Harry późno dotarł do domu. Samochody jechały niemrawo, wciąż tworzyły się korki na zalanych wodą skrzyżowaniach.
Zmitrężył jeszcze trochę czasu, stając po drodze, żeby kupić musztardę i chleb na kolację.
Za każdym razem, gdy wchodził do małego sklepiku, myślał o Rickym Estefanie, który wstąpił pewnego dnia po pracy do takiego sklepu po mleko – i to drastycznie zmieniło całe jego życie. Harry’ego jednak nie spotkało nic złego, jeśli nie liczyć historii o dziecku i przyjęciu urodzinowym.
Na kontuarze kasy stał mały telewizor. Gdy Harry płacił za zakupy, właśnie leciały wiadomości. Młoda matka w Chicago została oskarżona o zamordowanie własnego dziecka. Z okazji jej urodzin krewni urządzali wielkie przyjęcie, a że opiekunka się nie zjawiała, solenizantka cisnęła dwumiesięczne dziecko do zsypu na śmieci i pojechała na zabawę, gdzie wytańczyła się za wszystkie czasy. Jej adwokat zapowiedział już, że podstawą obrony będzie depresja poporodowa.
Kolejny przykład degeneracji społecznej, w sam raz do kolekcji Connie.
Sprzedawca, szczupły młody Irańczyk o ciemnych, smutnych oczach, spytał z cudzoziemskim akcentem:
– Do czego zmierza ten kraj?
– Czasem i ja się nad tym zastanawiam – odparł Harry. – Z drugiej strony w pana ojczyźnie nie tylko pozwala się obłąkańcom grasować na wolności, ale w dodatku daje im się władzę.
– Racja – przyznał sprzedawca. – Tu też czasem się to zdarza.
– Nie będę się spierał.
Wychodząc ze sklepu, Harry poczuł, że niesie pod pachą zwiniętą gazetę. Zatrzymał się w uchylonych drzwiach, wyjął gazetę i obejrzał z niedowierzaniem, nie pojmując, skąd się wzięła. Był pewny, że jej nie brał, a tym bardziej nie zwijał i nie wtykał pod ramię.
Wrócił do kasy. Kiedy kładł gazetę na kontuarze, rozprostowała się z szelestem.
– Czy za to płaciłem? – spytał.
– Nie, proszę pana – odparł zdumiony sprzedawca. – Nawet nie widziałem, jak ją pan brał.
– Wcale nie pamiętam, żebym ją brał.
– Chce ją pan kupić?
– Nie, właściwie nie.
Wtedy zauważył tytuł na pierwszej stronie: STRZELANINA W RESTAURACJI W LAGUNA BEACH. I podtytuł: DWIE OSOBY ZABITE, DZIESIĘĆ RANNYCH. Było to wydanie wieczorne, w którym już ukazał się pierwszy artykuł o krwawej łaźni urządzonej przez Ordegarda.
– Zaraz – powiedział Harry. – Tak, chyba ją wezmę.
Nie lubił, gdy ukazywały się o nim wzmianki w prasie. Był gliną, a nie gwiazdą filmową.
Wciąż nie rozumiał, jak gazeta trafiła pod jego ramię. Chwilowe zaćmienie umysłu? Czy też coś innego, co miało związek z innymi dziwnymi wydarzeniami tego dnia?
Otworzył drzwi i wszedł do przedpokoju. Płaszcz ociekał od deszczu. Dom nigdy nie wydawał się tak zapraszająco przytulny. Czysta, spokojna przystań, do której nie miał wstępu chaos świata zewnętrznego.
Zdjął przemoczone buty. Pewnie się na dobre zniszczyły. Powinien włożyć kalosze, ale w prognozie pogody zapowiadali deszcz dopiero wieczorem.
Skarpetki miał również wilgotne, ale ich nie zdjął. Wytrze podłogę w przedpokoju, jak już się przebierze w czyste, suche ubranie.
Wstąpił do kuchni i położył chleb i musztardę na stole. Zrobi sobie później kanapki z kurczakiem na zimno. Umierał z głodu.
Kuchnia lśniła. Harry był zadowolony, że rano przed wyjściem do pracy zadał sobie trud sprzątnięcia po śniadaniu. Widok okruszyn i brudnych naczyń działałby na niego przygnębiająco.
Z gazetą w ręku udał się przez jadalnię i krótki korytarzyk do sypialni. Przekraczając próg, włączył światło – i zobaczył na swoim łóżku włóczęgę.
Królicza nora, do której wpadła Alicja, nie mogła być głębsza od przepaści, w którą runął Harry na widok intruza.
W zamkniętym pomieszczeniu włóczęga wydawał się jeszcze większy niż na dworze lub widziany z daleka na korytarzu, bardziej brudny i bardziej odrażający. Nie był półprzeźroczysty jak zjawa; na odwrót, z masą skołtunionych kudłów, twarzą pokrytą zastarzałymi pokładami brudu i plątaniną blizn, w płaszczu pogniecionym i wystrzępionym tak, że przypominał bandaże starożytnej egipskiej mumii, wydawał się bardziej rzeczywisty niż otoczenie, niczym namalowana z niemiłosiernym pietyzmem przez jakiegoś fotorealistę postać, umieszczona na tle oszczędnego rysunku piórkiem, który przedstawiał pokój.
Włóczęga otworzył oczy. Wyglądały jak kałuże krwi.
Usiadł i powiedział:
– Myślisz, że taki jesteś nadzwyczajny. A jesteś tylko jeszcze jedną sztuką w stadzie, chodzącą kupą mięsa, jak cała reszta.
Harry upuścił gazetę i wyjął rewolwer z kabury pod pachą.
– Nie ruszaj się!
Intruz zlekceważył ostrzeżenie. Zdjął zamaszyście nogi z łóżka. Wstał.
Na kapie i poduszkach został odcisk jego głowy i ciała. Duchy chodzą po śniegu, nie zostawiając śladów stóp, a wytwory halucynacji nic nie ważą.
– …Tylko kolejną chorą sztuką. – Głos włóczęgi stał się jeszcze niższy i bardziej chrapliwy, gardłowy głos zwierza, który z mozołem nauczył się mówić. – Myślisz, że taki z ciebie bohater, co? Wielki chojrak. Kawał twardziela. Ha, jesteś zerem, nędznym parszywym gnojkiem. Jesteś niczym!
Harry nie wierzył własnym oczom. Znów to samo! Który to już raz tego dnia! I w dodatku w jego mieszkaniu!
Cofnął się o krok i powiedział:
– Kładź się na podłodze, twarzą w dół, ręce na plecach, ale już, bo rozwalę ci łeb!
Obchodząc łóżko, żeby podejść do Harry’ego, włóczęga parsknął:
– Myślisz, że możesz strzelać, do kogo ci się podoba, szturchać, kogo ci przyjdzie ochota, i sprawa załatwiona… ale ze mną sobie nie poradzisz, zastrzelenie mnie niczego nie załatwi.
– Stój, ani kroku dalej! Mówię ostatni raz!
Intruz się nie zatrzymał.
– Wydrę ci flaki i wetrę w gębę, żebyś umierając czuł ich smród. – Ogromny cień włóczęgi sunął po ścianie.
Harry stanął w rozkroku, trzymając oburącz rewolwer. Z tak bliskiej odległości trafiłby przelatującego kolibra, więc sprawa mogła mieć tylko jeden epilog – intruz zimny jak połeć wołowiny, na ścianach bryzgi krwi – a jednak czuł, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo, dużo większe niż wtedy, gdy krył się między manekinami w labiryncie na strychu.
– Z wami, ludźmi – powiedział włóczęga – jest tyle zabawy.
Harry po raz ostatni krzyknął: stój!
Lecz on podchodził coraz bliżej, był trzy metry od Harry’ego, dwa…
Harry otworzył ogień, ściągając gładko spust, utrzymując muszkę na celu mimo silnego odrzutu broni, raz, dwa, trzy razy, cztery. Strzały huczały ogłuszająco w małej sypialni. Każdy był celny: trzy trafiły w tors, czwarty w szyję z odległości tylko nieco większej niż na wyciągnięcie ramienia. Głowa wielkoluda kiwnęła się komicznie w tył i w przód, jak na zwolnionym filmie.
Włóczęga nie runął na ziemię, nie zatoczył się do tyłu, jedynie podrygiwał przy każdym trafieniu. Rana szyi wyglądała straszliwie. Kula przeszła na wylot. Kręgi musiały być uszkodzone lub zgruchotane, lecz nie widać było ani strużki krwi, jakby serce tego człowieka dawno przestało bić i krew zakrzepła w żyłach. Nacierał dalej, niepowstrzymany w swym ruchu jak buldożer. Uderzył w Harry’ego, pozbawiając go tchu, wyniósł tyłem przez drzwi i rąbnął nim o przeciwległą ścianę korytarza z taką siłą, że zęby Harry’ego głośno zadzwoniły, a rewolwer wypadł z ręki.
Ból od podstawy kręgosłupa przeszedł w górę i rozłożył się jak japoński wachlarz; objął całe ramiona. Przez moment Harry myślał, że straci przytomność, lecz strach pomógł mu przezwyciężyć zamroczenie. Przyparty do ściany, z nogami dyndającymi w powietrzu, oszołomiony potworną siłą napastnika, był w jego żelaznym chwycie bezradny jak dziecko. Jednak jeśli zachowa świadomość, może wymyśli sposób ocalenia, jakiś wybieg, sztuczkę, cokolwiek, byle odwrócić uwagę tego potwora.