeniała się, wysuwając jakby długi język, i pełzła coraz wyżej i wyżej…

Agata stała jak sparaliżowana, nie reagując na naglące, zrozpaczone powarkiwania stłoczonych w ciasne stadko zwierząt. Kusy stał wiernie u jej boku, choć cały drżał i obnażał ostre, białe kły.

Jęzor mgły, bury, zgęszczony, powoli, lecz nieustępliwie piał się w ich stronę, pokonując spiętrzenia gruntu i rozpadliny. Jego kolor w miarę zbliżania się intensywniał, z burego przeradzał się w barwę ciemnej śliwki, przejaśniał się dalej, narastał, aż przybrał barwę żrącego, wściekłego fioletu. Intensywność i agresywność tego koloru była tak uderzająca, że dziewczynka poczuła, iż łzawią jej oczy. A tymczasem Wściekły Fiolet pełzł i pełzł niestrudzenie…

Agata z przerażeniem ujrzała, że wszędzie tam, gdzie przeszedł jęzor mgły, znikały naturalne barwy przyrody. Trawa fioletowiała pod jego cielskiem, by po chwili przemienić się w martwą garstkę popiołu. Fioletowiały krzewy – i rozsypywały się z kruchym szelestem, jak bezbarwne ziarnka piasku. Stojące na drodze Wściekłego Fioletu drzewa rozpaczliwie usiłowały schować konary, ale na próżno… Wszędzie, gdzie dosięgnął ich jęzor Wściekłego Fioletu, konary rozżarzały się intensywną ciemnofioletową barwą, aby po chwili, spopielałe, opaść w bezradnej martwocie na ziemię.

Wściekły Fiolet pełzł niestrudzenie, był coraz wyżej i wyżej, odległość między czubkiem jego jęzora a znieruchomiałą Agatą zmniejszała się z minuty na minutę. Zbite w gromadkę uru pojękiwały i cofały się, patrząc z przestrachem na dziewczynkę, żebrząc wzrokiem o ucieczkę. Lecz Agata stała w miejscu jak skamieniała.

Ona już wiedziała – nie wiadomo skąd wiedziała, bo tak podpowiadał jej niezawodny instynkt: Wściekły Fiolet nie ją, Agatę, gonił, ani przerażone, skomlące jak szczeniaki uru. Uparcie, jakby wykonując czyjś bezwzględny rozkaz, Wściekły Fiolet pełzł do celu swego przeznaczenia, niszcząc po drodze wszystko, co znajdowało się w jego zasięgu. Zabijał bezlitośnie każdą trawkę, każdy liść i krzew, okaleczał drzewa i ranił ziemię. I pełzł… pełzł… pełzł… Jeszcze pięćdziesiąt metrów… jeszcze trzydzieści… dziesięć…

Uru zawyły i rozbiegły się w popłochu na wszystkie strony, byle dalej od Fioletowej Śmierci. Ptakomotyle wzbiły się jak mogły najwyżej w powietrze. Tylko jeden nie zdążył uciec i jego skrzydła, bijąc bezradnie w powietrzu, najpierw sfioletowiały, a potem spopieliły się i piękny ptak runął w gęstą, pełznącą mgłę, wydając donośny przedśmiertny okrzyk.

Agata stała wyprostowana, ze skamieniałą twarzą. Nie bała się, ale nienawidziła. Nienawidziła tej okrutnej, bezwzględnej siły, niosącej śmierć zielonej dolinie i wszystkiemu, co żyje. Miała równocześnie przeraźliwie jasną i bolesną świadomość, że nie jest w stanie przeszkodzić Wściekłemu Fioletowi w wykonaniu zadania.

Dziewczynka, stojąc nieruchomo, patrzyła, jak Wściekły Fiolet bezlitośnie osiąga swój ceclass="underline" kilkanaście bezbronnych, purpurowych kielichów, jeszcze przed chwilą cieszących się nowym życiem w blasku promieni słonecznych, najpierw rozżarzyło się barwą intensywnego fioletu, a potem rozsypało w popiół. W tym samym momencie Wściekły Fiolet jakby przygasł, zliliowiał, zróżowiał, zbladł – i bezszelestnie wtopił się w suchą, martwą już ziemię. Nieśmiała, świeżo zrodzona czerwień zniknęła z krajobrazu.

