Wielka Istota Kosmiczna rozbudziła się, westchnęła i jej wyrazisty, choć nieartykułowany szept przetoczył się głębokim grzmotem przez Kosmos, docierając do planety Koral. Usłyszał go każdy: zwierzęta i ludzie, ptaki i rośliny, magowie i czarownice…
– Królu Tutainie! – mówił grzmot bez słów, ale każdy go pojął. – Królu Tutainie, zapragnąłeś władzy, która ci się nie należy, nie wszystko bowiem we wszechświecie musi mieć swego władcę. Większość planet i gwiazd wręcz mieć go nie powinna, jedyną władzą jest tu władza Matki-Natury… Królu Tutainie, zostaniesz ukarany, a wraz z tobą ukarana będzie planeta Koral, gdzie wykluła się chciwa myśl o władzy…
– Wielki strach padł na wszystko, co żyło na naszej planecie – mówiła Aja smutnym, melodyjnym głosem. – Wszyscy myśleli, że Wielka Kosmiczna Istota rozjarzy się gniewem i spali nas; uczyni planetę martwą lub też wepchnie ją w nieskończoną czeluść Czarnej Dziury… W wielkim strachu usłyszano wreszcie głos wieszczący, co nastąpi – i w ogromnej, zadufanej w sobie pysze nie pojęto, że kara jest równie okrutna, jak unicestwienie planety, choć wydawała się lekka lub wręcz niepoważna. Wielka Istota Kosmiczna rzekła wszechsłyszalnym grzmotem:
– Zabieram wam jeden z siedmiu kolorów tęczy. niech Król Tutain wybierze, który ma nim być…
Król aż zaśmiał się z radości.
– Tylko tyle?! – wykrzyknął. – Ależ proszę bardzo! Weź sobie, który chcesz! Może to być… może to być kolor czerwony!
– Już go biorę… – westchnęła Wielka Kosmiczna Istota i zamilkła.
Król Tutain, pełen rozsadzającej go radości, że kara jest tak lekka, wręcz śmieszna, z całej siły klepnął swego ulubionego, błękitnego uru. Pieszczota była zbyt brutalna. Uru warknął i złapał króla za dłoń. Zacisnął ostre kły – iż ręki króla jęła kapać krew…
Tutain był już wówczas władcą na tyle zadufanym w sobie, że nie umiał dostrzegać przyczyn, lecz jedynie skutki. Rozzłoszczony krzyknął:
– Wszystkie uru mają być wygnane na zawsze z pałacu!
Słudzy zaczęli przeganiać uru, które z żałosnym wyciem, z podwiniętymi ogonami opuszczały swe dotychczasowe siedliska. Krew z ręki króla kapała tymczasem na pyszny pałacowy dywan. I powoli, powoli zmieniała barwę. Z rubinowej stała się jasnomalinowa, potem ciemnoróżowa, jasnowrzosowa, a potem zniknął odcień najbielszego różu – iż dłoni króla wolno skapywał na kremowy dywan przejrzysty, anemiczny płyn…
– Cóż uczyniłem… – wyszeptał król, pojmując wreszcie, co się dzieje, lecz było już za późno. Krew wszystkich żywych istot na planecie Koral utraciła swą barwę i moc, swą zdolność podtrzymywania życia. Tutain w swej pysze sądził, że usuwa jedynie ozdobną, niczemu nie służącą barwę: barwę kwiatu, zachodu słońca, liścia jesienią, barwę królewskiego płaszcza i rubinu w pierścieniu. Wierzył, że usuwa tylko piękno z życia, a tymczasem odbierał samo życie…
Aja przerwała swą opowieść.
– Czy to koniec? – ocknęła się Agata.
– Nie, ale jesteś już zmęczona, a musisz mieć wiele sił, aby nam pomóc. Dlatego teraz ześlemy na ciebie dobry sen. Krótki, lecz mocny i ożywczy. Gdy się obudzisz, będę mówić dalej…
Ledwo ucichły ostatnie słowa Ai, Agata już spała kamiennym snem bez żadnych widziadeł i majaków, a z każdą sekundą tego snu rosły w niej siły i wielka moc. Nad jej płomiennorudą głową magowie i czarownice rozpostarli swe długie, czarne szaty jak prawdziwą bezgwiezdną noc.
Rozdział trzynasty
Nie wiedząc o tym, Agata spała zaledwie parę minut. Ale za sprawą uzdrawiającego daru maga Odera był to sen cudotwórczy. Cały jej zmęczony niezwykłą wędrówką organizm zregenerował się i wzmocnił. Obudziła się tak rześka, jakby spała kilkanaście godzin.
