Odłożył poplamioną winem ścierkę. Miał zamiar nalać sobie porto, usiąść i spokojnie to przemyśleć. Na pewno nasunie się jakaś oczywista odpowiedź i przywidzenie da się wytłumaczyć. Może światło spłatało mu figla. Kiedy będzie trzymał szklankę w tej samej pozycji i powoli ją obróci…
Wziął butelkę i przechylił ją nad szklanką. Przez chwilę spodziewał się, że wylecą z niej tłuste, poskręcane dżdżownice, chociaż parę minut temu oglądał ją pod światłem. Do szklanki pociekła ciemnoczerwona strużka porto.
Podnosząc szklankę do ust, zawahał się, czując obrzydzenie na myśl o piciu z naczynia, w którym przed chwilą wiły się wstrętne, śliskie robaki.
Ręce znów zaczęły mu drżeć, czoło nagle zwilgotniało od potu. Był wściekły na siebie, że zachowuje się jak idiota. Wino omywało ścianki naczynia, połyskując jak płynny klejnot.
Upił mały łyk. Smakowało jak zwykle. Pociągnął kolejny łyk. Wspaniałe.
Wyrwał mu się słaby, drżący śmiech.
– No widzisz, ty durniu! – zadrwił z siebie i poczuł się lepiej.
Myśląc, że do porto przydałoby się coś pochrupać, odstawił szklaneczkę i podszedł do szafki, w której trzymał prażone migdały, mieszankę orzechową i chrupki serowe. Otworzył drzwiczki. W szafce roiło się od wielkich pająków.
Szybciej niż zdarzyło mu się od lat, odskoczył od otwartej szafki i uderzył się o krawędź stołu.
Sześć czy osiem tłustych, włochatych pająków łaziło po puszkach z bakaliami, i paczkach chrupek. Były olbrzymie, większe od ptaszników, rozbiegane zwidy z najgorszego koszmaru.
Ricky zacisnął powieki. Otworzył oczy. Pająki nie znikły.
Poprzez walenie własnego serca i chrapliwy płytki oddech słyszał, naprawdę słyszał szuranie włochatych nóg pająków po celofanie opakowań. Metaliczny chrobot ich szczęk o blaszane puszki. Cichy, złowrogi syk.
Raptem zdał sobie sprawę, że dźwięki dochodzą z szafek za nim.
Spojrzał przez ramię na sosnowe drzwiczki, za którymi nie powinno być nic oprócz płaskich i głębokich talerzy, filiżanek i spodków. Drzwiczki uchyliły się, jakby pchane przez coś od środka. Zanim Ricky zdążył się poruszyć, otwarły się z trzaskiem, a na jego głowę i ramiona spadło mnóstwo węży.
Z wrzaskiem próbował uciekać. Pośliznął się na ruchomym, drgającym dywanie i upadł.
Węże cienkie jak bicze, węże grube i mięsiste, czarne i zielone, żółte i brązowe, gładkie i we wzory, czerwonookie, żółtookie, niektóre z kapturami jak kobry, czujne głowy z pyskami jakby rozchylonymi w uśmiechu, trzepoczące rozdwojonymi języczkami, syczące, syczące. To musi być sen. Albo halucynacja. Czarny wąż, długi na co najmniej półtora metra, ugryzł go w grzbiet lewej dłoni, głęboko zatapiając zęby, wokół których pokazała się krew, i Ricky wciąż mógłby wierzyć, że to senny koszmar, gdyby nie ból.
W snach nigdy nie czuje się bólu, a co dopiero takiego! Ostry i kłujący objął całą dłoń, a potem jak ładunek elektryczny przeniknął w górę po przegubie aż do łokcia.
To nie sen. To dzieje się naprawdę. Ale jak to możliwe? Skąd wzięły się te węże? Skąd?
Pełzały po nim, przykrywając go całego, sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt wijących się śliskich ciał. Zaatakował go drugi, zatopił zęby w rękawie koszuli i wbił w lewe przedramię. Inny ugryzł przez skarpetkę, przejechał zębami po kostce.
Ricky podniósł się z trudem. Dwa węże odpadły, lecz pierwszy, który wpił się w dłoń, trzymał uparcie, jak przyrośnięty. Ricky chwycił go i próbował oderwać. Poczuł tak silny, rozżarzony do białości ból, że omal nie zemdlał. Wąż nie puścił.
Na podłodze syczało i wiło się ohydne kłębowisko. Nie widział ani nie słyszał żadnych grzechotników. Jego zasób wiadomości był zbyt skromny, by mógł rozpoznać inne gatunki, toteż nie był pewny, które są jadowite, czy w o g ó l e któreś są jadowite, zwłaszcza te, które już go ugryzły. Jadowite czy nie, wkrótce wszystkie zaczną go kąsać, jeśli stąd nie zwieje, i to szybko.
Chwycił z haczyka wiszący w rzędzie noży tasak do mięsa. Walnął ręką o najbliższy blat i wczepiony w nią nieustępliwie czarny gad wylądował z podskokiem na wyłożonej płytkami powierzchni. Ricky zamachnął się szeroko i przeciął węża, aż stalowe ostrze zadzwoniło o ceramiczną powierzchnię.
Ohydna głowa wciąż wisiała wczepiona w jego dłoń. Za nią zostało tylko dziesięć centymetrów czarnego ciała, lecz błyszczące oczka, które go bacznie obserwowały, nie sprawiały wrażenia martwych. Ricky rzucił tasak i próbował rozewrzeć pysk gada, wyciągnąć długie, zakrzywione zęby ze swego ciała. Krzyczał i klął, oszalały z bólu.
Węże na podłodze zaczęły żywiej się poruszać, rozdrażnione jego krzykiem.
Rzucił się w stronę drzwi na korytarz, odkopując węże na bok, zanim mogły się sprężyć i zaatakować. Niektóre już wystrzelały w jego stronę jak sprężyny, lecz grube, luźne spodnie stanowiły ochronę przed ich zębami.
Bał się, że węże wpełzną mu do nogawek. Udało mu się jednak bezpiecznie dotrzeć do hallu.
Nie goniły go. Z szafki z łakociami spadły dwa pająki i węże zaczęły o nie walczyć. Konwulsyjnie drgające odnóża zniknęły pod falującymi łuskami.
Pum!
Zaskoczony Ricky aż podskoczył.
Dotychczas nie kojarzył dziwnego dźwięku, który prześladował go wcześniej, z pająkami i wężami.
Pum!
Ktoś znowu bawił się z nim w kotka i myszkę, lecz to już przestało być zabawą. Zrobiło się śmiertelnie groźne. Niewiarygodne, fantastyczne jak z koszmarnego snu i groźne.
Pum!
Ricky nie mógł się zorientować, skąd dobiega dźwięk, nawet określić, czy dobiega z góry, czy z dołu. Po każdym odgłosie brzęczały szyby i wibrowały głucho ściany. Ricky wyczuł, że nadchodzi coś gorszego niż pająki i węże, coś, z czym za nic nie chciał się spotkać.
Nie zwracał już uwagi na uczepioną jego dłoni głowę węża. Spazmatycznie łapiąc powietrze, rzucił się do wyjścia.
Ręka rwała straszliwym bólem za każdym uderzeniem pulsu. Kiepska sprawa, jeśli ukąszenia były jadowite, serce bijąc w wariackim tempie rozprowadzało szybciej truciznę. Musi się opanować, oddychać wolno i spokojnie, iść równym krokiem zamiast biec na łeb, na szyję. Zadzwoni od sąsiadów po pogotowie.
PUM!
Mógł skorzystać z telefonu w sypialni, ale nie chciał tam wchodzić. Zaczaj się bać własnego domu. Zdawało się to idiotyczne, ale czuł, że dom żyje własnym życiem i jest mu wrogi.
PUM, PUM, PUM!
Dom dygotał jak podczas trzęsienia ziemi. Ricky z trudem trzymał się na nogach. Zatoczył się na ścianę.
Na stoliku w przedpokoju był mały ołtarzyk z fajansową figurą Matki Boskiej podobny do tych, które matka robiła u nich w domu. Ricky, od kiedy go postrzelono, skłaniał się do sposobów, jakimi ona broniła się przed okrucieństwami losu.
Figura spadła na podłogę i z trzaskiem rozbiła się u jego stóp. Czarka z ciemnoczerwonego grubego szkła, w której stała wotywna świeczka, podskakiwała na stoliku, rozchwiane cienie tańczyły po ścianie i suficie.
PUM! PUM! PUM! PUM! PUM!
Ricky był dwa kroki od drzwi, gdy dębowe klepki zaskrzypiały złowieszczo, wydęły się do góry i rozległ się trzask głośny jak uderzenie pioruna.
Coś wyskoczyło z pustej przestrzeni pod podłogą, druzgocząc deski jak skorupkę jajka. Przez moment tuman kurzu, fruwające drzazgi i połamane klepki przesłoniły przedpokój. Ricky zatoczył się do tyłu.
Zobaczył w dziurze mężczyznę, którego stopy musiały tkwić w ziemi jakieś pół metra pod podłogą. Mimo iż stał niżej, piętrzył się przed Rickym jak góra, olbrzymi i groźny. Jego długie włosy i broda były skołtunione i brudne, a twarz poznaczona bliznami. Czarny prochowiec rozwiewał się wokół niego jak peleryna, unoszony chłodnym podmuchem ciągnącym z otworu w podłodze.