Przed nimi niemrawo się toczył jakiś Cadillac.
Lewy pas blokował jadący w ślimaczym tempie terenowy jeep z nalepkami na tylnej szybie “Podróżuję z Chrystusem” i “Plaża, bikini i piwo”.
Harry nie mógł przekroczyć podwójnej linii, bo z naprzeciwka jechał sznur samochodów, oślepiając go reflektorami.
Chciał nacisnąć klakson, pogonić ospałe wozy przed nim, ale szkoda mu było czasu.
Wjechał na pobocze, wyjątkowo szerokie w tym miejscu, i przyspieszył, mijając cadillaca z prawej strony. Nawet w trakcie manewru nie mógł uwierzyć, że naprawdę to robi. Spojrzał w lewo. Zaskoczony kierowca cadillaca wytrzeszczył na niego oczy. Był to śmieszny mały facet z cienką linią wąsika i nie dopasowanym tupecikiem. Osypujące się zbocze, porośnięte trawą i dzikim bluszczem, otarło się prawie o bok hondy. Nawet tam, gdzie było szerzej, dzieliło je od drzwiczek samochodu jakieś dziesięć centymetrów… a teraz pobocze się zwężało. Cadillac zaczął hamować, próbując zejść Harry’emu z drogi. Harry przyspieszył i nagle wyrósł przed nim znak Departamentu Dróg w Kalifornii ZAKAZ ZATRZYMYWANIA, na którym omal nie zatrzymał się na zawsze. W ostatniej chwili skręcił raptownie na asfalt, wmanewrowując się przed cadillaca, wyrównał kierownicę i jechał dalej na północ, po lewej stronie mając ogromny Pacyfik, równie czarny jak jego humor.
– Ale dajesz! – skomentowała Connie.
Nie wiedział, czy to wyraz sarkazmu, czy aprobaty. Przy jej upodobaniu do szybkości i ryzykanctwa w grę wchodziły obie możliwości.
– Nie chcę być taki jak ci ludzie, którzy zawsze wytykają palcem kogoś innego – ciągnął, nie pozwalając, by jego gniew ostygł. – Kiedy jestem za coś odpowiedzialny, wolę, żeby mi ta odpowiedzialność nawet stanęła kością w gardle.
– Rozumiem.
– Jestem odpowiedzialny za to, co stało się z Rickym.
– Jak uważasz.
– Gdybym wcześniej ruszył głową, żyłby do tej pory.
– Jak wola.
– Dlatego ta sprawa ciąży mi na sumieniu.
– Proszę bardzo.
– To wszystko moja wina.
– I będziesz się za to długo smażył w piekle.
Nie mógł się powstrzymać i wybuchnął nerwowym śmiechem, który brzmiał tak, jakby zaraz miał się przerodzić w płacz. Connie w porę temu zapobiegła.
– Albo we własnej kuchence mikrofalowej, jeśli twoim zdaniem na to zasługujesz – mówiła dalej.
Harry poczuł, że jego furia przygasła. Zaśmiał się serdeczniej, a Connie ciągnęła:
– Taki wredny sukinsyn jak ty pewnie będzie musiał rumienić się w tłuszczu przez jakieś tysiąc lat…
– Nie znoszę tłuszczu, jest niezdrowy…
Ona też się śmiała.
– …Na początek szatany zrobią ci potężną lewatywę ze smoły…
– …a w jej trakcie będę musiał obejrzeć dziesięć tysięcy razy film “Hudson Hawk”…
– No nie, nawet w piekle muszą być jakieś granice!
Oboje ryczeli teraz ze śmiechu.
Kiedy wreszcie odreagowali napięcie i zapadła cisza, Connie spytała:
– Lepiej?
– Czuję się podle.
– Ale lepiej?
– Trochę.
– Dojdziesz do siebie.
– Mam nadzieję.
– Jasne, że tak. Wszystkie rany, również duchowe, w końcu się goją. Może to właśnie największa tragedia. Ciągniemy jakoś dalej. Nic nie boli wiecznie, choć czasem wydaje się, że powinno.
Wciąż jechali na północ. Ocean po lewej stronie. Ciemne, usiane światłami domów wzgórza po prawej.
Znów byli w Laguna Beach. Harry nie wiedział, co teraz robić. Najchętniej jechałby przed siebie w górę wybrzeża przez Santa Barbara, przez Złote Wrota, Oregon, Waszyngton, Kanadę, hen, na Alaskę, by ujrzeć śnieg i poczuć smagnięcia arktycznego wichru, patrzeć, jak światło księżyca lśni na lodowcach, a potem pokonać Cieśninę Beringa – samochód będzie się unosił na wodzie z magiczną łatwością wehikułów z bajek – wylądować na mroźnym wybrzeżu Czukotki, stamtąd dotrzeć do Chin, wpaść na obiad do jakiejś dobrej syczuańskiej knajpy…
– Gulliver?
– No?
– Lubię cię.
– Kto by nie lubił?
– Naprawdę.
– Cóż, ja też cię lubię, Lyon.
– Po prostu chciałem ci to powiedzieć.
– Cieszę się.
– To nie znaczy, że musimy od razu ze sobą chodzić czy coś takiego.
