Ricky wiedział, że ma przed sobą włóczęgę, który ukazał się Harry’emu. Wszystko zgadzało się z opisem – wszystko z wyjątkiem oczu.
Kiedy Ricky dostrzegł te groteskowe oczy, zamarł nad szczątkami figury Marii Panny, sparaliżowany strachem i niezachwianą pewnością, że oszalał. Nawet gdyby próbował dobiec do tylnych drzwi, nie zdążyłby uciec, bo włóczęga wygramolił się z dziury i wskoczył do przedpokoju z szybkością atakującego węża. Chwycił Ricky’ego, uniósł z nieludzką siłą w powietrze i wyrżnął nim w ścianę tak mocno, że popękał tynk.
Ricky, owiewany zgniłym oddechem, miał tuż przed sobą twarz włóczęgi i patrzył w te oczy, zbyt przerażony, by krzyczeć. Nie przypominały kałuż krwi, jak opisywał je Harry. Nie były to w ogóle oczy. W głębokich oczodołach czaiły się dwie węże głowy o połyskujących małych, żółtych oczkach, wysuwając rozdwojone języki.
Dlaczego ja? – pomyślał Ricky.
Jak kukiełki, wyskakujące na postrach z pudełka, węże wyskoczyły z oczodołów i ugryzły go w twarz.
7
Od Laguna Beach do Dana Point Harry prowadził jak wariat. Nawet Connie, miłośniczka szybkości i ryzyka, wparła plecy w fotel i wydawała nieartykułowane okrzyki, gdy ścinał zakręty. Jechali jego prywatnym samochodem, nie służbowym sedanem, więc nie mógł wystawić na dach koguta ani włączyć syreny. Na szczęście we wtorkowy wieczór ruch był nieduży. Harry naciskając klakson i migając światłami zganiał na bok nieliczne wozy, jakie się napatoczyły.
– Może trzeba zadzwonić do Ricky’ego i go ostrzec – powiedziała Connie, gdy wyjeżdżali z Laguna.
– Nie mam w samochodzie telefonu.
– Stań po drodze przy jakimś sklepie czy stacji benzynowej.
– Nie mogę tracić czasu. A u niego telefon i tak nie zadzwoni.
– A to niby dlaczego?
– Bo Tiktak nie zechce, żeby zadzwonił.
Jechali szybko pod górę. Zarzuciło ich na zakręcie. Tylne opony zaryły się w żwir na poboczu, grad kamyczków uderzył w podwozie i zbiornik paliwa. Prawy tylny błotnik musnął metalową barierkę, i już byli z powrotem na szosie. Harry nawet nie tknął hamulca.
– No to zadzwońmy na posterunek w Dana Point.
– W takim tempie bez zatrzymywania będziemy tam szybciej niż oni.
– Może się przydać jakaś pomoc.
– Na cholerę się przyda, jak się spóźnimy i nie zastaniemy go żywego.
Harry nie mógł sobie darować, że wystawił przyjaciela na niebezpieczeństwo. Nie wiedział wprawdzie, jaką groźbę ściąga na niego swą wizytą, ale później, gdy Tiktak zapowiedział: “Wszystko i wszyscy, których kochasz”, powinien zrozumieć, że stwór dobierze się do Ricky’ego.
On i Ricky Estefan wyszli cało z niejednych tarapatów. Byli przyjaciółmi i Harry go kochał. Proste. Nigdy dotąd tak tego nie formułował, bo dla mężczyzny uczucie do drugiego mężczyzny to coś wstydliwego.
W ogóle był powściągliwy w tej kwestii, nawet gdy chodziło o przyjaźń. A co dopiero miłość! Wprowadzała tyle komplikacji. Pociągała za sobą wiele zobowiązań i ograniczeń. Znienacka ktoś pakował ci się w życiorys, razem ze swoimi niechlujnymi nawykami, odmiennymi gustami, mętnymi opiniami i niezorganizowaną osobowością.
Gdy gnali z rykiem silnika główną ulicą Dana Point, a tłumik obijał się o nierówności nawierzchni, Harry powiedział:
– Czasem straszny ze mnie idiota.
– Powiedz lepiej coś nowego.
– Naprawdę porąbany model.
– Wciąż się obracamy w kręgu znanych faktów.
Tylko jedno go usprawiedliwiało: od kiedy w jego mieszkaniu wybuchł pożar, nie miał ani chwili spokoju. Jedna niesamowitość goniła drugą, wypadki biegły tak szybko, że nie miał wcale czasu pomyśleć. Była to mizerna wymówka, ale jej się uczepił.
