– …najkrótszą drogą w stronę gór, słyszysz? Musisz iść najkrótszą drogą! Nie zbaczaj nigdzie, nie zatrzymuj się – powtarzał Głos, zniekształcony chwilami, przerywany, z nie domówionymi słowami, jakby coś usiłowało przeszkodzić mu w dotarciu do mózgu dziewczynki.
– …niech cię nic nie zaciekawi, nie rozglądaj się… Niech nic nie skusi twego wzroku… Najkrótszą drogą w stronę gór… Pamiętaj, że… Tamci chcą nam przeszkodzić… Musisz… Najkrótszą dro…
Agata otworzyła oczy. Uru radośnie tarzały się w trawie. Już zdołały zapomnieć o wczorajszym straszliwym lęku. Kusy przeciągał się, poszczekując towarzysko w stronę gromadki zwierząt. Dzień wstawał piękny, błękitnozłoty i rześki. Agata namacała ręką w trawie szmaragdowy kamień i zawiesiła go na szyi. Z przyjemnością ochlapała się w źródełku, a potem znalazła drzewo z soczystymi owocami. Uru pobiegły za nią i wyskakując w górę jak pingpongowe piłeczki, zrywały je zębami prosto z gałęzi. Kusy, leciutko wykrzywiając pysk i zlizując cieknący sok, również pożywiał się w nie znany mu dotąd, ale jedyny w tych okolicznościach sposób.
Po chwili znowu uformował się podróżny orszak. Na jego czele biegło kilka uru, rozglądając się czujnie dokoła; inne uru biegły po bokach Agaty, a pozostałe zamykały pochód. Koło idącej w środku dziewczynki kroczył dostojnie Kusy, wymachując długim, puszystym ogonem. Oba słońca znajdowały się jeszcze dość nisko nad horyzontem.
– Póki nie jest gorąco, musimy iść możliwie szybko – powiedziała dziewczynka swym współtowarzyszom. Uru, kładąc po sobie uszy, dały do zrozumienia, że słyszą, ba! że lubią słuchać jej głosu. Pojawienie się w ich życiu Agaty przyjęły z wdzięcznym zaciekawieniem, które szybko przerodziło się w uczucie wierności. Uru odkryły, że miłość do człowieka może być ważnym składnikiem ich życia, że miłość ta wprawdzie pęta ich wolność, ale te więzy nie są złe. Było im dobrze z dziewczynką i od razu odczuły potrzebę chronienia jej. Co jakiś czas któryś uru podchodził bliziutko, żeby otrzeć się o nią futrem. Serca zwierząt przenikała wówczas ogromna radość.
Mieszkańcy tego świata z łatwością mogliby sobie zyskać ich miłość i wierność, ale nie są zdolni nawet do takiego wysiłku – pomyślała ze smutkiem Agata. – Ile uczucia marnuje się na tej planecie…
I znowu stanęła jej przed oczami bezbarwna, dziwna ciecz, która płynęła z ran uru zamiast żywej, czerwonej krwi. Może to ona przesądziła o upadku wielkiej i ongiś wspaniałej cywilizacji, której smutnych, symbolicznych ruin pilnuje niestrudzenie ostatni strażnik królewskiego pałacu?
Gdyby ludzie na Ziemi musieli ciągle spać, nie znaliby gniewu, miłości, nienawiści, buntu, przyjaźni i zdrady… Czy byliby zdolni wówczas budować, tworzyć, burzyć, niszczyć i zmieniać, twardo stąpać po swojej planecie i odważnie sięgać do gwiazd? Może kolor czerwony jest nie tylko ozdobą, ale i esencją życia? Jest kolorem nie tylko kwiatu i zachodu słońca, ale i kolorem życia? Dlaczego tu nie ma czerwieni? Co się z nią stało?
Szli pod górę z mozołem, ale mimo to dość szybko. Uru, jakby dbając o dziewczynkę, wyszukiwały najłatwiejsze podejścia, omijając zbyt strome pagórki, pnąc się zakosami w stronę coraz bardziej widocznych gór. Już nie były one jedynie ciemnym, posępnym pasmem na tle nieba; Agata zaczynała wyraźnie rozróżniać ich kształty. Zdawało się jej, że nawet dostrzega czarne otwory pieczar.
– Jeszcze kilka godzin marszu i będziemy na miejscu – westchnęła. – A co dalej? Zobaczymy, byle szybko dojść do podnóża gór…
Nagle wzrok dziewczynki przykuł niezwykły przedmiot. Uru zdawały się go nie widzieć i obojętnie szły dalej. Nawet Kusy, choć wzrok jego bacznie krążył dokoła, nie zatrzymał na tym spojrzenia. Tymczasem Agata stanęła gwałtownie i poczuła, że jej serce trzepoce szybko, jak ptak w klatce.
