– Król Tutain cieszył się z lustra jak dziecko. Hojnie obsypał darami Etę i Hiksa, uczynił ich Wielkimi Magami Lustra i podzielił się z nimi swą władzą. Początkowo całą trójkę bawiło, że kiedy tylko chcą, mogą wywołać w lustrze obraz każdego miejsca na planecie i przekonać każdego z poddanych do zrobienia największego nawet głupstwa, w poczuciu, że czyni dobrze. Jednak powoli Tutain odkrywał inne właściwości czarodziejskiego zwierciadła, a jego ambicje rosły. Władza jego stała się nieograniczona. Dzięki czarom lustra był władcą, który wiedział o wszystkim, co dzieje się na jego planecie (i nie był zmuszony zdawać się na nie zawsze rzetelne informacje swych rządców i wasali). Tutain był także królem, którego każde słowo – nawet najbardziej nierozumne – było święte dla podwładnych. Król stawał się bogiem swojej planety…
Nasza piątka znalazła się w niebezpieczeństwie – mówiła Aja. – Obawialiśmy się, że z pomocą lustra król Tutain podporządkuje sobie również i nas. Musieliśmy uniemożliwić władcy jego zamysły. Przestaliśmy wędrować po całej planecie. Osiedliśmy samotni w górach, otaczając je magiczną, niewidzialną zasłoną, która nie dopuszczała do nas groźnych promieni królewskiego zwierciadła. Byliśmy wolni, ale równocześnie zamknięci w tych pieczarach; król nie widział nas, ale i my mieliśmy ograniczoną zdolność oglądania go i stopniowo utraciliśmy wszelki wpływ na bieg wydarzeń. Magiczna zasłona miała swe zalety, ale jeszcze większe wady. Nie zdążyliśmy na przykład ostrzec króla Tutaina, że posuwa się zbyt daleko i że grozi to zagładą naszego świata. Być może zresztą król nie posłuchałby naszych słów, nie słuchał już bowiem nikogo, tylko pochlebców…
Tymczasem Tutain zasmakował we władzy. Sądził, że każdą potęgę można pomnażać, jeśli tylko się chce, a nikt nie pytał go o sens mnożenia władzy. Pewnego dnia, nawet nie radząc się Ety i Hiksa, skierował drugą stronę swego lustra na sąsiednie planety. W krótkim czasie, nie napotykając na żadne przeszkody, zjednoczył naszą planetę z pięcioma najbliższymi planetami w Kosmiczne Wszechpaństwo Koral i stanął na jego czele jako jedynowładca. Dokonał podboju, nie opuszczając własnego pałacu, a rządził Wszechpaństwem również wyłącznie z tego miejsca poprzez lustro. Dzięki czarodziejskim właściwościom swej lustrzanej mowy osiągnął to, że żadna z podbitych planet nie buntowała się: przeciwnie, wszyscy poddani – a były ich teraz miliardy – zdawali się być szczęśliwi.
– A może byli naprawdę szczęśliwi? – szepnęła Agata.
– Możliwe – powiedziała Aja wymijająco. – W każdym razie w tym czasie zaczął się upadek sztuki, tajemniczy i dziwny. Malarze nie pragnęli malować niczego innego, jak tylko króla Tutaina. Rzeźbiarze tworzyli w kamieniu wyłącznie jego popiersia, więc pomniki króla rosły wszędzie jak grzyby po deszczu. Pisarze i poeci opiewali jedynie jego wszechrozum, a kompozytorzy tworzyli o nim wielkie kantaty. Nawet historycy nie zajmowali się historią, tylko wspaniałymi rządami Tutaina, wkrótce więc większość mieszkańców planety zapomniała o swojej historii, karmiąc się wiedzą o świetności chwili obecnej.
– Widzisz, Agato, Tutain pokochał nie tylko władzę, ale siebie jako wszechwładcę. W ciągu niecałego roku przeobraził się z władcy państwa Argona we wszechwładcę najbliższego Kosmosu i mimo posiadania tak niezwykłej potęgi, nie zechciał na tym poprzestać… – westchnął Inten.
– Chcecie powiedzieć, że jeszcze mu było mało władzy, jaką posiadał?… – spytała oszołomiona Agata.
– Tak właśnie bywa z władzą – ponuro powiedział Oder. – Im bardziej w niej zasmakujesz, tym bardziej stajesz się nienasycony. Król Tutain zapragnął być jedynym władcą całego Kosmosu, wszystkich jego żywych i martwych planet, międzyplanetarnej przestrzeni, Czarnych Dziur, Czerwonych i Białych Karłów, a nawet nowo rodzących się gwiazd. A ponieważ wszechświat jest nieskończony, nieskończona miała być władza Tutaina. I wtedy… – Oder zwiesił głowę.
