– …a właśnie ty, Aja, nie chciałaś, żeby ten pies tu przyszedł – zachichotał Gryms. – Chciałaś, żeby Ta przyszła sama.
– Bałam się – przyznała Aja. – Bałam się, żeby nie uczynił jakiegoś zamieszania. Zwłaszcza że Wielka Istota Kosmiczna nic nie wspominała o psie, i to w dodatku czarnym! A czarny kolor, niestety, jest ulubionym kolorem naszej siostry i brata z bagien…
– …i pewnie tylko dlatego oni nie zabili od razu twojego psa – powiedział Gryms. – Czarny kolor ich zmylił, uznali, że to stworzenie jest im bliskie, podobnie jak dzikie huringi, które im służą. Inten zaobserwował, że potem te okrutne ptaszyska chciały zabić Kusego, ale nie dały rady. W najmniej odpowiednim momencie zmorzył je święty sen. W każdym razie, gdy twój pies tu się pojawił, od razu wysłaliśmy po niego uru, żeby nie błąkał się samotnie po naszym świecie, gdyż wówczas nigdy byś go nie znalazła. A po niepokojących obserwacjach Intena skierowaliśmy wszystkie zwierzęta na bagna, nie mając zresztą pewności, czy uda im się ciebie uratować…
– Mówcie, proszę, po kolei, bo ciągle niewiele rozumiem – poprosiła Agata. – Nie wiem, na przykład, dlaczego Wielka Istota Kosmiczna miałaby coś wspominać o moim psie!
– Masz rację. Mówimy zbyt wiele naraz – powiedziała Aja. – Przedstawię ci jeszcze tylko Aretę, która rozumie mowę zwierząt. To ona nakazała uru zaopiekować się twoim psem, a gdy nasza siostra i brat z bagien zamierzali cię utopić, wysłała zwierzęta na moczary. Niestety, uru panicznie boją się tego miejsca i same nigdy by cię nie uratowały. Gdyby nie twój Kusy, aż strach pomyśleć, co by się stało… Eta i Hiks straszyli cię też przez nasze lustro wizją moczarów, pragnąc odwieść cię od przekroczenia kiedykolwiek jego ram. Nie wiedzieliśmy o tym… A teraz po kolei…
I Aja zaczęła rozsnuwać przed Agatą niezwykłą opowieść o królu, który osiągnął niebywałą potęgę, lecz ciągle nie mając dość władzy, doprowadził siebie i cały swój świat do zguby. Opowieści Ai towarzyszył cichy trzask płonących polan i głębokie westchnienia śpiących uru. Kusy oparł swój smukły łeb na kolanach dziewczynki i zdawał się słuchać razem z nią.
– …Była to kiedyś piękna i bardzo bogata planeta, z bujną przyrodą, bogatym światem zwierzęcym bez krwiożerczych istot, z krajobrazami, od których nie można było oderwać oczu, z wysoko rozwiniętą cywilizacją, techniką, nauką, kulturą. Ludzie, którzy tu żyli, byli na ogół mądrzy i wszechstronnie utalentowani. Nasza planeta, która jak na ironię nosi dźwięczną nazwę Koral, była bodajże najszczęśliwszą z planet wszechświata. I wydawało się, że rządy kolejnego z królów państwa Argona, króla Tutaina, przyniosły pełny sukces. Jego panowanie zaczęło się świetnie, był to bowiem dobry i rozumny rządca, sprawiedliwy i mądry. My, magowie i czarownice, mieliśmy u ludzi poważanie i sympatię, cieszyliśmy się szacunkiem następujących po sobie królów i zawsze pierwsi wiedzieliśmy o tym, co się dzieje lub co dziać się będzie. Rządom króla Tutaina przyglądaliśmy się pełni nadziei, nie wtrącając się jednak do niczego, zgodnie z naszymi odwiecznymi zasadami. Tutain z roku na rok zyskiwał coraz większą miłość i zaufanie poddanych, a sławę w pozostałych państwach. Nic dziwnego, że gdy zaproponował wszystkim mieszkańcom naszej planety, by zjednoczyli się pod berłem wybranego przez siebie króla i stali się w ten sposób niespotykaną we wszechświecie potęgą – wszyscy z radością przyjęli ten pomysł, nawet najświatlejsi ze światłych, i – oczywiście – wybrali Tutaina na władcę.
