Выбрать главу

Włóczęga przycisnął Harry’ego ciężarem swego cielska, niemal go rozgniótł na ścianie. Harry miał tuż przed sobą jego koszmarną twarz. Na skórze wokół purpurowych blizn widać było rozszerzone pory, duże jak główki zapałek, czarne od brudu. Z rozdętych nozdrzy wystawały kłaki skręconych czarnych włosów. Oddech cuchnął jak otwarta mogiła. Harry zakrztusił się z obrzydzenia.

– Boisz się, ty chłystku? – spytał włóczęga. Wyglądało na to, że dziura w szyi i utrata strun głosowych w najmniejszym stopniu nie przeszkadzają mu mówić. – Boisz się?

Pewnie, że się bał, byłby idiotą, gdyby nie czuł strachu. Ani ćwiczenia na strzelnicy, ani praca w policji nie przygotowywały na spotkanie twarzą w twarz z Czarnym Ludem. Harry nie wstydził się tego, mógł to nawet wykrzyczeć z dachu na całą okolicę, jeśli włóczęga miał takie życzenie, ale nie mógł złapać tchu, żeby się odezwać.

– Słońce wzejdzie za jedenaście godzin – powiedział wielkolud. – Tik-tak.

W gęstwinie jego krzaczastej brody coś się ruszało, coś pełzało. Robaki?

Potrząsnął Harrym, tłukąc nim o ścianę.

Harry próbował wcisnąć ręce pomiędzy ich ciała, rozerwać uścisk olbrzyma. Z podobnym skutkiem mógłby mocować się z zastygłym betonem.

– Najpierw wszystko i wszyscy, których kochasz! – ryknął włóczęga.

Odwrócił się i cisnął Harry’ego z powrotem w drzwi sypialni.

– Potem ty!

Harry runął z impetem na podłogę, przeturlał się i uderzył w nogi łóżka. Łapiąc kurczowo oddech, na wpół ogłuszony spojrzał w górę. Olbrzym wypełniał sobą cały otwór drzwiowy. U jego stóp leżał rewolwer. Wielkolud kopnął go na środek pokoju, w stronę Harry’ego. Rewolwer zawirował i zatrzymał się na dywanie, tuż poza zasięgiem ręki.

Harry rozważał, czy zdąży chwycić broń. Potem pomyślał, że nie warto. Cztery strzały, cztery trafienia, ani kropli krwi.

– Słyszałeś? – rzucił gniewnie włóczęga. – Słyszałeś, co powiedziałem, bohaterze? – Nie czekając na odpowiedź, powtarzał w kółko pytanie z rosnącą wściekłością, dziwnym szyderczym tonem, coraz głośniej i głośniej: – Słyszałeś, co powiedziałem, ty chojraku? No co, słyszałeś?! SŁYSZAŁEŚ, TY ZASRANY BOHATERZE, SŁYSZAŁEŚ, TY GNOJKU?!!

Dygotał, twarz mu pociemniała z gniewu. Nie patrzył już nawet na Harry’ego, jakby jego furia stała się tak ogromna, że jeden człowiek nie mógł być dla niej wystarczającym celem, i wrzeszczał na cały świat, a może wszechświat, głosem, który oscylował między grzmiącym rykiem i przeszywającym piskiem.

Harry oparł się plecami o łóżko i spróbował wstać.

Olbrzym podniósł rękę i między jego palcami strzeliły zielone iskry elektryczne. Nad wielką dłonią coś zalśniło i nagle pojawiła się na niej ognista kula.

Cisnął kulę przez pokój. Trafiła w zasłony, które momentalnie stanęły w płomieniach.

Jego oczy przestały przypominać dwie kałuże krwi. Z oczodołów wyskakiwały języki ognia, lizały brwi, jakby wielkolud był uplecioną z wikliny kukłą, którą ktoś podpalił.

Harry wstał. Nogi się pod nim trzęsły.

Pragnął tylko jednego – wydostać się stąd. Płonące zasłony odcinały drogę przez okno. Olbrzym zagradzał drzwi. Nie było którędy uciec.

Włóczęga odwrócił się i zrobił ruch dłonią, jak magik wyczarowujący gołębia. Kolejna rozżarzona do białości kula poszybowała przez pokój, trafiła w toaletkę i wybuchła jak koktajl Mołotowa, rzygając płomieniami. Lustro rozprysło się na kawałki. Drewniany blat pękł, wyskoczyły szuflady, zajmując się ogniem.

Z brody włóczęgi buchał spiralny dym, z nozdrzy strzelały płomienie. Zakrzywiony nos napuchł i zaczął topnieć. Usta były otwarte jak do krzyku, lecz wydobywał się z nich jedynie syk i trzask ognia. Olbrzym plunął kaskadą tęczowych iskier, za którymi wystrzeliły płomienie. Osmalone wargi sczerniały i podwinęły się, suche jak wysmażone plasterki bekonu.

Harry widział języki ognia biegnące w górę po ścianach i ogarniające sufit. Miejscami palił się dywan.

Już teraz żar był trudny do zniesienia. Wkrótce pokój wypełni się gryzącym dymem.

Z dziur po kulach na piersi wielkoluda strzeliły jaskrawe płomienie, czerwonożółty ogień zamiast krwi. Włóczęga raz jeszcze wykonał kolisty ruch dłonią i z jego ręki wypadła sypiąc iskrami trzecia kula.

Syczący ognisty pocisk leciał w stronę Harry’ego. Harry błyskawicznie przykucnął i osłonił ramieniem twarz. Kula przemknęła mu nad głową. Musnęła go smuga rozpalonego żaru. Krzyknął głośno. Prześcieradło stanęło w płomieniach, jakby nasączone benzyną.

Podniósł oczy. W drzwiach nie było nikogo. Olbrzym zniknął.

Harry porwał rewolwer z podłogi i wybiegł na korytarz. Z dywanu wokół niego strzelały płomyki ognia. Był rad, że ma mokre skarpetki.

Korytarz był pusty, co go ucieszyło, bo nie pragnął bynajmniej znów mieć do czynienia z… z tym czymś, cokolwiek, u diabła, to było, skoro przejawiało absolutną odporność na kule. Kuchnia na lewo. Zawahał się, potem wszedł z bronią w pogotowiu. Ogień pożerał szafki, firanki powiewały jak spódnice tancerek flamenco, buchały kłęby dymu. Ruszył dalej. Przed sobą miał przedpokój, po prawej ba wialnię, do której musiała wejść ta istota. Zwlekał w obawie, że stwór rzuci się na niego i pochwyci w swoje rozżarzone łapy, ale musiał się szybko wydostać z mieszkania. Wokół robiło się gęsto od dymu. Zaczął kasłać.

Skradał się, nie odrywając pleców do ściany przedpokoju. Wysunął przed siebie rewolwer, bardziej z nawyku niż wiary w jego przydatność. Zresztą w bębenku został tylko jeden nabój.

Bawialnia też się paliła. Pośrodku ognista postać rozpostarła ramiona, jakby chciała objąć skwarną burzę. Pożerana przez ogień wyraźnie nie czuła bólu, raczej rozkosz. Każde liźnięcie płomieni zdawało się jej sprawiać perwersyjną przyjemność.

Harry był pewny, że TO COS widzi go spoza swej ognistej szaty. Bał się, że nagle stwór podejdzie, chwyci go w ramiona i znów przygniecie do ściany.

Przekradł się do krótkiego korytarzyka. Z sypialni napłynęła czarna chmura duszącego dymu. Harry zdążył jeszcze dostrzec swoje przemoczone buty. Dym był tak gęsty, że przesłonił nawet blask skaczących płomieni w głębi mieszkania. Gryzł w oczy, Harry musiał mocno zacisnąć powieki. Groziło mu, że w smolistych ciemnościach straci orientację.

Wstrzymał oddech. Jeden wdech wystarczyłby, żeby powalić go na podłogę, kaszlącego i zamroczonego. Ostatni raz oddychał czystym powietrzem w sypialni, więc nie był w stanie wytrzymać tak dłużej niż kilka sekund. Chwycił buty i macał po drzwiach, nie mógł znaleźć klamki, zaczął wpadać w panikę, lecz wreszcie na nią trafił. Drzwi były zamknięte na zasuwę. Płuca go paliły żywym ogniem. Czuł ból w piersiach. Gdzie jest zasuwa? Powinna być nad klamką. Chciał odetchnąć, znalazł zasuwę, musiał nabrać oddechu, nie mógł, otworzył zasuwę, mrok w jego głowie gęstniał bardziej niż dym wokół, chwycił klamkę, rozpaczliwym szarpnięciem otworzył drzwi, wypadł na dwór. Wciąż otaczał go dym, wyssany na zewnątrz w chłód wieczoru, i musiał odsunąć się na bok, żeby wydostać się ze skłębionej chmury. Pierwszy haust powietrza był tak zimny, że zabolało go w piersi.

Wyszedł do osiedlowego parku, położonego między skrzydłami budynku mieszkalnego. Alejki biegły wśród azalii, żywopłotów i grządek bujnie rosnących pierwiosnków. Zamrugał gwałtownie, żeby odzyskać ostrość widzenia. Zobaczył kilku sąsiadów z parteru, którzy wyszli ze swoich mieszkań na biegnący wzdłuż budynku korytarz zewnętrzny, i dwóch na piętrze. Przyciągnął ich pewnie huk broni palnej, który rzadko się słyszało w tej okolicy. Patrzyli zaszokowani na Harry’ego i kłęby tłustego dymu, buchające z jego mieszkania, ale jakoś nie słyszał, żeby ktoś z nich wołał: “Pali się!”, więc sam podniósł krzyk. Kilka osób poszło w jego ślady.