– Wtedy obudziła się z drzemki Wielka Kosmiczna Istota – szepnęła Aja, a płomienie ogniska nagle przygasły. Uru otworzyły szeroko ślepia, Kusy zaś zjeżył sierść na grzbiecie. Niezmierzony mrok pieczary pogłębił się. Wszyscy poczuli nagle Nieobecną Obecność, a Aja mówiła dalej cichym, melancholijnym głosem:
…Istota Kosmiczna długo spała spokojnym, niezakłóconym snem, bo kiedyś, przed miliardami lat, nadała bieg rozwojowi Kosmosu i potem, rozmyślnie, zostawiła go swemu losowi, obserwując z ciekawością jedynie niespodzianki, jakie sprawiała jej potężna i niezależna Natura, jej córka. Niespodzianki te – w postaci zamierania życia na jednych planetach, a rodzenia się go na innych, w warunkach zda się niemożliwych do życia – ciekawiły, a nawet czasem kłopotały Wielką Kosmiczną Istotę, ale nigdy nie wprawiały w gniew. Widzisz, Agato, ten potężny Nad-Rozum nigdy nie uzurpował sobie prawa do wpływania na rozwój tego, co powołał do życia i nad czym czuwał. I będąc głęboko wyrozumiałą, Wielka Istota Kosmiczna dopuszczała wiele zmian i odchyleń od tego, co sama przewidywała w dalszym rozwoju Kosmosu. Nie mogła jednak tolerować kogoś, kto pragnął wejść w jej prawa. Prawa, których Wielka, drzemiąca Istota Kosmiczna nigdy nie nadużywała wobec żadnej z planet i jej mieszkańców. Wiedziała bowiem, że jej córka, Natura, ma świadomość, co czyni i co czynić powinna, nie zmieniając właściwego Kosmosowi porządku i chaosu.
– Gdybyśmy wiedzieli o zamiarach Tutaina, ostrzeglibyśmy go, że porywa się na zuchwałość, która nie będzie mu wybaczona i wcześniej czy później musi być ukarana – szepnął Gryms. – Co więcej, wiedzieliśmy to, czego Tutain nie wiedział, Eta i Hiks zaś go nie ostrzegli: że Kosmos chętnie przyjmie w swą nieskończoność każdego ludzkiego podróżnika i otworzy przed nim część swych niezmierzonych tajemnic, ale nie jest on stworzony, by panował nad nim człowiek. Jest bowiem od niego większy i rozumniejszy.
– Człowiek ma prawo rządzić własną planetą; ma prawo wędrować do gwiazd i zwiedzać inne światy, ma prawo budować i tworzyć, a nawet niszczyć to, co jest jego, gdy straci rozum, ale nie ma prawa panować nad tym, co powstało bez jego udziału i bez jego udziału powinno się rozwijać – dodał Oder.
– Tak więc król Tutain podbił z pomocą lustra cały Kosmos – powiedziała Aja, dając znak swym braciom i siostrom, by jej nie przeszkadzali w kontynuowaniu opowieści. – Eta i Hiks w swym szaleństwie szeptali mu do ucha, co powinien czynić dalej… Powinien – mówili – znaleźć z pomocą swego zwierciadła Wielką Istotę Kosmiczną, zmusić ją do oddania sobie hołdu i zrzeczenia się władzy. „Tak jak my, tak i Ona winna ci służyć, królu Tutainie – mówili. – Jesteś bowiem najpotężniejszym z władców Kosmosu i nic innego nie może zrobić Wielka, wiecznie drzemiąca i leniwa Istota Kosmiczna, jak tylko uznać twą nieograniczoną władzę”. Tutain najpierw się zawahał. Ale gdy za namową Ety i Hiksa malarze, rzeźbiarze, pisarze i poeci zaczęli opiewać wielkość króla i małość Wielkiej Kosmicznej Istoty – ustąpił… Tak, tak… malarze, poeci, pisarze, rzeźbiarze i kompozytorzy mieli swój smutny udział w szaleństwie króla Tutaina…
Długo, bardzo długo lustro szukało Wielkiej Kosmicznej Istoty. Ogromna, bezcielesna, bezkształtna, o mocy nieograniczonej jak Kosmos – Wielka Istota Kosmiczna obudziła się ze swej długowiecznej drzemki i wpadła w straszliwy gniew, gdy ujrzała, że nie budzi jej nowo powstałe życie na jednej z planet ani też śmierć życia istniejącego, nie budzi jej zderzenie dwu gwiazd ani gaśniecie jednej z nich, nie budzi jej próżnia, która nagle powstała tam, gdzie jeszcze przed chwilą była atmosfera, ani Czarna Dziura, drążąca Kosmos tam, gdzie przed chwilą drżała kosmiczna przestrzeń. Budziło ją coś wręcz śmiesznego wobec jej potęgi, coś, co przypominało szpilkę wbijaną przez złośliwe dziecko w twardą stopę słonia. Słoń ruszył nogą – i szpilka złamała się, miażdżąc dziecko…