Król Tutain panował długo, całe czterdzieści lat, i zdawało się, że tak doskonałego władcy nie zna historia ludzkości. Wszyscy mieszkańcy Korala byli syci, szczęśliwi, bogaci, pełni twórczych aspiracji i swobody tworzenia. W ciągu tych lat nauka, technika i sztuka osiągnęły najwyższy poziom. My, magowie i czarownice, w tej oazie szczęśliwości i dostatku nie mieliśmy niemal nic do roboty, nie musieliśmy nikomu pomagać w nieszczęściu magiczną sztuką; mogliśmy z przyjemnością poświęcić się pogłębianiu magicznej wiedzy, która osiągnęła dzięki temu niespotykaną moc. Pewnego dnia król Tutain nagle wezwał nas do siebie, do jednego ze swych najpiękniejszych pałaców…
– Znasz jego ruiny – wtrącił Inten. – To właśnie tam wszystko się zaczęło. Tam, w pałacu, wykluło się zło…
– Tutain przyjął nas iście po królewsku – podjęła opowieść Aja. – Dostaliśmy kosztowne prezenty, a król obsypał nas mnóstwem najbardziej wyszukanych komplementów. Rozkwitaliśmy, słuchając jego słów. Gdy już omamił nas swą życzliwością, powiedział, że gdybyśmy zechcieli naszą moc i świetność złączyć z jego mocą – stworzylibyśmy siłę nie do pokonania. Kusił nas mirażami sławy i chwały, jakiej dotąd nie posiedli żadni magowie ani czarownice. Dodał, że cząstka władzy, jaka przypadnie nam w udziale, ma o wiele piękniejszy smak, niż sądzimy.
Było nas wówczas siedmioro magów na planecie Koral… Odpowiedzieliśmy królowi, że jego propozycja urąga odwiecznej tradycji i sensowi naszego istnienia. My bowiem mamy służyć wszystkim istotom. Nie wolno nam łączyć swej mocy z żadnym człowiekiem, a tym bardziej nie mamy prawa oddać jej na usługi króla. Tutain z godnością przyjął naszą odmowę i pozwolił nam odejść. Musisz wiedzieć, że wówczas żyliśmy wśród ludzi. Każde z nas przebywało tam, gdzie czuło się potrzebne. Nic dziwnego, że minęło sporo czasu, nim dostrzegliśmy, iż zamiast siedmiorga jest nas tylko pięcioro. Eta i Hiks zniknęli. Nie było ich w żadnym z miast ani w żadnej wsi. Nie żyli wśród gór ani w dolinach. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że zamieszkali na królewskim dworze. Wizje króla Tutaina zachwyciły ich i na usługi króla oddali całą swoją moc. A król zapragnął, żeby Eta i Hiks stworzyli mu czarodziejskie lustro. W lustrze tym Tutain o każdej porze dnia i nocy mógłby widzieć wszystko, co tylko zechciał. I pragnął też mieć możność porozumiewania się z tymi, których widzi w lustrze. Więcej: marzył, by jego słowa, przekazywane poddanym przez lustro, miały magiczną siłę, by porażały poddanych i zmuszały do posłuchu. Chciał też, aby lustro ukazywało zarówno to, co jest, jak i to, co było lub ma dopiero być. Ale takiej magicznej mocy Eta i Hiks nie posiadali. Umieli stworzyć jedynie lustro, które pokazywało Tutainowi każde wybrane na planecie miejsce i zwielokrotniało jego dar wymowy, przyczyniając się do posłuchu mieszkańców. Ba, każde słowo króla głoszone przez lustro przyjmowane było przez poddanych z gorącym aplauzem i wiarą w jego słuszność. I to wystarczyło, by doprowadzić do zguby nasz świat, Tutain bowiem stał się królem, który zawsze miał rację. Gdyby król był nagi – nikt by tego nie dostrzegł…
– Czyżby to było lustro, które pan Gryms… – zaczęła Agata, ale Gryms dokończył:
– Nie. Lustro, które posiadasz, zostało stworzone przeze mnie na wzór i podobieństwo tamtego, lecz tylko i wyłącznie w jednym celu: żebyś mogła pojawić się na planecie Koral, a potem wrócić do swego świata. Dlatego po twym odejściu lustro przestanie istnieć.
– Po co wam jeszcze jestem potrzebna?
– Pozwól, że dokończę opowieści, wtedy pojmiesz wszystko – rzekła Aja. – Jak widzisz, cała ta historia ma swoje korzenie w wydarzeniach sprzed trzystu lat, a lustro odgrywa w niej zasadniczą rolę. Jeśli jednak ongiś stało się przyczyną naszych nieszczęść, tak teraz, za sprawą magicznej sztuki Grymsa, stało się naszym wybawieniem, ale wspólnie musimy przyspieszyć dobrą zmianę…
I Aja opowiadała historię planety Koral, a słowa jej padały melodyjnie, w rytm cichego trzaskania płonących szczap: