Выбрать главу

Dłoń tamtej Agaty zaciska się, ostre kolce ranią mocno i boleśnie delikatne wnętrze dłoni, dziewczynka krzyczy – ale ta Agata, oglądająca wszystko z miejsca, gdzie jest lodowata pustka i równie lodowaty wiatr, czuje także dobry, potrzebny ból.

I w tym samym momencie obrazy przed jej oczami przestają migotać w straszliwym tempie zawracanego czasu. Czarne skrzydło potężnego cienia drży, blaknie, rozwiewa się. Cichnie lodowaty wiatr. Tamta dziewczynka znika z wyżyny i Agata czuje, jak stapia się z nią znowu w jedno…

Gromadka uru patrzy na nią z podejrzliwym zdziwieniem, a Kusy szczerzy białe kły. Ale po chwili zwierzęta przypadają do niej z wesołym skowytem, szczęśliwe, że ją odzyskały. Potoki promieni spływają na trawiaste zbocze, wspinające się coraz wyżej ku coraz bliższym górom.

Agata wolno prostuje zranioną ostrymi kolcami dłoń, z której dużymi kroplami spływa rubinowa krew. Jedne z nich wsiąkają w ziemię, a ona z głębokim westchnieniem przyjmuje ten niespodziewany i cudowny dar. Inne krople, nim dotkną ziemi, przemieniają się w ptaki o niemal wszystkich odcieniach czerwieni – i ptaki te z radosnym, wyzywającym świergotem wzbijają się wysoko w powietrze. Są już niedosięgłe dla mrocznych, pełzających sił, dla złej magii, czającej się w głębi tej doliny.

Purpurowe kwiaty ponownie rozwierają swe kielichy. Są większe, piękniejsze – i wyrastają już nie kilkunastoma, ale setkami wysmukłych łodyg. Pobliskie drzewa nagle rozbrzmiewają szeleszczącym liśćmi śpiewem i aż czerwienieją od przysiadłych na ich konarach ptaków. Do śpiewu drzew i traw przyłącza się radosny ptasi chór.

Agata kładzie się w trawie, wtula w nią twarz, pełna ulgi, wyzwolona od lęku, spokojna o tę świeżo zrodzoną czerwień. Ona już się nie podda i dziewczynka to czuje. Czerwień, zrodzona z bólu i krwi człowieka z innego świata, bezinteresowny dar dla innych ludzi, zwycięży złą magię, obezwładni złe moce i coraz bujniej będzie się krzewić w całym tym kalekim, choć pięknym świecie. Przywróci mu zdrowie i urodę. Agata już to wie.

Uru i Kusy idą w ślad za swoją panią. Rzucają się w trawę, tarzają się w niej, radośnie poszczekują, tworząc barwne, rozszalałe kłębowisko. Za chwilę już stoją, dysząc, z wywieszonymi językami, gotowe do dalszej drogi.

– Idziemy, pieski! – podrywa się Agata i mały orszak rusza ku coraz bliższym górom.

Rozdział dwunasty

Każdy krok zbliżał ich ku górom, które zajęły teraz cały rozległy horyzont. Nad głowami podróżnych z radosnym śpiewem przelatywały ptaki o piórach w pełnej gamie czerwieni. Ptaki jakby nie chciały rozstać się z Tą, za sprawą której poczęło się ich życie. Ptasi śpiew nie tylko ożywiał martwą do tej pory przyrodę, ale dawał maszerującym poczucie bezpieczeństwa. Ptak śpiewa tylko wtedy, gdy jest swobodny, wolny, niczym nie zagrożony.

Agata szła, czując w sobie jakąś niezwykłą lekkość. Co jakiś czas przystawała i odwracając głowę, spoglądała za siebie, gdzie cały czas wśród zielonych traw purpurowiały kielichy świeżo wyrosłych kwiatów. Dziewczynka uśmiechała się wtedy i w zadumie oglądała skaleczoną dłoń.

Po paru godzinach szybkiego marszu znaleźli się u stóp gór. Wydawały się jeszcze wyższe i smuklejsze niż z oddali. Rzecz dziwna, ale uru robiły wrażenie, że są tu zadomowione. Nie czekając, aż Agata wybierze drogę, skręcały w lewo, w prawo, to znowu biegły prosto jakąś sobie tylko znaną ścieżką. Kierowały się ku najwyższemu ze szczytów, którego ostry wierzchołek wystawał samotnie sponad stromej ściany. Uru biegły chyżo po stromiźnie, jak górskie kozice, przystając co chwilę, by poczekać na dziewczynkę z psem.