Na jednym z łagodnych zboczy, kilkadziesiąt metrów od trasy ich wędrówki, zobaczyła… lustro! Lustro! Jej lustro! Jedyna droga do domu! Agata stała niezwykle przejęta, a przez głowę przebiegało jej mnóstwo całkowicie sprzecznych refleksji.
Mam już psa, więc mogę od razu wracać. Nic mnie tu nie trzyma. Nic! – myślała gorączkowo. – Nic?… Czyżby? Ktoś przecież czeka na mnie w tych górach i czegoś ode mnie chce. Nie ściągali mnie tu po to, żebym przespacerowała się po tej planecie, wzięła psa i wróciła do domu. Zmusili mnie do przejścia przez lustro w jakimś bardzo ważnym celu. Widzę to teraz wyraźnie. Przecież wszyscy mieszkańcy tego dziwacznego kraju, choć ospali, senni, bezmyślni, jednak powtarzają z uporem: „Jesteś Ta i musiałaś przyjść”. Czyżbym przyszła jedynie dla przeżycia przygody, czy też jestem tu komuś potrzebna? Ba, niezbędna! „Jesteś Ta, która przyniesie zmianę” – mówili mieszkańcy miasta. Czy przyniosę tę zmianę samą swą obecnością, czy też powinnam coś zrobić? Jeśli tak, to tylko oni, Głos ze Snu, są w stanie mi wytłumaczyć, co mogę uczynić. Mam zatem jakąś misję do spełnienia, choć nie wiem, jaką… Ale dom? Mama, tata, na pewno są zrozpaczeni moim zniknięciem… Ulubione miejsca i przyjaciele, szkoła, ulubiony pokój, a nawet ulubione potrawy i napoje, dobrze znane ulice i pobliska łąka… To wszystko na mnie czeka i tęsknię już za tym…
Myśli skakały jak oszalałe, a tymczasem dziewczynka krok za krokiem, niemal bezwiednie, jak zaczarowana zbliżała się do jaśniejącego w słońcu lustra. Uru zatrzymały się zdziwione i śledziły podejrzliwie jej ruchy. Kusy węszył długim czarnym nosem, unosząc delikatnie górną wargę.
Jest przecież możliwe, że to nie kto inny, ale właśnie oni przysłali to lustro, żebym mogła nareszcie wrócić do siebie – rozmyślała dziewczynka i cały czas zbliżała się do błyszczącej, gładkiej powierzchni zwierciadła, które stało spokojnie i nieruchomo, jakby zawieszone w powietrzu. A zatem nie należy się zastanawiać, tylko wołać Kusego i wejść tam, nie myśląc więcej o tym ponurym świecie, o mieście, ruinach pałacu, o uru i o nich… Ale oni tamtej nocy powtarzali z takim naciskiem: „Idź prosto w góry… nigdzie się nie zatrzymuj… niech nic nie przyciągnie twojej uwagi… śpiesz się…” No więc, co mam zrobić? Doprawdy, nie wiem i jestem taka bezradna…
Agata wolno zbliżała się do lustra. Rzucało ono na zieloną trawę długi, czarny cień.
Może po prostu mu się przyjrzę. Tylko mu się przyjrzę, zobaczę, co w nim tym razem widać, i pójdę w góry – myślała niecierpliwie Agata, a jej nogi niemal same, bez udziału woli, niosły ją w stronę lustra. – Nie mogę zawieść nadziei tych, którzy tyle wysiłku włożyli w ściągnięcie mnie tu. Nie uczynili tego bez ważnej przyczyny, więc zostanę. Ale spojrzę tylko w to lustro i zaraz pójdę…
Lustro błyszczało niespotykanym blaskiem. Blask utrudniał dojrzenie tego, co odbijała jego powierzchnia.
– Muszę jeszcze podejść parę kroków – szepnęła dziewczynka. Znajdowała się już o kilka metrów od głębokiego, czarnego cienia, rzucanego przez lustro na zieloną trawę. Trawa przybrała w tym miejscu głęboki, agresywnie fioletowy odcień. Agata zrobiła kilka kroków.
– To nie jest moje lustro! – zawołała ze zdumieniem. – Moje ma całkiem inną ramę, a to…
Głęboki, czarny cień objął ją swoim skrzydłem i już nie puścił. Usiłowała cofnąć się z jego zasięgu, zaczęła się szamotać niezdarnie, ale trzymał ją w swych objęciach mocno i nieustępliwie.
Zaniepokojone uru i pies ujrzeli tylko, że ich pani znika nagle sprzed ich oczu. Gdy zwierzęta skoczyły do przodu – po Agacie nie było ani śladu. Dziewczynka już nie widziała, jak zrezygnowane i przestraszone stadko układa się w trawie, by poczekać na powrót tej, która tak nagle zniknęła. Tylko Kusy żałośnie skomlał, pełen najgorszych przeczuć.