Uru wracały z podkulonymi ogonami i wzrokiem wbitym w ziemię. Wstydziły się swego strachu, wstydziły się oszalałej ucieczki i zdrady przyjaciół. Jednak ich strach był silniejszy od prawdziwie psiej wierności dla dziewczynki i czarnego pobratymca.

– Idziemy w góry – powiedziała Agata bezbarwnym głosem, gładząc tulące się do jej nóg łby. – Nie mamy tu czego szukać. Chodźcie, moje pieski…

Smutny orszak ruszył w górę, opuszczając kotlinkę wokół jeziorka, straszącą teraz martwymi, wypalonymi plamami. Ranne drzewa cicho skarżyły się szelestem ocalałych liści, a barwne, lekkie ptakomotyle zniknęły już dawno, pozostawiając za sobą zewłok spopielałego towarzysza.

Rozdział jedenasty

Droga w górę była powolna i męcząca. Z nieba lał się żar. Gromadka wlokła się noga za nogą, w przygnębieniu, z zatrważającą pamięcią o Fioletowej Śmierci. Widoczne na horyzoncie ciemne kształty gór wydawały się ciągle nieosiągalne, choć męczący marsz trwał już prawie połowę dnia. Wytchnienie mogła przynieść tylko noc.

Gdy wreszcie oba słońca rozpoczęły swą wędrówkę ku krańcom horyzontu i upał zelżał, dziewczynka i zwierzęta poczuły się raźniej. Uszły jeszcze kilkaset metrów pod górę, po czym uru same wybrały miejsce na nocleg w niewielkim wąwozie pomiędzy łagodnymi pagórkami. Zdecydowanie, z jakim rozciągnęły się na zielonej trawie, pomrukując z zadowoleniem, przesądziło sprawę. I choć do zmroku było jeszcze daleko, dziewczynka z prawdziwą ulgą przyjęła decyzję czworonożnych przyjaciół.

Uru nieprzypadkowo wybrały ten wąwóz na miejsce spoczynku. Z jednego ze zboczy tryskało małe, ożywcze źródełko. Wszyscy napili się do syta, Agata zaś z rozkoszą umyła się orzeźwiającą wodą. Zwierzęta natychmiast zasnęły. Zmęczona przeżyciami i marszem pod górę dziewczynka pragnęła iść w ich ślady. Miękkie futro psa znakomicie służyło za poduszkę. Kusy mruczał coś usypiająco.

Mimo zmęczenia sen jednak nie chciał nadejść. Agata ciągle miała przed oczami dumne purpurowe kwiaty nad jeziorem – kwiaty, które w myślach nazwała nieśmiałym zarodkiem czerwieni na pozbawionej tego koloru planecie. O ileż wzbogacił się i wypiękniał krajobraz nadjeziornej kotlinki, jak wypełniły się jego barwy, osiągając nareszcie siedem kolorów tęczy.

Kto przysłał ten zabójczy jęzor mgły? – zastanawiała się Agata.

Czy byli to tajemniczy, niewidzialni oni? Czy oni, mamiąc dziewczynkę sprzecznymi wezwaniami, przysłali Wrzosowego Ludka, żeby wciągnąć ją w moczary i zadać śmierć przez utopienie w błocie? Komu i dlaczego przeszkadza Agata? Im? Czy na pewno oni kryją się za złą siłą z moczarów? Po co w takim razie wzywali ją we śnie, by szła w góry? Właśnie w góry, a nie w głąb doliny…

Agata przypomniała sobie nagle radę strażnika i szybko zdjęła z szyi szmaragdowy kamień.

Może oni zechcą coś powiedzieć? Coś wyjaśnić? I z tą myślą zasnęła. Wysokie, czarne góry wyrosły przed jej oczami prawie natychmiast. Zryte pieczarami, przypominały ruiny jakiegoś wielkiego gmachu. Ten sam Głos powtarzał coś długo i z naciskiem. Brzmiały w nim przestroga, nadzieja, rozkaz i prośba: