Górne światło padało na gołą ziemię pod zerwaną dębową podłogą. Na stoliku z ołtarzykiem stojąca niebezpiecznie blisko krawędzi wotywna świeczka w czerwonej czarce rzucała drżące smugi światła i cienia.
W połowie długości przedpokoju, przy zachlapanej krwią ścianie, leżał jakiś mężczyzna, skręcony w tak nienaturalnej pozycji, że na pierwszy rzut oka widać.było, iż nie żyje.
Harry rozpoznał Ricky’ego. Serce przeszył mu ból. Na chwiejnych nogach, z uczuciem zimna w żołądku ruszył w głąb przedpokoju.
Connie weszła do domu, kiedy obchodził dziurę w podłodze. Zobaczyła zwłoki i w milczeniu skinęła ręką w stronę łukowego przejścia, wiodącego do bawialni.
Harry z ulgą poddał się rytuałowi zwykłego rutynowego przeszukiwania domu, nawet jeśli w tym przypadku szukanie zabójcy nie miało sensu. Tiktak, czy jak się tam nazywał, z pewnością nie schował się w żadnym kącie ani nie gramolił przed tylne okno, skoro mógł zniknąć w wirze powietrza albo słupie ognia. I na co przydałaby się im broń, gdyby go znaleźli? Mimo wszystko znany rytuał działał uspokajająco: symbolizował przywracanie porządku za pomocą ustalonych metod.
W bawialni tuż za progiem, po lewej stronie leżała sterta ciemnego błota, na oko co najmniej sto kilo. Harry pomyślał, że może wybuch wyrzucił je jak gejzer spod podłogi, ale w przedpokoju nie było go ani śladu. Zupełnie jakby ktoś wnosił je wiadrami do środka i wyrzucił na dywan w bawialni.
Harry poświęcił mu tylko przelotne spojrzenie i ruszył dalej. Później będzie dosyć czasu na roztrząsanie tej zagadki.
Przeszukali obie łazienki i sypialnie, ale znaleźli tylko wielkiego, tłustego ptasznika. Harry był tak zaskoczony tym widokiem, że o mało nie nacisnął spustu. Gdyby pająk podbiegł do niego, zamiast zniknąć pod toaletką, Harry zapewne strzeliłby, zanim by sobie uświadomił, co to jest.
Południowa Kalifornia, kraj pustynny, była naturalnym środowiskiem wielkich pająków ptaszników. Od kiedy człowiek nawodnił ziemię i zagospodarował duże obszary, występowały tylko na dzikim pustkowiu w rozpadlinach skalnych. Mimo groźnego wyglądu były płochliwe i większość życia spędzały pod ziemią, wychodząc na światło dzienne jedynie w sezonie godowym. Na obszarze zabudowanym w ogóle ich się nie spotykało. Pająk ptasznik był tu równie nie na miejscu jak tygrys.
Cicho wrócili do przedpokoju, minęli zwłoki. Szybkie spojrzenie potwierdziło, że Ricky’emu w żaden sposób nie można już pomóc. Pod nogami zgrzytały kawałki fajansowej świętej figury.
– O cholera! – krzyknęła Connie.
W kuchni roiło się od węży. Jeden był tuż za progiem. Kolejne dwa myszkowały między nogami stołu i krzeseł. W kącie leżała splątana, kłębiąca się masa. Musiało ich tam być dobre kilkadziesiąt sztuk. Niektóre coś pożerały.
Po blacie z białych płytek biegły wzdłuż krawędzi dwa pająki.
– Co się tu, u diabła, działo? – zastanowił się głośno Harry i stwierdził, że drży mu głos.
Węże zauważyły jego i Connie. Większość nie przejawiła zainteresowania, lecz kilka wysunęło się z kłębowiska, żeby bliżej przyjrzeć się intruzom. Harry szybko zamknął drzwi.
Sprawdzili garaż. Stał w nim samochód Ricky’ego. Na suficie w miejscu, gdzie dach przeciekał, była wilgotna plama. Kałuża na podłodze nie zdążyła do końca wyschnąć.
W przedpokoju Harry ukląkł przy zwłokach przyjaciela. Odsuwał ten okropny moment tak długo, jak się dało.
– Zobaczę, czy w sypialni jest telefon – powiedziała Connie.
– Telefon? – Podniósł na nią wzrok. – Na litość boską, nie myśl nawet o tym.
– Musimy zameldować o morderstwie.
– Posłuchaj… – spojrzał na zegarek – dochodzi jedenasta w nocy. Jeśli złożymy doniesienie, utkniemy tu na długie godziny.
– Ale…
– Nie ma czasu do stracenia. I tak nie wiem, jak zdołamy znaleźć tego Tiktaka przed wschodem słońca. Szansę są marne. Nawet gdy nam się to uda, nie wiadomo, jak go załatwić. Ale głupio nawet nie spróbować, prawda?
– Niech będzie, masz rację. Po prostu nie chcę siedzieć na tyłku i czekać, aż mnie coś rozszarpie.
– No więc w porządku. Zostawmy w spokoju telefon.
– Pójdę tylko… Poczekam na ciebie w tym pokoju.
– Uważaj na węże – powiedział, gdy ruszyła w głąb korytarza.
Potem schylił się nad Rickym.
Ciało wyglądało gorzej, niż mu się z początku zdawało. Zobaczył głowę węża, wczepioną zębami w dłoń Ricky’ego, i zadrżał. Małe podwójne ranki na twarzy mogły być śladami po ukąszeniach. Obie ręce były wygięte w łokciach do tyłu – kości zostały nie złamane, lecz wręcz zgruchotane. Ricky Estefan był w takim stanie, że trudno było określić główną przyczynę śmierci; jeśli jednak żył jeszcze, gdy jego głowę obrócono o sto osiemdziesiąt stopni, z pewnością umarł w tej okropnej chwili. Szyję miał poranioną i posiniaczoną, głowa opadła bezwładnie w dół, tak że podbródek spoczywał między łopatkami.
Oczy zniknęły.
– Harry! – zawołała Connie.
Harry patrzył na dwie krwawe jamy i nie był w stanie się odezwać. W ustach zrobiło mu się sucho, głos uwiązł w gardle.
– Harry, chodź, coś zobaczysz.
Wiedział już wystarczająco dokładnie, co zrobiono Ricky’emu, aż za dokładnie. Ogarnął go wściekły gniew.
Podniósł się, obrócił i zobaczył swoje odbicie w lustrze za ołtarzykiem oprawionym w srebrną ramę. Twarz miał w kolorze popiołu, jak u trupa. Cząstka jego istoty umarła naprawdę, kiedy zobaczył zwłoki przyjaciela.
Odwrócił wzrok na widok strachu, osłupienia i prymitywnej furii, jaka malowała się w jego oczach. Człowiek w lustrze nie był tym Harrym Lyonem, którego znał – lub którym pragnął być.
– Harry! – zawołała znowu Connie.
Znalazł ją w bawialni, schyloną nad kupą błota, a raczej wilgotnej, zbitej ziemi.
– Spójrz na to, Harry.
Pokazała mu osobliwe zjawisko, na które nie zwrócił uwagi podczas przetrząsania domu. Z bezkształtnego pagórka wystawała ludzka ręka, nie prawdziwa, lecz uformowana z wilgotnej ziemi. Była duża, silna, żylasta, z kwadratowo zakończonymi palcami, tak misternie wykończona, jakby wyszła spod dłuta wielkiego rzeźbiarza.
Tkwiła w rękawie płaszcza, również uformowanym z ziemi, na którym widać było pasek ze sprzączką, otwór wentylacyjny i trzy guziczki. Dawało się rozpoznać nawet fakturę materiału.
– Co o tym myślisz? – spytała Connie.
– Niech mnie diabli, jeśli wiem.
Przysunął palec do ręki i szturchnął ją, na wpół w obawie, że okaże się prawdziwą kończyną, pokrytą cienką warstwą błota. Rozsypała się jednak pod jego dotykiem, został tylko mankiet płaszcza i dwa palce.
Jakieś wspomnienie przepłynęło przez umysł Harry’ego i znikło, zanim mógł je pochwycić, zwodnicze jak przelotny błysk łusek ryby, niknącej w mrocznej głębi stawu. Patrząc uporczywie na resztki ulepionej z ziemi ręki, czuł, że jest o krok od ważnego odkrycia, jednak mimo wysiłków nie mógł sprecyzować tej niejasnej myśli.
– Wynośmy się stąd – powiedział.
W przedpokoju wolał nie patrzeć na zwłoki.
Balansował na granicy utraty zmysłów. Kipiał szalonym gniewem, ledwie się mógł opanować. To nigdy dotąd nie zaznane uczucie budziło w nim lęk, bo nie wiedział, dokąd go zaprowadzi – dotychczas starał się w emocjach utrzymywać taki sam porządek jak w kartotekach i kolekcji płyt kompaktowych. Gdyby spojrzał na Ricky’ego raz jeszcze, może nie zdołałby się opanować i wpadłby w histerię. Chciał na kogoś krzyczeć, obojętne na kogo, wrzeszczeć aż do bólu gardła, kogoś bić i kopać bez opamiętania lub też wyładować wściekłość na przedmiotach, łamać i niszczyć wszystko w zasięgu ręki, mimo głupoty i bezsensu takiego wyżywania się, nawet gdyby miał tym zaalarmować sąsiadów. Powstrzymywała go tylko obecność Connie. Nie mógł znieść myśli, że ktoś byłby świadkiem jego ataku furii, widziałby, jak się miota z dzikim wzrokiem i pianą na ustach, zwłaszcza gdy tym kimś miała być Connie Gulliver.