Выбрать главу

Tymczasem Agacie, schwytanej w potężny uścisk Czarnego Cienia, zniknął sprzed oczu znajomy krajobraz, gromadka uru, Kusy, słoneczne, dobre światło i kojący błękit nieba. Znajdowała się w mrocznej i pustej przestrzeni, w której wiał lodowaty, obcy wiatr. Dziewczynka miała uczucie zawieszenia w próżni, równocześnie stała w jakimś miejscu i pędziła gdzieś przed siebie w zawrotnym tempie. W tym paradoksalnym nieruchomym pędzie zaczęła powoli dostrzegać dokoła siebie jakieś szybko migoczące kształty. Były zamglone i niewyraźne, z powodu szybkości, z jaką się jej ukazywały, niemal niemożliwe do rozpoznania. Dziewczynka wytężyła całą swą uwagę i nagle zaczęło jej się zdawać, że dostrzega siebie z gromadką uru nad jeziorem, jak skamieniała i zrozpaczona śledzi pełzanie Wściekłego Fioletu.

– To ja – szepnęła nieruchomymi wargami. – Czy ja mogę widzieć siebie? A jednak widzę…

Ku swemu zdumieniu ujrzała, że Wściekły Fiolet cofa się na dno doliny, ale zamiast spopielałej, zranionej ziemi pozostawia za sobą piękną zieloną trawę, wśród której wspaniałą czerwienią rozkwitają wysmukłe kielichy kilkunastu kwiatów.

Więc one żyją? – ucieszyła się, nieruchoma, skamieniała, zatrzymana w jednym miejscu, a równocześnie gnająca gdzieś w oszalałym, niemożliwym do powstrzymania pędzie; widząca samą siebie – wędrującą przez ten obcy świat – i czująca siebie, skamieniałą gdzieś w lodowatej próżni.

Oczy Agaty z czułością przylgnęły do purpurowych kielichów, ale kwiaty zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, a ich miejsce zajęło nagle stadko uru rozpaczliwie walczące z dzikimi huringami.

– Huringi znowu ich napadły… – szepnęła z rozpaczą dziewczynka, ale już przed jej oczami znalazły się śpiące spokojnie zwierzęta i walczący samotnie z huringiem pies. Lecz oto nagle dziewczynka i zwierzęta, jakby zapominając o strasznej walce, radośnie kapały się w zielonkawej toni jeziorka. Agata przywarła wzrokiem do tego obrazu i przypomniała sobie, jak bardzo była wówczas szczęśliwa. Nie zdążyła jednak rozsmakować się w tamtym uczuciu, gdyż w ciągu sekundy obraz zmienił się, pojawiło się granatowiejące niebo, a potem wszędzie zaczęły kłębić się gęste, bure mgły. Niebo zniknęło, całkowicie pochłonięte przez opary, a ziemia zrobiła się miękka, mlaszcząca, zapadała się pod stopami tamtej Agaty, idącej we mgle. Ta druga Agata, skamieniała, nieruchoma, a równocześnie pędząca gdzieś w oszalałym tempie, cały czas rejestrowała to wzrokiem. W tej mgle błąkało się gdzieś stadko uru, lecz za chwilę zniknęło i wtedy pojawił się pies…

Tamta Agata tonęła w bagnie, a nad nią pochylał się Kusy, by za moment zniknąć. Tamta Agata czuła straszny odór rozkładającej się zgnilizny, a bagno podchodziło jej już do szyi… do piersi… do pasa…, ale już stała na zbawczej kępie trawy i słyszała własny, niezrozumiały krzyk.

Gdzie zniknął Kusy? – myślała z niepokojem ta Agata, skamieniała, nieruchoma, owiana lodowatym wiatrem i mająca uczucie, że mknie gdzieś w zawrotnym, oszalałym, niemożliwym do wstrzymania locie.

Wtem koło tamtej, zagubionej na moczarach Agaty pojawił się malutki, pokraczny Wrzosowy Ludek i prowadził dziewczynkę za sobą… nie, dziewczynka szła z mozołem pierwsza, a Wrzosowy Ludek biegł za nią…

Nie, nieprawda – myślała ta Agata. – Ja i Wrzosowy Ludek idziemy gdzieś razem, ale dlaczego tyłem? Idziemy przecież plecami do kierunku drogi…

Ku swej radości ta Agata ujrzała, że tamta Agata wydobywa się z oparów mgły i już znajduje się pod pięknym, słonecznym niebem, oddycha pełną piersią i ociera z czoła pot, od obu słońc bowiem spływa niezwykle silny żar…