Gdy otworzyła oczy, magowie i czarownice odsunęli znad jej głowy czarne niebo swych płaszczy. Kusy liznął ją po twarzy ciepłym językiem, a uru zbliżyły się, oczekując na pieszczotę. Przez chwilę dziewczynka nie pamiętała, gdzie jest, i ze zdziwieniem wodziła wzrokiem po jaskini, lecz Oder położył dłoń na jej czole i Agata natychmiast spytała:
– Czy opowiecie mi teraz, co było dalej?
– Wielka Istota Kosmiczna wiedziała, co czyni, nakładając tak szczególną karę na naszą planetę – Aja podjęła opowieść w miejscu, gdzie ją przerwała. – Którykolwiek z kolorów wybrałby król Tutain, każdy wybór byłby zły i sprowadzał na nas zgubę. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby Tutain wybrał kolor zielony i z powierzchni naszej planety zniknęłaby nagle cała zieloność…
– …a kolor żółty? – spytała Agata.
– Jest to przecież kolor zarodka życia. Spójrz na żółtko…
– Biel jest barwą dnia, a czerń to noc – westchnął Inten.
– Błękit to niebo nad naszą głową – rozmarzyła się Agata. – Nie wyobrażam sobie świata bez błękitu.
– Tak więc każdy wybór był zgubny i Wielka Kosmiczna Istota doskonale o tym wiedziała – uzupełniła Aja. – To był dla nas wyrok śmierci, ale śmierci o oddalonym w czasie momencie ostatecznym. Król Tutain, pełen wstydu i rozpaczy, uciekł ze swego przepysznego pałacu i błąkając się po swym królestwie, w końcu umarł. Stan dramatycznego wyczerpania ogarnął wszystkie istoty w naszym świecie. Przetrwali tylko ci, którzy od razu pojęli, że jedynym ratunkiem jest częsty sen, i to oni są przodkami dzisiejszych, zdegenerowanych mieszkańców planety Koral.
Ci, którzy jak Tutain szamotali się w rozpaczy i bezsensownie szukali ratunku, zmarli równie szybko jak król. Bezbarwny płyn w żyłach tych, co przetrwali, nie miał tajemniczej mocy wytwarzania życiodajnej energii. Wszystko, co żyło, przestało żyć w dotychczasowym rozumieniu tego słowa, a zaczęło smutną wegetację. Już w pierwszym pokoleniu okazało się, że mieszkańcy planety popadli w stan apatii i otępienia. Stan ten nasilał się z każdym następnym pokoleniem. Kolor czerwony to kolor miłości i gniewu, nienawiści i radości, buntu i pasji. Wszystkie te uczucia zniknęły z naszego świata. Duże zwierzęta od razu zginęły, nie rozumiejąc bowiem, co się stało, i czując ogromny, narastający niepokój, gnały przed siebie w szaleńczym pędzie i umarły ze skrajnego wyczerpania. Kolejne pokolenie ludzi jedyny ratunek widziało w otoczeniu swych miast murami – które zbudowali kosztem ogromnego wysiłku i za cenę śmierci wielu z nich – by zapewnić sobie spokojny sen, nie zakłócony przez niespodziewanych przybyszów. Nie zdawali sobie sprawy, że przybyszów już nie będzie – ani zwierząt, ani ludzi – wszystkich bowiem dotknęła ta sama klęska. My, magowie i czarownice, pozostaliśmy w górach i sztuką magiczną podtrzymujemy nasze siły. Wzięliśmy pod swoją opiekę uru, by zapewnić przetrwanie tym wiernym i przyjaznym człowiekowi zwierzętom. Eta i Hiks uciekli do krainy moczarów, wybierając na swych sprzymierzeńców czarne, groźne huringi, które szczują na ostatnich ludzi i na uru. Gotowi są unicestwić te smutne szczątki życia. Nie przeraża ich nawet własna śmierć.
Agata w głuchym milczeniu wysłuchała opowieści Ai. Przez długą chwilę w mrocznej jaskini ani jedno słowo nie odbiło się od niewidocznych kamiennych ścian.
– I nie ma ratunku…? – spytała wreszcie dziewczynka, przezwyciężając paraliżujący ją smutek.
Wtedy Gryms stanął w świetle ogniska, a jego czarna sylwetka ostro zarysowała się na tle płomieni. Uru podniosły głowy, łypiąc z zaciekawieniem ślepiami, jakby rozumiały słowa magów.
– Gdy już wszystko, co żyło, utraciło siły i wolę walki, Wielka Istota Kosmiczna westchnęła po raz wtóry i jej głos znowu przetoczył się grzmotem po planecie Koraclass="underline"