Выбрать главу

9

Mickey Chan siedział samotnie w tylnej loży małej chińskiej restauracyjki w Newport Beach. Ze skupieniem jadł zupę.

Connie zobaczyła go już od drzwi. Podeszła, mijając lakierowane na czarno krzesła i stoły ze srebrnoszarymi obrusami. Na suficie wokół lamp wił się w zygzakowatych skrętach namalowany czerwono-złoty smok.

Mickey zachowywał się, jakby jej nie zauważył. Wypił siorbiąc łyżkę zupy i nabrał następną.

Był niski, lecz muskularny, włosy strzygł krótko. Jego skóra miała odcień starego pergaminu.

Był wietnamskim uchodźcą, ale pozwalał, by jego biali klienci uważali go za Chińczyka. Uciekł do Stanów po upadku Sajgonu. Plotki głosiły, że był detektywem wydziału zabójstw czy też oficerem służby bezpieczeństwa w południowym Wietnamie, co mogło odpowiadać prawdzie.

Niektórzy twierdzili, że był prawdziwym postrachem przesłuchiwanych i nie cofał się przed niczym, żeby złamać opór jakiegoś kryminalisty lub więźnia politycznego. Connie w to nie wierzyła. Lubiła Mickeya. Był twardy, lecz sprawiał wrażenie człowieka, który poniósł w życiu wielką stratę i był zdolny do prawdziwego współczucia.

Kiedy dotarła do stolika, Mickey odezwał się, nie odrywając oczu od zupy:

– Dobry wieczór, Connie.

Usiadła naprzeciwko niego.

– Gapisz się w tę miskę, jakby w niej był sens życia.

– Bo jest. – Nabrał następną łyżkę.

– Tak? Dla mnie to wygląda jak zwykły rosół.

– W rosole też można znaleźć sens życia. Rosół jak życie składa się z wielu rzeczy, co dzień innych.

– Jakich znowu rzeczy!

– Czasem jest w nim makaron, czasem warzywa, jajko, kawałki kurczaka, krewetki, grzyby, ryż…

Ponieważ Mickey wciąż nie podnosił wzroku, Connie zaczęła wpatrywać się w zupę niemal równie intensywnie jak on.

– Czasem jest gorący, innym razem zimny – ciągnął. – Niektóre zupy powinny być zimne i dobrze wtedy smakują. Ale nie odgrzany rosół jest niesmaczny i ciężkostrawny.

Mocny, spokojny głos Mickeya działał hipnotyzujące. Connie zafascynowana patrzyła na gładką powierzchnię zupy, zapomniawszy o bożym świecie.

– Pomyśl. Zanim zupa zostanie zjedzona, ma swoją wartość i przeznaczenie. Po zjedzeniu traci wartość dla wszystkich z wyjątkiem tego, kto ją zjadł. A wypełniając to swoje przeznaczenie, jednocześnie przestaje istnieć. Zostaje tylko pusta miska. To może symbolizować pragnienie albo potrzebę – bądź też przyjemne oczekiwanie na następną porcję zupy.

Connie czekała na dalszy ciąg wywodu i podniosła wzrok dopiero, gdy zdała sobie sprawę, że Mickey uważnie na nią patrzy.

– I to wszystko? – spytała.

– Tak.

– Taki jest sens życia?

– Właśnie.

Zmarszczyła brwi.

– Nie łapię.

– Ja też nie. – Wzruszył ramionami. – Wymyślam te bzdety na poczekaniu.

– Co takiego?

Szczerząc zęby w uśmiechu, wyjaśnił:

– No, rozumiesz, ludzie spodziewają się czegoś takiego po chińskim prywatnym detektywie. Celnych powiedzonek, głębokich filozoficznych uwag, wschodnich przysłów.

Nie był Chińczykiem ani nie nazywał się naprawdę Mickey Chan. Kiedy przyjechał do Stanów i ze względu na swoje doświadczenie w gracy policyjnej postanowił zostać prywatnym detektywem, pomyślał, że wietnamskie nazwisko brzmi zbyt egzotycznie i jest zbyt trudne do wymówienia dla ludzi Zachodu. Wiedział, że nie zarobi wystarczająco dużo na klienteli wschodniego pochodzenia. W Ameryce najbardziej spodobały mu się dwie rzeczy: filmy rysunkowe z Myszką Miki i kryminały o Charlie Chanie. Z powodu Disneya, Rooneya, Mantle’a i Spillane’a Amerykanie lubili ludzi o imieniu Mickey, a dzięki wielu starym filmom nazwisko Chan kojarzyło się z geniuszem śledczym. Mickey wiedział, co robi, bo interesy szły świetnie, a jego firma miała znakomitą reputację i zatrudniała obecnie dziesięciu pracowników.

– Wpuszczasz mnie w maliny – powiedziała Connie, zaglądając do miseczki z zupą.

– Nie ciebie pierwszą.

Rozbawiona odparła:

– Gdybym mogła pociągnąć za odpowiednie sznurki, kazałabym ci sądownie zmienić nazwisko na Charlie Myszka. Żeby zobaczyć, co z tego wyniknie.

– Cieszy mnie, że jeszcze się umiesz uśmiechać – stwierdził Mickey.

Piękna młoda kelnerka o kruczoczarnych włosach i oczach w kształcie migdałów podeszła do stolika. Spytała, czy Connie chce coś zamówić.

– Proszę tylko piwo – powiedziała Connie i zwróciła się do Mickeya: – Szczerze mówiąc, nie jest mi specjalnie do śmiechu. Twój telefon dziś rano zepsuł mi cały dzień.

– Zepsuł ci dzień? Właśnie mój telefon?!

– A co innego?

– Myślałem, że pewien dżentelmen z browningiem i kieszeniami pełnymi granatów…

– Więc już o tym słyszałeś.

– Kto nie słyszał? Nawet w Kalifornii takie sensacje mają w dziennikach pierwszeństwo przed wiadomościami sportowymi.

– Może jak jest kompletna posucha.

Dokończył zupę.

Kelnerka wróciła z piwem Tsing Tao.

Connie wlała piwo do schłodzonej szklanki, po ściance, żeby się nie spieniło. Pociągnęła łyk i westchnęła.

– Przykro mi – powiedział szczerze Mickey. – Wiem, jak bardzo chciałaś mieć rodzinę.

– Miałam rodzinę – odparła. – Tylko że wszyscy już nie żyją.

Od trzeciego do osiemnastego roku życia Connie wychowywała się w instytucjach państwowych i domach zastępczych, z których każdy kolejny był gorszy od poprzedniego. To ją zahartowało, nauczyło walczyć o swoje. Jej wojowniczość i niezależność nie podobały się potencjalnym przybranym rodzicom. Cechy, które sama uważała za zalety, zdaniem innych świadczyły o trudnym charakterze. Od najmłodszych lat samodzielna i nad wiek poważna, wręcz nie umiała być dzieckiem. Była dorosłą w skórze małej dziewczynki i musiałaby grać komedię, by zachowywać się jak rówieśnicy.

Od kilku miesięcy zaczęła myśleć o swoich rodzicach. Wcześniej nie obchodzili jej zbytnio. Niby dlaczego miałaby się nimi przejmować? Nie zachowała o nich żadnych wspomnień. Porzucili ją z niewiadomych powodów.

W pewne słoneczne niedzielne popołudnie, kiedy trenowała skoki w okolicach lotniska Penis, zacięła jej się linka otwierająca spadochron. Connie spadała jak kamień przeszło tysiąc metrów, widząc coraz bliżej spieczoną na brąz karłowatą roślinność pustyni, z przeświadczeniem, że na dobrą sprawę już właściwie nie żyje. Niemal w ostatniej chwili spadochron się otworzył. Chociaż lądowanie było ciężkie, miała szczęście – skończyło się tylko na zwichniętej kostce, zranionej ręce, wielu siniakach i nagłej potrzebie zbadania swojej przeszłości.

Nikt nie wie, jak i kiedy jego życie dobiegnie końca, więc przynajmniej należy wiedzieć coś o początku.

Mogła wykorzystać oficjalne kanały, służbowe kontakty i banki danych, lecz wolała Mickeya Chana. Nie chciała wciągać w swoje poszukiwania kolegów, słuchać ich wścibskich pytań i zachęcających uwag – äw przypadku gdyby coś odkryła, chciała zachować to dla siebie.

Mickey pół roku węszył w urzędowych rejestrach. Nie dowiedział się niczego przyjemnego.

Przyszła do jego eleganckiego biura na Fashion Island, urządzonego w stylu biedermeier, który dopełniały dziewiętnastowieczne francuskie ryciny. Mickey podał jej swój raport.

– Będę obok, muszę podyktować parę listów. Zawołaj mnie, jak skończysz.

W ten typowo wschodni, powściągliwy sposób dał jej do zrozumienia, że może potrzebować samotności, i przygotował ją na okropną prawdę.