Nie wolno wierzyć Wrzosowemu Ludkowi – myśli ta Agata i z ulgą widzi, że Wrzosowy Ludek rozwiał się, a tamta dziewczynka z płomiennoczerwonymi włosami jest już w ruinach królewskiego pałacu i wita się ze strażnikiem… Nieprawda, nie wita się, lecz żegna, najwyraźniej w świecie żegna się, a potem mimo to wchodzi w ruiny i razem ze strażnikiem ogląda tajemniczy obraz w wieży Astronomów, a potem, klęcząc, przegląda wielką, zniszczoną, lecz jedyną ocalałą księgę z ogromnej ongiś biblioteki króla Tutaina. Czerwień… czerwień królewskiego płaszcza na obrazie – i smutny mrok zrujnowanej biblioteki, kalekiego świadka dawnej bogatej kultury tego świata…

To przecież było na odwrót – myśli ta Agata, skamieniała, boleśnie bezradna, podczas gdy tamta już opuściła ruiny i idzie tam, gdzie na horyzoncie coraz szybciej zbliża, się miasto, z daleka koronkowe, z bliska przygnębiające zaniedbaniem i nieuchronnie nadchodzącą śmiercią…

To było na odwrót – myśli niespokojnie ta Agata. – Najpierw byłam w królewskiej bibliotece, a potem w wieży Astronomów… A jeszcze wcześniej byłam w mieście, a dopiero później trafiłam do królewskich ruin… Nic tu się nie zgadza, nic nie rozumiem… Co się ze mną dzieje? Dlaczego jestem tu, uwięziona, nieruchoma, choć mknę gdzieś z oszałamiającą prędkością, a równocześnie moje drugie ja błąka się po tym świecie, przeżywając jeszcze raz to samo, choć w odwrotnej kolejności…?

I nagle dziewczynka, skamieniała, choć pędząca, owiana lodowatym, obcym wiatrem, uwięziona w czarnym skrzydle potężnego, złowrogiego cienia – krzyczy głośno, pojmując z całą ostrością, co dzieje się z nią i z tą drugą, czyli z nią samą, choć w drugiej osobie:

– Oni zawracają czas!

Nim jeszcze ostatnie słowa padły w głuchej, zimnej i mrocznej przestrzeni, Agata już widzi siebie w mieście, otoczoną drobnymi, ruchliwymi istotkami o włosach we wszystkich – z wyjątkiem jednego – kolorach tęczy. Po chwili dziewczynka jest z powrotem za murami miasta i wspina się coraz wyżej i wyżej…

…jeszcze chwila i znajdzie się na rozległej wyżynie, w miejscu, gdzie po raz pierwszy postawiła stopę w tym obcym świecie, pełnym zrujnowanych pamiątek po dawno umarłej świetności. Agata już wie, że jeszcze chwila i nie będzie jej tu. Czas zawróci ją w jej własny świat, popchnie na drugą stronę lustra. I wszystkie wysiłki nie znanych jej, choć niestrasznych mocy z gór pójdą na marne. Agata nie wykona misji, którą oni ufnie złożyli na jej barki – zapowiadając wszystkim jej nadejście i zmianę, dobrą zmianę, którą ze sobą przyniesie. A Agata już teraz doskonale wie, jaka ma być ta zmiana i co ona może zrobić dla smutnych mieszkańców skazanego na nieuchronną zagładę miasta… Aż dziwne, że do tej pory tego nie pojęła, choć jest to tak proste, tak oczywiste i od początku przejrzyście zawarte było w słowach mieszkańców miasta, strażnika, w poczynaniach Wściekłego Fioletu…

Czy ona, Agata w dwóch osobach, może pozwolić, żeby jakaś zła, ciemna siła uniemożliwiła spełnienie wielkich nadziei tych z gór? Czy może ot tak wrócić do domu?

– Muszę coś zrobić! – krzyczy dziewczynka nieswoim głosem, pełna rozpaczy i bezradna jak dziecko. – Muszę coś zrobić! Chcę im pomóc! Muszę im pomóc!

Wyżyna, na której Agata pojawiła się po raz pierwszy, przekraczając nie stawiające oporu ramy zwierciadła, już zbliża się, a wraz z nią idzie noc w oszałamiającym tempie zawracanego czasu, bo właśnie w nocy dziewczynka pojawiła się w tym miejscu…

– Muszę! Muszę! – woła Agata obcym, ostrym głosem. – I wiem, co robić! Wiem! Już wiem!

Tamta Agata z wyżyny, w rytm myśli Agaty skamieniałej, choć gnanej w straszliwym tempie zawracanego czasu, wyciąga przed siebie rękę… Ręka jest ciężka, niemal obca i czują to obie Agaty… Tamta, zawracana coraz szybciej i szybciej w stronę miejsca, gdzie już na polanie widać drugą stronę lustra, a w lustrze wyraźnie odbity pokój w rodzinnym domu, chwyta gwałtownym ruchem za ostry, kolczasty krzew, który właśnie wyrósł tuż koło niej. Jak to dobrze, że tak dużo tych krzewów na wyżynie, bo Agata już wie, co ma robić i jaka jest jej misja…