Samokontrola i raz jeszcze samokontrola.
Skrzydlaty stwór na plaży podskoczył na piasku, z którego się narodził. Machając skrzydłami wzleciał w mrok jak chimera, która wałęsała się po nocy i wraca teraz na gzyms katedry. Zawisł w bezruchu przed oknem, zaglądając do środka świecącymi żółtymi oczami.
Chociaż pozbawiony mózgu, kiedy on, Bryan, nie przenosił w jego postać części swojej świadomości, pterodaktyl wyglądał imponująco. Jego wielkie błoniaste skrzydła płynnie wachlowały powietrze, z łatwością unosił się na prądach wstępujących przy krawędzi urwiska.
Bryan czuł na plecach spojrzenia oczu w słoikach. Wytrzeszczonych. Pełnych zdumienia, podziwu, uwielbienia.
– Idź precz! – powiedział z teatralnym patosem na użytek swojej publiczności.
Skrzydlaty gad zniknął w mgnieniu oka i deszcz piasku spadł na plażę.
Dość zabawy. Pora wziąć się do pracy.
5
Honda Harry’ego stała zaparkowana pod latarnią, niedaleko wyjścia ze szpitala miejskiego.
Wiosenne ćmy, spłoszone deszczem, podlatywały do światła. Ich olbrzymie, zniekształcone cienie ślizgały się po samochodzie.
– Jeszcze raz to samo pytanie: i co teraz? – odezwała się Connie.
– Chcę pojechać do domu Ordegarda i tam się rozejrzeć.
– Po co?
– Nie mam pojęcia. Ale to jedyna rzecz, jaka mi przychodzi do głowy. Chyba że ty masz jakiś pomysł?
– Nie mam, choć bardzo bym chciała.
Gdy zbliżyli się do samochodu, dostrzegła za cieniami na szybie jakiś błyszczący przedmiot przy wstecznym lusterku. O ile pamiętała, poprzednio nic przy nim nie wisiało, żadna ozdoba ani odświeżacz powietrza.
Wsiadła do wozu i przyjrzała się z bliska tej rzeczy, zanim zrobił to Harry. Srebrny, prostokątny drobiazg na czerwonej wstążeczce. Connie wzięła go do ręki, odwróciła pod światło i zobaczyła, że jest to ręcznej roboty klamra do paska, rzeźbiona w indiańskie motywy.
Harry siadł za kierownicą, trzasnął drzwiczkami i dopiero wtedy zobaczył, co Connie trzyma w ręku.
– Jezu! – powiedział. – Jezu, Ricky!
6
Deszcz zniszczył większość róż, ale kilka kwiatów ocalało. Kołysał je lekki nocny wietrzyk. Płatki chwytały światło z kuchennych okien i zdawały się odbijać je w dwakroć, lśniąc łagodnie w mroku.
Ricky siedział przy kuchennym stole, z którego sprzątnął narzędzia. Skończył jeść obiad przeszło godzinę temu i od tej pory popijał porto. Chciał się wstawić.
Przed wypadkiem rzadko pił alkohol, a kiedy już chciał sobie łyknąć, sięgał po tequile albo piwo. Teraz, po tylu operacjach brzucha tequila – lub inny mocny trunek – przyprawiała go o ból serca i pieczenie w żołądku, które trwało kilka godzin. To samo odnosiło się do piwa.
Odkrył, że całkiem nieźle radzi sobie z likierami, ale upicie się tym słodkim paskudztwem wymagało strawienia tak wielkiej ilości cukru, że zęby spróchniałyby mu na długo przedtem, zanim załatwiłby sobie wątrobę. Większości win też dobrze nie trawił, ale porto okazało się właśnie tym, czego szukał – wystarczająco słodkie, by nie drażnić jego wydelikaconego żołądka, lecz nie na tyle, by dorobił się cukrzycy.
Dobre porto było jego jedyną słabostką. No, powiedzmy, dobre porto i od czasu do czasu trochę porozklejania się nad sobą.
Patrząc, jak róże chylą się nad ścieżką w ciemności, niekiedy koncentrował wzrok bliżej i spoglądał na swoje odbicie w szybie. W jej niedoskonałym zwierciadle widział bladą, na wpół przezroczystą twarz podobną do oblicza ducha. Cóż, a może to trafny wizerunek. Został z niego cień człowieka, widmo. Pod pewnymi względami był już martwy.
Na stole stała butelka porto. Napełnił na nowo szklaneczkę i wypił łyk.