Wspinaczka trwała długo i Agatę mocno zmęczyła. Dokoła nich gęstniał rosnący na zboczu góry las, poprzetykany spiętrzonymi głazami, to znowu leżącymi w poprzek drogi zarośniętymi mchem pniami wielkich drzew. Uru biegły zakosami, wybierając w miarę gładką drogę, którą znaczyły jakby naturalne przecinki między głazami.

Czasami Agacie wydawało się, że idą ścieżką wydeptaną przez ludzi. To znowu dałaby głowę, że w cieniu drzew dostrzega jakieś szybko przemykające sylwetki. Jednak uru nie zdradzały zaniepokojenia, a Kusy biegł za nimi, wesoło machając puszystym ogonem.

Nagle na zboczu góry otwarła się czarna czeluść. Przed nimi znajdowało się wejście do ogromnej pieczary.

– To miejsce mi się śniło… Do tego miejsca oni mnie wołali – szepnęła dziewczynka, patrząc z obawą w mroczny otwór.

Ku jej zdumieniu uru nie zatrzymały się, lecz zdecydowanie wbiegły w skalny korytarz, jakby znały go doskonale. Jeszcze przez moment Agata widziała w mroku ich kolorowe ogony, potem jej wierni towarzysze wędrówki zniknęli w gęstych ciemnościach. Agata, nie wahając się dłużej, weszła w głąb jaskini. Kusy kroczył dzielnie u jej boku na lekko sztywnych łapach, nie objawiając jednak lęku, lecz tylko ostrożność.

Po przejściu kilkudziesięciu kroków dziewczynka dostrzegła po prawej stronie jakiś kręty korytarz. To tu za skalnym załomem zniknęły uru. Agata, trzymając się ręką futra Kusego, odważnie weszła w ciemność. Wyczuwając stopami kamienisty grunt, posuwała się wolno wzdłuż skalnej ściany. Po pewnym czasie ciemność zaczęła szarzeć, jakby skądś przedostawało się skąpe dzienne światło. Jeszcze kilka kroków, dwa ostre zakręty – i przez otwory w kamiennym stropie wpłynęły słoneczne promienie. Gdzieś w głębi góry słychać było radosne poszczekiwanie uru.

Dziewczynka przyspieszyła kroku. Skalny korytarz, wijąc się, rozszerzał się stale i jakby wznosił. Po chwili promienie słońca zniknęły, a ciemność rozpraszały z rzadka umieszczone pochodnie. Ich blask był jednak mdły i Agata zastanawiała się przez moment, dlaczego, ale szybko odkryła, że przyczyną znowu jest brak czerwieni. Ogień pochodni dawał wyłącznie słabe, żółtawe światło, brakowało mu charakterystycznych czerwonych jęzorów i właściwej ogniowi energii.

W ciepłym blasku pochodni dziewczynka ujrzała na ścianach korytarza rysunki gwiazd, zwierząt, roślin. Pełgające płomyki ożywiały ich martwe sylwetki. Ku swemu zdumieniu Agata dostrzegła wyrysowane czystą, czarną kreską zwierzęta, w takim bogactwie i rozmaitości, jakiej nie zauważyła w tym świecie nawet na płaskorzeźbach w ruinach pałacu. Były tu słoniopodobne olbrzymy, skoczne jelenie, ociężałe nosorożce i groźne niedźwiedzie – niemal takie same jak w ziemskim świecie.

A ja w całej mojej wędrówce spotkałam tylko cztery gatunki zwierząt i ptaków: huringi, uru, ptakomotyle i zającopodobne… – pomyślała Agata. – Czyżby cały ten zwierzęcy świat wyginął? Dlaczego?

Ożywiona przez ogień przyroda tego świata – utrwalona w twardej kamiennej ścianie – była równie bujna i bogata w gatunki jak ziemska. Tam, na zewnątrz góry, nie zostało z tego bogactwa niemal nic.

Nagle w ścianie korytarza ukazała się niewielka, jasno oświetlona komora. Korytarz wił się dalej – a komora przypominała małą kaplicę. Agata przystanęła i zajrzała do środka. Na skalnych półkach, w świetle kilkunastu pochodni, lśniło coś tak ogromnym blaskiem, że dziewczynka musiała zmrużyć oczy.

– Klejnoty! Jakie piękne, niezwykłe klejnoty! – szepnęła do siebie.

Na kamiennych głazach spoczywały złote diademy, naszyjniki, bransolety, pierścienie i kolie, ozdobne w niezwykłe roślinne i zwierzęce ornamenty, jarzące się od drogich kamieni o barwie szafiru, szmaragdu, rubinu… Tak, był tu także rubin – jeden z najpiękniejszych odcieni czerwieni w swym pysznym, gorącym blasku. Honorowe miejsce zajmowała niezwykłej urody złota korona.