Popędził do skrzynki alarmowej. Rzucił broń i buty i nacisnął z rozmachem dźwignię, tłukąc matowe szkło. Rozległ się przeraźliwy brzęk dzwonków.
Okno jego własnej bawialni, które wychodziło na zieleniec, rozbiło się i na betonowy chodnik spadł deszcz szkła. Ze środka buchnął dym i łopoczące proporce ognia. Harry oczekiwał, że lada chwila przez wybite okno wyjdzie płomienista postać, by dalej go ścigać.
Na zasadzie idiotycznego skojarzenia przez głowę przemknął mu urywek piosenki z filmu: “Kogo wtedy wezwiesz? ŁOWCÓW DUCHÓW!”
Żył w filmie Dana Aykroyda. Mógłby to uważać za zabawne, gdyby nie strach, który sprawił, że serce podeszło mu do gardła.
W dali rozległo się wycie syren, nieprzerwanie dźwięczały dzwonki alarmowe.
Biegł od drzwi do drzwi, waląc w nie pięściami. Dało się słyszeć kilka stłumionych eksplozji i dziwny metaliczny zgrzyt. Co jakiś czas tłuczone szkło dźwięczało jak setki kurantów. Harry nie oglądał się, by sprawdzić przyczynę tych hałasów, i biegł dalej od drzwi do drzwi.
Kiedy wycie syren wybiło się ponad inne dźwięki, Harry był już pewny, że wszystkie osoby w budynku zostały ostrzeżone i opuściły mieszkania. Stojący między klombami ludzie obserwowali dach lub wypatrywali na ulicy wozów strażackich, przerażeni i oszołomieni. Jedni milczeli, inni płakali.
Pobiegł z powrotem do skrzynki alarmowej i włożył buty, które tam zostawił. Chwycił rewolwer i ruszył na przełaj przez klomby, tratując azalie, brodząc w rozkwitłych pierwiosnkach. Dotarł na betonowy chodnik, rozpryskując wodę z kałuż.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że podczas kilku krótkich minut, które spędził w mieszkaniu, przestało padać. Z fikusów i palm wciąż kapały krople, krzaki ociekały wilgocią. Mokre liście mieniły się niczym klejnoty tysiącem maleńkich rubinowych odblasków pożogi.
Odwrócił się i za przykładem sąsiadów spojrzał na blok. Zaskoczyło go błyskawiczne tempo, w jakim rozprzestrzeniał się pożar. Ogień zaatakował już mieszkanie piętro wyżej. Krwawe języki płomieni lizały framugi wybitych okien, w których zostało trochę ostrych odłamków. Na niebie zawisła chmura dymu. Migotliwy, strzelający iskrami ogień upiorną poświatą rozjaśniał mrok.
Harry spojrzał na ulicę i z ulgą zobaczył, że w osiedle Los Cabos wjechały wozy straży pożarnej. Wyłączyły już syreny, lecz wciąż miały zapalone migające światła.
Mieszkańcy sąsiednich domów wylegli na ulicę i teraz usuwali się im spiesznie z drogi.
Nagła fala gorąca sprawiła, że Harry podniósł oczy. Ogień przedostał się już na gontowy dach.
Jaskrawe płomienie na tle ciemnego nieba przypominały smoka z bajki, który wywijał ogonem w kolorze żółci, pomarańczu i cynobru, rozpościerał wielkie krwistoczerwone skrzydła; smoka ze skrzącą łuską i błyszczącymi szkarłatnymi ślepiami, który rykiem rzucał wyzwanie wszystkim rycerzom i lekkomyślnym śmiałkom.
11
Connie w drodze do domu kupiła pizzę z grzybami i pepperoni. Zjadła ją przy stole w kuchni, popijając piwem z puszki.
Od siedmiu lat wynajmowała małe mieszkanie w Costa Mesa. W sypialni stało tylko łóżko, stolik nocny i lampa; garderoba Connie była tak skromna, że wszystkie ubrania i buty mieściły się z łatwością w jednej wąskiej szafie. W pokoju dziennym znajdowała się czarna skórzana sofa, duży fotel do czytania, a przy nim z jednej strony lampa, z drugiej mały stolik. Naprzeciwko sofy na specjalnym stoliku na kółkach stał telewizor i magnetowid. W kuchni był kwadratowy składany stolik i cztery składane krzesła z wyściełanymi siedzeniami. Szafki zawierały tylko niezbędne naczynia i przybory kuchenne do przyrządzania szybkich posiłków, kilka miseczek, cztery duże talerze, cztery małe, cztery filiżanki ze spodkami, cztery szklanki – wszystkiego po cztery, ponieważ tyle sztuk liczyły najmniejsze zestawy, jakie były w sprzedaży – i puszki z jedzeniem. Nigdy nie przyjmowała gości.
Nie pociągało jej gromadzenie rzeczy. Wyrosła bez nich, przenosząc się z jednej rodziny zastępczej czy domu dziecka do kolejnych z jedną jedyną odrapaną walizką.
Nadmiar rzeczy ją przytłaczał, krępował, sprawiał, że czuła się jak w pułapce. Nie miała żadnych obrazów czy bibelotów. Jedyną dekoracją w mieszkaniu był wiszący w kuchni plakat ze zdjęciem zrobionym przez skoczka spadochronowego z wysokości przeszło tysiąca metrów – zielone pola, faliste wzgórza, suche łożysko rzeki, tu i ówdzie drzewa, dwie drogi z asfaltową nawierzchnią i dwa piaszczyste trakty – cienkie nitki, krzyżujące się ze sobą jak linie na abstrakcyjnym obrazie. Czytała zachłannie książki, ale wszystkie pochodziły z wypożyczalni, podobnie jak kasety wideo.
Miała wprawdzie samochód, lecz tylko dlatego, że umożliwiał swobodę ruchów.
Wolność była jedyną rzeczą, którą ceniła, w miejsce biżuterii, ubrań, antyków i dzieł sztuki, lecz czasami trudniej było ją zdobyć niż autentycznego rembrandta. Wolność była w drugim, cudownym locie przed otwarciem spadochronu. Jazda pustą autostradą na potężnym motocyklu też dawała uczucie wyzwolenia, a jeszcze lepszy był rower górski na pustynnych bezdrożach, pośród piaszczystych wydm, nagich skał, gdzie pod błękitnym niebem jak wzrokiem sięgnąć rozpościerały się suche karłowate krzaki.
Jedząc pizzę i popijając piwo, wyjęła z żółtej koperty zdjęcia i zaczęła je przeglądać. Jej zmarła siostra, tak podobna do niej samej.
Pomyślała o Ellie, mieszkającej z Ladbrookami niedaleko, w Santa Barbara. Nie było jej na żadnym ze zdjęć, ale pewnie jest tak samo podobna do Connie, jak była Colleen. Próbowała sprecyzować własne uczucia wobec faktu, że ma siostrzenicę. Słusznie powiedział Mickey Chan, wspaniale było mieć kogoś bliskiego po tylu latach samotności, że nie mogła ich spamiętać. Czuła radość na myśl o Ellie, ale radość tę ostudziła refleksja, że siostrzenica może być obciążeniem dużo większym niż wszystkie dobra materialne tego świata.
A jeśli pozna Ellie i ją polubi?
Nie. Nie chodziło jej o zwykłą sympatię. Z tym już miała do czynienia. Miłość. To było źródło jej niepokoju.
Miłość to wielki dar, ale może również stać się ciężarem. W jakim stopniu traci się wolność kochając kogoś – lub będąc przez kogoś kochaną? Nie wiedziała, gdyż nigdy nikogo nie kochała ani nikt jej nie kochał. Mogła sobie tylko wyobrazić to uczucie na podstawie lektury niezliczonych książek. Czytała, że miłość może być pułapką, więzieniem i może złamać serce.
Już tak długo była sama.
Wygodnie jej było z tą samotnością.
Zmiana wiązała się z ogromnym ryzykiem.
Patrzyła na uśmiechniętą twarz siostry w łudząco prawdziwych kolorach filmu Kodak, oddzieloną od niej tylko cienką warstewką lśniącej emulsji fotograficznej – i pięcioma długimi latami, które minęły od jej śmierci.
Przypomniał jej się fragment wiersza:
Nigdy nie pozna swojej siostry. Może jednak poznać jej córkę. Musi tylko zdobyć się na odwagę.
Wyjęła z lodówki następne piwo, wróciła do stołu, żeby poprzyglądać się jeszcze przez chwilę twarzy Colleen – i ujrzała leżącą na fotografiach gazetę. Ostatni numer “Register”. Jej wzrok przyciągnął tytuł: STRZELANINA W RESTAURACJI W LAGUNA BEACH… DWIE OSOBY ZABITE, DZIESIĘĆ RANNYCH.