Выбрать главу

Opuścili dom, Connie zamknęła starannie drzwi wejściowe. Razem wyszli na ulicę i ruszyli do samochodu.

Harry przystanął i rozejrzał się wokół.

– Posłuchaj.

– Nic nie słyszę. – Connie zmarszczyła brwi.

– No właśnie, wszędzie spokój.

– No więc?

– Przecież musiał być piekielny hałas.

Zrozumiała, o co mu chodzi.

– Ten wybuch, który rozsadził podłogę. I Ricky pewnie krzyczał, wzywał pomocy.

– Więc dlaczego żadni ciekawscy sąsiedzi nie wyszli sprawdzić, co się dzieje? To małe osiedle, gdzie ludzie dosyć dobrze się znają. Tu nikt nie udaje głuchego, gdy słyszy, że ktoś obok ma kłopoty, tylko przychodzi z pomocą.

– To znaczy, że nic nie słyszeli – stwierdziła Connie.

– Jak to możliwe?

Na pobliskim drzewie zaśpiewał nocny ptak.

Z jednego domu wciąż dobiegała cicha muzyka. Harry tym razem rozpoznał melodię. A String of Pearls.

Kilka domów dalej samotny pies żałośnie ni to wył, ni to skomlał.

– Nic nie słyszeli… Jak to możliwe? – powtórzył Harry.

Jeszcze dalej zaryczał silnik ciężarówki, wjeżdżającej na stromy podjazd przed autostradą. Zabrzmiał jak niski głos brontozaura, który zaplątał się w niewłaściwej epoce.

8

Kuchnia była cała biała: białe ściany, białe płytki podłogowe, białe marmurowe blaty, białe szafki; lśniący chrom i stal nierdzewna kuchenki i zlewu, które odbijały białe powierzchnie.

Sypialnie powinny być czarne. Śpiący umysł pogrąża się w mroku, a sny wyświetlają się w nim jak filmy w zaciemnionym kinie. Sny Bryana zawsze mieniły się kolorami, lecz były raczej mroczne; panowała w nich noc lub niebo przesłaniały sine skłębione chmury. Sen to brat śmierci. Śmierć jest czarna.

Kuchnie jednak powinny być białe, bo w kuchni robi się jedzenie, a jedzenie wiąże się z czystością i energią. Energia jest biała – jak światło elektryczne czy błyskawica.

Bryan, ubrany w czerwony jedwabny szlafrok, siedział na białym jak muszla krześle z białą tapicerką przy białym stole z blatem z grubego szkła. Lubił ten szlafrok. Miał jeszcze pięć takich samych. Śliski i chłodny jedwab przyjemnie pieścił skórę. Czerwień jest kolorem władzy i potęgi – czerwone są szaty kardynalskie, bramowane złotem i gronostajami królewskie płaszcze, wyszywane w smoki kaftany chińskich dostojników.

W domu, kiedy nie chodził nago, ubierał się wyłącznie w czerwień. Był wszak ukrywającym się królem, nie objawionym Bogiem.

Poza domem nosił zwykłe, pospolite ubranie, gdyż nie chciał zwracać na siebie uwagi. Do chwili pełnego Przeistoczenia, póki był wrażliwy na ciosy, mądrzej pozostać anonimowym. Kiedy uzyska większą Moc i w pełni nad nią zapanuje, będzie nareszcie mógł pokazywać się w stroju odpowiednim dla jego prawdziwej pozycji, i każdy będzie padał przed nim na kolana w kornym lęku lub uciekał pełen strachu.

Co za podniecająca perspektywa, być znanym i czczonym przez wszystkich. Już niedługo.

Siedząc przy białym kuchennym stole, jadł lody czekoladowe z kremem czekoladowym. Dodał hojnie wiśni w likierze, posypał je wiórkami kokosowymi i pokruszonymi słodkimi ciasteczkami. Uwielbiał słodycze i słone chrupki – ziemniaczane, serowe i kukurydziane. Poza tym jadał precle, fistaszki, smażoną na chrupko skórkę boczku. Żywił się wyłącznie słodyczami i słonymi przegryzkami. Teraz nikt już nie mógł dyktować mu, co ma jeść.

Babka Drackman dostałaby zawału, gdyby to zobaczyła. Wychowywała go od urodzenia. Nie uznawała kompromisów w kwestii diety. Trzy posiłki dziennie i kwita. Warzywa, owoce, pełnoziarnisty chleb, kasze i makaron, ryba, kurczę, ciemne mięso wykluczone, chude mleko, jogurt zamiast lodów, minimum soli, minimum cukru, minimum tłuszczu, minimum przyjemności.

Nawet jej wstrętny pies, znerwicowany pudel Pierre, musiał jeść według zasad babki, co w jego przypadku oznaczało reżim wegetariański. Babka była zdania, że psy jedzą mięso tylko dlatego, że się je nim karmi, a termin “mięsożerny” to nic nie znacząca etykietka, przyklejona im przez dyletanckich naukowców, oraz że każdy gatunek – zwłaszcza psy z jakichś tajemniczych powodów – może przezwyciężyć prymitywny wrodzony instynkt i wznieść się na wyższy poziom duchowy. Papka w misce Pierre’a czasem przypominała musli, a czasem żużel; najbardziej zbliżone do mięsa były kostki soi w sosie sojowym, doprawione białkiem w proszku. Pierre przeważnie wyglądał na przygnębionego i zrozpaczonego, doprowadzało go do obłędu jakieś nieokreślone, niezaspokojone pragnienie. Dlatego pewnie był tak złośliwy i wredny i miał skłonność do sikania w niewłaściwych miejscach, takich jak szafka z butami Bryana.

Babka Drackman była bezlitosnym tyranem. Ustalała reguły na wszystko: higienę osobistą, ubranie, naukę i zachowanie się w każdej sytuacji. Katalogu jej zasad nie pomieściłby komputer o pojemności dziesięciu megabajtów.

Pudel Pierre też musiał się nauczyć wielu reguł. Na których krzesłach mógł siadać, na których nie. Szczekanie było zabronione. Skomlenie też. Posiłki według rozkładu, żadnego podkarmiania przy stole. Dwa razy na tydzień czesanie, stój spokojnie, nie wierć się. Siad, leżeć, zdechł pies, nie drap mebli…

Nawet jako cztero – lub pięcioletnie dziecko Bryan rozumiał na swój sposób, że babka była typem obsesyjno-kompulsywnym, człowiekiem oziębłym uczuciowo, toteż był wobec niej ostrożny, grzeczny i posłuszny, udawał, że ją kocha i nigdy nie dopuszczał do swego wewnętrznego świata. Już we wczesnym dzieciństwie, kiedy objawiły się jego niezwykłe zdolności, miał dosyć sprytu, by ukryć przed nią swój rozkwitający talent. Przewidywał, że jej reakcja mogłaby być dla niego… niebezpieczna. W okresie dojrzewania gwałtownie urósł i wzrosły jego tajemne uzdolnienia. Bryan wciąż przezornie je ukrywał. Ćwiczył swoje umiejętności na małych zwierzętach, które poddawał wyszukanym torturom.

Dwa lata temu, zaledwie kilka tygodni po swoich osiemnastych urodzinach, znów, jak co jakiś czas, poczuł przypływ dziwnej mocy i choć wciąż nie czuł się na tyle silny, by zmierzyć się z całym światem, wiedział, że jest gotów, by zmierzyć się z babką Drackman. Siedziała w swoim ulubionym fotelu ze stopami opartymi o podnóżek, jedząc surową marchewkę i popijając wodę mineralną. Właśnie czytała w “Los Angeles Times” artykuł o karze śmierci, wygłaszając kategoryczne uwagi o konieczności okazania współczucia nawet najgorszym zbrodniarzom. Bryan wykorzystał swoje niedawno nabyte zdolności do pirokinezy i ją podpalił. Raju, ale się fajczyła! Mimo że miała w sobie mniej tłuszczu niż modliszka, paliła się jak łojowa świeczka. Wbrew jednej z głoszonych przez siebie zasad, że w domu nigdy nie należy podnosić głosu, wrzeszczała na całe gardło – chociaż niezbyt długo. Proces spalania był kontrolowany. Fotel i podnóżek ledwo się tliły, paliła się tylko babka i jej ubranie. Bryan musiał zmrużyć oczy, gdy na nią patrzył. Jak umoczona w alkoholu gąsienica syczała, trzaskała i płonęła coraz jaśniej, a potem sczerniała i skurczyła się na wiórek. Pomimo to podsycał ogień, dopóki zwęglone resztki jej kości nie spłonęły na popiół, dopóki popiół nie stał się sadzą, a sadza nie zniknęła w chmurze zielonych iskier.