Czasem, tak jak teraz, trudno mu było uwierzyć, że ta twarz w szybie naprawdę należy do niego. Przed strzelaniną w sklepiku był szczęśliwym człowiekiem, rzadko oddawał się introspekcji, nigdy posępnym nastrojom. Nawet podczas rekonwalescencji zachował poczucie humoru i patrzył w przyszłość z optymizmem, którego żaden ból nie potrafił do końca zaćmić.
Dopiero po odejściu Anity stał się podobny do widma w szybie. Minęły już przeszło dwa lata, a on wciąż nie mógł do końca uwierzyć, że jej nie ma – ani uporać się z samotnością, która dokuczała mu bardziej niż kalectwo.
Ricky wziął szklaneczkę do ręki i już podnosił ją do ust, gdy wyczuł, że coś jest nie tak. Podświadomie zarejestrował, że aromat porto zastąpił jakiś słaby, ohydny zapach. Zatrzymał się w ostatniej chwili i spojrzał na szklankę. W środku były trzy tłuste, wilgotne dżdżownice, żywe, wijące się obrzydliwie.
Krzyknął i upuścił szklankę. Blat był kilka centymetrów niżej, więc nie stłukła się, lecz tylko przewróciła. Oślizłe robaki wypadły na lśniący sosnowy stół.
Ricky odepchnął krzesło, zamrugał…
…i robaki znikły.
Na stole połyskiwało rozlane wino.
Zastygł z rękami na poręczach krzesła, wlepiając z niedowierzaniem oczy w kałużę rubinowego płynu.
Był przekonany, że naprawdę widział dżdżownice. Nic mu się nie przywidziało. Nie był pijany. Do diabła, nawet jeszcze nie zaszumiało mu w głowie.
Opadł z powrotem na krzesło i zamknął oczy. Odczekał sekundę, dwie. Spojrzał. Wino wciąż lśniło na stole.
Z ociąganiem dotknął plamy palcem. Była mokra, prawdziwa. Roztarł kroplę wina między palcami.
Sprawdził zawartość nowej litrowej butelki, aby się upewnić, że nie wypił więcej, niż mu się zdawało. Butelka była ciemna, więc uniósł ją do góry, pod światło, i spojrzał na poziom płynu. Sięgał tuż pod szyjkę. Ricky nalał z niej tylko dwie szklaneczki.
Wstrząśnięty zagadkowym zjawiskiem otworzył szafkę pod zlewem, wyjął szmatkę, wrócił do stołu i wytarł rozlane wino.
Ręce mu się trzęsły.
Bał się, że dostał halucynacji, które są objawem udaru mózgu. Podczas długotrwałej hospitalizacji była to jego największa zmora.
Powstanie zakrzepów krwi w nogach i wokół szwów w zeszytych żyłach i tętnicach było szczególnie niebezpiecznym potencjalnym skutkiem ubocznym tak rozległej operacji brzucha i długiego leżenia w okresie rekonwalescencji. Gdyby jakiś skrzep dotarł do serca, wywołałby nagłą śmierć. Gdyby trafił do mózgu i zatamował tam krążenie, rezultatem byłby całkowity lub częściowy paraliż, utrata wzroku, mowy i upośledzenie umysłowe. Kiedy Ricky musiał leżeć płasko na plecach, podawano mu środki zapobiegawcze, a siostry przerabiały z nim program ćwiczeń pasywnych. Mimo to co dzień dręczyła go obawa, iż nagle odkryje, że nie może się poruszyć albo odezwać, nie wie, gdzie jest, nie pamięta swojego nazwiska, nie poznaje własnej żony.
Wówczas pocieszał się myślą, że cokolwiek się zdarzy, będzie przy nim Anita. Teraz i ta nadzieja zniknęła. Sam musiał stawiać czoło przeciwnościom losu. Jeśli stanie się sparaliżowanym niemową, znajdzie się na łasce obcych ludzi.
Co u diabła, był przecież wyleczony! Zostały mu blizny i uczucie upokorzenia po szpitalnych męczarniach, lecz był równie zdrowy jak przeciętny napotkany na ulicy przechodzień. Od ostatniej operacji minęły przeszło dwa lata. Ryzyko udaru mózgu zmniejszyło się do statystycznego poziomu u mężczyzny w jego wieku. Trzydzieści sześć lat. Tak młodzi ludzie rzadko dostawali udaru mózgu, który robił z nich bezwładne kaleki. Statystycznie bardziej prawdopodobne było, że umrze na atak serca, padnie ofiarą morderstwa, zginie w wypadku drogowym, a nawet od pioruna.
W gruncie rzeczy najbardziej bał się nie paraliżu, afazji, ślepoty i innych fizycznych upośledzeń, lecz samotności. Niedawne wstrętne złudzenie – widok robaków w szklance – uprzytomniło mu, jak bardzo będzie samotny, jeśli spotka go coś złego.