– Dobrze. – Uśmiechnęła się. – A jeśli już o tym mowa, to dokąd teraz jedziemy?
Już miał na końcu języka, że na kaczkę po pekińsku.
– Do domu Ordegarda. Zapamiętałaś przypadkiem adres?
– Byłam tam.
To go zaskoczyło.
– Kiedy?
– Po wyjściu z restauracji, zanim wróciłam do biura, wtedy gdy ty pisałeś raporty. Dom jak dom. Może przyprawić o ciarki, ale nie sądzę, żebyśmy tam coś znaleźli.
– Za pierwszym razem, kiedy tam byłaś, nie wiedziałaś o Tiktaku. Teraz spojrzysz na wszystko inaczej.
– Możliwe. Druga przecznica w prawo.
Skręcił zgodnie z poleceniem i wjechał w spadziste, kręte uliczki ocienione palmami i dużymi eukaliptusami. Biała sowa, której rozpięte skrzydła musiały mieć ponad metr, oderwała się od komina i przefrunęła na spadzisty dach sąsiedniego domu, płynąc w nocnych ciemnościach jak zbłąkana dusza. Matowe, bezgwiezdne niebo zwisało tak nisko, że Harry niemal słyszał, jak ociera się o wierzchołki wzgórz na wschodzie. 170
10
Bryan otworzył francuskie okno i wyszedł na balkon sypialni.
Okno nie było zamknięte na rygiel, podobnie jak reszta drzwi i okien w całym domu. Chociaż z rozsądku zachowywał pewną ostrożność, nie bał się nikogo, nigdy. Inni chłopcy byli tchórzami, on nie. Jego niezwykła Moc natchnęła go taką pewnością siebie, jakiej nie miał zapewne nikt od stworzenia świata. Wiedział, że nikt nie powstrzyma go przed spełnieniem Misji; jego wyniesienie na tron Najwyższego było zapisane w wyrokach losu. Musiał jedynie cierpliwie czekać na ostateczne Przeistoczenie.
Tuż przed północą powietrze było chłodne i wilgotne. Na podłodze balkonu perliła się rosa. Od oceanu wiała orzeźwiająca bryza. Czerwony szlafrok Bryana, związany ciasno w talii, wyglądał jak plama krwi.
Światła Santa Catalina, leżącego pięćdziesiąt kilometrów na zachód, zasłaniał niewidoczny stąd wał gęstej mgły. Niebo wciąż było zachmurzone, nie rozjaśniały go gwiazdy ani księżyc. Bryan nie widział jasno oświetlonych okien sąsiadów, gdyż jego dom stał na samym krańcu cypla, urwisko opadało wprost do oceanu.
Czuł się otulony ciemnością jak jedwabnym szlafrokiem. Łoskot i chlupot fal, nieustanny szum Pacyfiku koił nerwy.
Niczym czarnoksiężnik na szczycie skały, Bryan zamknął oczy i przywołał Moc.
Przestał odczuwać nocny chłód i ziębiącą stopy rosę na balkonie. Nie czuł, jak szlafrok wydyma mu się wokół nóg, nie słyszał fal, rozbijających się o brzeg w dole.
Wytężył wzrok wewnętrzny, żeby znaleźć pięć upośledzonych sztuk, które czekał topór rzeźnika. Zaznaczył każda, z nich obwódką energii, żeby móc łatwo je lokalizować. Z zamkniętymi oczami jakby unosił się wysoko nad ziemią. Hen, w dole błyszczało pięć światełek – aury różne od wszystkich pozostałych źródeł energii na południowym wybrzeżu. Jego zwierzyna łowna.
Przy użyciu jasnowidzenia – czy też “dalekiego widzenia” – mógł obserwować te sztuki stada, każdą z osobna, i ich otoczenie. Nie mógł ich słyszeć, co chwilami było irytujące. Doszedł jednak do wniosku, że kiedy wreszcie stanie się Bogiem, zyska dar postrzegania na odległość wszystkimi pięcioma zmysłami.
Zajrzał do Sammy’ego Shamroe, którego zostawił na razie w spokoju do czasu gdy rozprawi się z cwanym, ważniackim gliną. Wbrew spodziewaniom Bryana zapijaczony wykolejeniec nie leżał w swojej skrzyni pod gałęziami oleandra, osuszając drugą dwulitrową butlę wina. Szedł przez centrum Laguna Beach, mijając sklepy z zapuszczonymi żaluzjami. Niósł coś podobnego do termosu. Oparł się o pień drzewa, żeby złapać oddech i zorientować się, gdzie jest. Przeszedł niepewnie dziesięć kroków, po czym znów przystanął. Wsparł się plecami o ceglaną ścianę i zwiesił głowę. Najwidoczniej zbierało mu się na rzyganie. Chwilowo z tego zrezygnował i zataczając się ruszył chwiejnie dalej. Mrugał zawzięcie i marszczył brwi. Brodę wysunął naprzód, na twarzy miał wypisany wyraz niezwykłej determinacji, jakby dokądś zmierzał, chociaż najprawdopodobniej szwendał się bez celu, kierowany irracjonalnymi, durnymi powodami, które mógłby zrozumieć tylko ktoś o mózgu podobnie przesiąkniętym alkoholem.