Выбрать главу

Bez żadnego ostrzeżenia i ku wielkiej konsternacji Janet pies wyśliznął się z rąk Angeliny, przemknął obok niej, obok Danny’ego, między nogami kucharki i wpadł przez otwarte drzwi prosto do kuchni.

– Woofer, wróć! – krzyknęła Janet.

Pies nie posłuchał i pędził dalej, a oni wszyscy za nim.

Personel kuchni próbował złapać Woofera, ale był dla nich za szybki. Uskakiwał i robił uniki, stukając pazurami po posadzce. Przeciskał się pod stołami, na których przygotowywano jedzenie, turlał się, skakał i raz po raz gwałtownie zmieniał kierunek, wymykając się łapiącym go rękom ze zwinnością piskorza. Dyszał z uśmiechem na pysku i najwyraźniej świetnie się bawił.

Nie była to jednak tylko zabawa i psie figle. Jednocześnie gorliwie czegoś szukał. Węszył w powietrzu i przy podłodze. Nie interesowały go piece, gdzie piekły się słodkie bułeczki, roztaczając zapach, od którego ślina napływała do ust. Nie wskoczył na żaden ze stołów, gdzie stały porcje jedzenia. Intrygowało go coś innego, czego ślad wykrył na ubraniu młodej pielęgniarki, Angeliny.

– Zły pies! – powtarzała Janet, przyłączając się do pościgu – Zły, niedobry pies!

Woofer rzucił jej kilka spojrzeń, pełnych bolesnej urazy, lecz nie zaprzestał uników.

Do kuchni weszła salowa, nieświadoma całego zamieszania. Popychając przed sobą wózek z naczyniami otworzyła wahadłowe drzwi. Pies natychmiast z tego skorzystał, przemknął obok niej, wpadł w drzwi i pobiegł w głąb korytarza.

Zły pies. Nieprawda. Dobry pies. Dobry.

W dużej kuchni jest tyle smacznych zapachów, że nie może wyśledzić źródła innej woni, dziwnej woni, chociaż bardzo się stara. Lecz po drugiej stronie wahadłowych drzwi jest długie, długie pomieszczenie z innymi pomieszczeniami po obu stronach. Tu budzące głód zapachy nie są tak mocne.

Jest za to dużo innych woni, przeważnie wydzielanych przez ludzi i na ogół nieprzyjemnych. Ostre zapachy, słone zapachy, mdło słodkie, kwaśne.

Sosna. W długim pomieszczeniu stoi wiadro z zapachem sosny. Pies wtyka nos do wiadra z sosną, zdziwiony, jak zmieściło się w nim całe drzewo, ale to nie jest drzewo, tylko brudna woda, która pachnie jak cała sosna, kilka sosen, a wszystkie w wiadrze. Ciekawe.

Szybko dalej.

Siki. Czuje zapach moczu. Ludzie sikają. Różni, przeróżni ludzie sikają. Ciekawe. Mnóstwo rozmaitych zapachów, nie bardzo silnych, lecz wyraźnych. Nie zdarzyło mu się przedtem czuć w jakimś miejscu tylu ludzkich sików. Wiele rozumie z zapachu moczu tych ludzi: co jedli, co pili, gdzie dzisiaj byli, kiedy ostatnio się parzyli, czy są zdrowi, czy chorzy, rozzłoszczeni czy zadowoleni, źli czy dobrzy. Większość tych ludzi od dawna się nie parzyła i jest na coś chora, niektórzy bardzo ciężko. Żadne z tych sików nie są miłe do wąchania.

Czuje skórzane buty, wosk na podłodze, politurę do drewna, ciasto, róże, stokrotki, tulipany, goździki, cytryny, mnóstwo zapachów… smaczny zapach czekolady, brzydka woń z pachwin, kurz, wilgotna ziemia w doniczce, mydło, lakier do włosów, mięta, pieprz, sól, cebula, kręcący w nosie gorzki zapach korników w ścianie, kawa, nagrzany mosiądz, guma, papier, wiórki z temperowanego ołówka, cukierki, znowu sosny w wiadrze, jakiś pies. Ciekawe. Inny pies, suczka. Ktoś, kto ma suczkę, przyniósł zapach na butach i przechodząc długim pomieszczeniem zostawił jego smugę. Ciekawe. Pies czuje bezlik innych zapachów – jego świat składa się głównie z zapachów – a wśród nich tę dziwną woń, dziwną i złą, tak złą, że chce się szczerzyć zęby, wrogą, nienawistną, którą czuł wcześniej, zapach policjanta, zapach wilka, zapach złej istoty. O, znów złapał tę woń, tędy, tędy, dalej!

Ludzie gonią go, bo nie powinien być tutaj. W wielu miejscach zdaniem ludzi nie powinien być, chociaż nie pachnie tak brzydko jak większość z nich, i chociaż nie jest tak duży, nie robi tyle hałasu i nie zajmuje tyle miejsca co ludzie.

Zły pies – powiedziała kobieta. To sprawiło mu przykrość, bo lubi ją i chłopca, dla nich chce znaleźć złą istotę o dziwnym zapachu.

Zły pies, akurat. Dobry pies. Dobry.

Z drzwi wychodzi kobieta w bieli, wygląda na zdziwioną, pachnie zdziwieniem, próbuje go zatrzymać. Krótkie warknięcie. Kobieta odskakuje w tył. Łatwo przestraszyć ludzi. Łatwo ich oszukać.

Długie wąskie pomieszczenie łączy się z drugim takim samym. Znowu drzwi, znowu różne brzydkie zapachy, znowu siki. Ludzie tu mieszkają, ale też sikają. Bardzo dziwne. Ciekawe. Psy nigdy nie sikają tam, gdzie mają legowisko.

Wąskim pomieszczeniem idzie kobieta, niesie coś, wygląda na zdziwioną, pachnie zdziwieniem, mówi:

– Patrzcie, jaki śliczny piesek!

Pomachać jej ogonem? Czemu nie. Ale trzeba biec dalej.

Ten zapach. Dziwny. Wstrętny. Mocny, coraz mocniejszy.

Otwarte drzwi, przyćmione światło, pokój, gdzie na łóżku leży chora kobieta. Pies wchodzi do środka, nagle czujny, rozgląda się w prawo i lewo, bo pokój cuchnie złą istotą, podłoga, ściany, a najbardziej krzesło, na którym zła istota siedziała. Była tutaj wiele razy, i to długo.

Kobieta pyta:

– Kto to?

Pies wietrzy. Słaba kwaśna woń. Pot, choroba i jeszcze coś więcej. Smutek. Wielkie, wielkie nieszczęście. I strach. Przede wszystkim ostry jak błyskawica, żelazisty zapach strachu.

– Kto to? Kto tu jest?

Tupot stóp w długim wąskim pomieszczeniu za drzwiami, do środka wbiegają ludzie.

Strach tak wielki, że dziwny zły zapach prawie niknie, zagłuszony przez strach, strach, strach.

– Angelina? Czy to ty? Angelina!

Zapach złej istoty jest wokół łóżka, na łóżku. Zły stał tu i rozmawiał z chorą kobietą, niedawno, dzisiaj, dotykał jej, dotykał białego płótna, którym jest przykryta. Ohydny zapach pozostał na pościeli, mocny i wyraźny, i ciekawy, och, jak ciekawy.

Pies odbiega trochę, bierze rozpęd i skacze na łóżko. Jedną łapą zawadza o poręcz, lecz pokonuje przeszkodę i spada na przesiąkniętą wonią choroby i strachu kobietę.

Chora wrzasnęła.

Janet nigdy się nie obawiała, że Woofer kogoś ugryzie. Był łagodny i przyjacielski. Zdawało się, że nie mógłby nikogo skrzywdzić, może z wyjątkiem istoty, która pojawiła się przed nimi w alejce.

Kiedy jednak wpadli z Angelina do słabo oświetlonego pokoju i Janet zobaczyła psa na łóżku, pomyślała, że rzucił się na pacjentkę. Odruchowo przyciągnęła Danny’ego do siebie, zasłaniając mu oczy, lecz po chwili zdała sobie sprawę, że Woofer tylko stoi nad chorą i obwąchuje ją z niesłychaną energią.

– Nie, nie, nie! – krzyczała chora, jakby zamiast psa skoczyło na nią coś z najgłębszych otchłani piekła.

Janet paliła się ze wstydu za Woofera. W dodatku bała się, że przez jego niesforność ona i Danny stracą swoje darmowe posiłki. Wątpliwe, czy będą teraz mile widziani w kuchni “Pacific View”.

Kobieta na łóżku była chuda – więcej niż chuda, krańcowo wycieńczona – i tak blada, że w świetle lampy wydawała się przezroczysta jak duch. Miała białe, matowe włosy i pomarszczoną twarz. Wyglądała jak sędziwa staruszka, lecz coś wzbudziło w Janet przekonanie, że biedaczka jest dużo młodsza, niż się wydaje.

Wyraźnie bardzo słaba, próbowała unieść się z poduszek i prawą ręką odepchnąć psa. Kiedy usłyszała kroki pościgu, odwróciła głowę w stronę drzwi. Jej wymizerowana twarz mogła być kiedyś piękna, lecz teraz przypominała oblicze trupa, wręcz upiora.

Oczy…

Kobieta nie miała oczu.

Janet zadrżała. Jak to dobrze, że Danny ma głowę wtuloną w jej sweter.

– Zabierzcie go ze mnie! – Przerażenie ślepej kobiety było niewspółmierne do zagrożenia, jakie mógł przedstawiać Woofer. – Zabierzcie go ze mnie!