Nie wiedział nawet, co myśleć o tych pieprzonych dziwach. Myślenie dedukcyjne, najbardziej skuteczne w pracy detektywa, zawodziło w wypadku zjawisk nadprzyrodzonych. Spróbował metody indukcyjnej i skonstruował teorię o psychopacie z paranormalnymi możliwościami umysłowymi. Nie szło mu to, gdyż indukcyjne myślenie graniczyło w jego oczach z intuicją, a intuicja nie miała nic wspólnego z logiką. Lubił konkretne, namacalne dowody, realne przesłanki, na których można się było oprzeć w rozumowaniu, coś z nich wywnioskować.
Kiedy skręcili w ulicę, przy której mieszkał Ricky, Connie zaklęła.
Harry zerknął na nią.
Patrzyła z osłupieniem na swoją zaciśniętą dłoń.
– Co się stało? – spytał.
Trzymała w dłoni jakiś przedmiot.
– Jeszcze przed sekundą nie miałam tego w ręku. Skąd, do diabła, to się wzięło? – Jej głos drżał lekko.
– Co to jest?
Właśnie parkował przed domem Ricky’ego. Pokazała mu ten przedmiot. Głowa fajansowej figurki. Ułamana przy szyi.
Zahamował gwałtownie, aż opony zaszorowały o krawężnik, a pas bezpieczeństwa wpił mu się boleśnie w pierś.
– Czułam, że ręka mi się zacisnęła jakby w skurczu, a potem miałam to w garści, nie wiadomo skąd.
Harry rozpoznał głowę posążku Matki Boskiej, który stał na stoliku w przedpokoju domu Ricky’ego Estefana.
Ogarnięty złym przeczuciem pchnął drzwiczki i wysiadł z samochodu. Wyciągnął broń.
Wokół panował spokój. W większości domów, również u Ricky’ego, paliło się światło, nadając im ciepły, przytulny wygląd. Z sąsiedztwa dochodziły słabe dźwięki muzyki, tak ciche, że Harry nie mógł rozpoznać melodii. Wiatr szeleścił w koronach dużych palm przed domem.
Nie ma powodu do niepokoju – zdawał się mówić szmer wiatru, nic się nie stało, wszędzie cisza i spokój.
Pomimo to Harry trzymał rewolwer w pogotowiu.
Pobiegł ścieżką do drzwi frontowych, przez wieczorne cienie palm, na obrośniętą bugenwillą werandę. Connie biegła za nim, z bronią w ręku.
Żeby tylko Ricky żył – myślał gorączkowo – proszę Cię, Boże, nie daj mu umrzeć.
Te zaklęcia były jego pierwszą modlitwą od wielu lat.
Drzwi za siatkową osłoną były uchylone. Wąski pasek światła rzucał na podłogę werandy wzór oczek siatki.
Uchylone drzwi były złym znakiem. Ricky miał obsesję na punkcie bezpieczeństwa, chociaż sądził, że nikt tego nie dostrzega. Byłby głęboko upokorzony, gdyby wiedział, iż jest inaczej. Zamykał wszystko na siedem spustów.
Harry spróbował zajrzeć przez szparę do przedpokoju. Przeszkadzały mu w tym drzwi siatkowe, które nie pozwalały przysunąć bliżej głowy.
Okna były szczelnie zasłonięte.
Harry spojrzał na Connie.
Wskazała rewolwerem drzwi frontowe.
W zwykłych warunkach rozdzieliliby się i weszli każde innymi drzwiami: Connie od tyłu, on od frontu. Teraz takie podchody nie miały sensu, skoro przeciwnikowi nie można było odciąć dróg ucieczki, złapać go w pułapkę, obezwładnić i zakuć w kajdanki. Mogli się tylko starać wynieść cało skórę i ocalić życie Ricky’emu, jeśli nie było na to za późno.
Harry skinął głową i ostrożnie odsunął drzwi siatkowe. Zaskrzypiały. Zamykająca je sprężyna wydała śpiewny, cienki odgłos, podobny do brzęczenia komara.
Chciał wejść po cichu, lecz kiedy zdradził go ten dźwięk, pchnął drzwi wewnętrzne, chcąc szybko wpaść do środka. Drzwi uderzyły w coś i zatrzymały się, zanim otwór był na tyle duży, żeby wejść. Harry naparł w nie z całej siły. Coś pękło, zazgrzytało, zaszurało i rozległ się głośny grzechot. Drzwi otworzyły się na oścież, usuwając z drogi jakąś przeszkodę, a Harry wskoczył do środka z takim impetem, że omal nie wpadł do dziury w podłodze hallu.
Przypomniał mu się zdemolowany korytarz nad restauracją w Laguna. Jeżeli te szkody wyrządził granat, musiał eksplodować pod podłogą. Wybuch wypchnął belki, izolację i klepki do góry. Nie czuć było jednak charakterystycznego zapachu prochu i spalenizny.