Выбрать главу

Zostawiając Sama “Pić i fotomontaż” Bryan sprawdził, co się dzieje z zasranym bohaterem i jego dziwką. Wjeżdżali hondą ważniaka na podjazd nowego domu, obitego robionymi na stare cedrowymi deskami, z mnóstwem dużych okien. Rozmawiali. Nie słyszał, co mówią. Żywa gestykulacja. Poważne miny. Wysiedli z wozu, nieświadomi, że są obserwowani. Bryan rozejrzał się wokół. Rozpoznał okolicę, gdyż całe życie mieszkał w Laguna Beach, ale nie wiedział, do kogo należy dom.

Za kilka minut nawiąże z Lyonem i Gulliver bardziej bezpośredni kontakt.

Wreszcie odnalazł Janet Marco i jej bachora w zdezelowanym dodge’u na parkingu przy kościele metodystów. Smarkacz spał na tylnym siedzeniu. Matka siedziała za kierownicą, skulona, oparta bokiem o drzwiczki. Czuwała, przepatrując wzrokiem ciemność wokół samochodu.

Obiecał zabić ich o świcie i zamierzał dotrzymać terminu. Po wielkim wydatku energii przy torturowaniu i zlikwidowaniu Enrique Estefana załatwienie ich i pary gliniarzy będzie wymagało ogromnego wysiłku. Sądził jednak, że pokrzepiony jedną lub dwiema drzemkami, paroma torbami chrupek ziemniaczanych i kilkoma ciastkami, a może następną porcją lodów z kremem, będzie w stanie unicestwić ich wszystkich na różne, wielce satysfakcjonujące sposoby.

Normalnie w ciągu ostatnich sześciu godzin życia matki i syna ukazałby im się przynajmniej trzy razy pod postacią golema, by ich udręka była jak największa, a strach sięgnął obłędu. Zabijanie sprawiało mu czystą, wręcz orgiastyczną przyjemność, lecz godziny – niekiedy dni – zadawania męczarni, które zwykle poprzedzały zabójstwo, dostarczały prawie tyle samo przyjemności co chwila, gdy wreszcie płynęła krew. Bryan napawał się strachem, jaki wzbudzał w swoich ofiarach; czuł euforię na widok osłupiałego niedowierzania i histerii, gdy zawodziły ich żałosne próby krycia się lub ucieczki, jak to się zawsze wcześniej czy później zdarzało. W przypadku Janet Marco i jej smarkacza będzie jednak musiał zrezygnować z gry wstępnej. Odwiedzi ich jeszcze tylko raz, o świcie, kiedy cierpieniem i krwią zapłacą za to, że kalali świat swoją obecnością.

Musiał oszczędzać energię dla ważniackiego gliny. Chciał, żeby wielki i wspaniały bohater zaznał więcej udręk niż zwykłe ofiary. Chciał go poniżyć. Złamać. Zmienić go w żebrzący łaski, zasmarkany strzęp ludzki. W duszy chojraka kryło się tchórzostwo. Oni wszyscy byli w środku tchórzami. Bryan chciał, żeby ten tchórz czołgał się na brzuchu, pokazał, jakim jest mięczakiem, kupą galarety, zwyczajnym zastrachanym wymoczkiem, chowającym się za odznakę i rewolwer. Przed zabiciem dwójki gliniarzy zaszczuje ich aż do zupełnego wyczerpania, rozedrze kawałek po kawałku i sprawi, iż będą żałować, że się w ogóle urodzili.

Zostawił starego dodge’a na przykościelnym parkingu i wrócił do własnego ciała na balkonie sypialni.

Duże, pochyłe fale wyłaniały się z ciemności i tłukły o brzeg, przypominając Bryanowi lśniące wieżowce z miast w jego snach, które przewracały się pod jego dotknięciem i grzebały miliony wrzeszczących ludzi w powodzi szkła i poszarpanej stali.

Kiedy nastąpi już Przeistoczenie, nie będzie musiał odpoczywać i oszczędzać energii. Jego moc będzie jak moc wszechświata, niewyczerpana i bez granic.

Wrócił do czarnej sypialni.

Zsunął z ramion czerwony szlafrok.

Nagi wyciągnął się na łóżku, mając pod głową dwie poduszki z gęsiego puchu w powłoczkach z czarnego jedwabiu.

Kilka wolnych, głębokich oddechów. Zamknąć oczy. Rozluźnić całe ciało. Oczyścić umysł. Pełen relaks.

Po niecałej minucie był gotów do stworzenia golema. Przeniósł znaczną część świadomości w pobliże nowoczesnego domu z cedrowym oblicowaniem i dużymi oknami, na którego podjeździe stała honda gliniarza.

Najbliższa latarnia znajdowała się w połowie odległości do następnej przecznicy. Wokół domu zalegał gęsty mrok.

W najciemniejszym zakamarku trawnik zaczął się poruszać. Trawa zniknęła pod grudami ziemi, jakby przewrócona lemieszem niewidzialnego pługa, i grunt wybrzuszył się z miękkim, cmokliwym dźwiękiem, jaki wydaje wyrobione ciasto, odrywane od blatu. Ziemia, kamienie, zeschłe liście, robaki, żuki, pudełko po cygarach zawierające piórka i zetlałe kostki papużki, pochowanej przez dziecko dawno temu – wszystko uniosło się w powietrzu i skręciło w dwumetrową wirującą kolumnę.

Z tej masy, poczynając od góry, zaczęła się tworzyć olbrzymia postać. Najpierw ukazały się włosy, brudne i skudlone. Potem broda. Otworzyły się usta, jak szczelina w murze. Z dziąseł wyłoniły się spróchniałe, ciemne zęby. Pojawiły się wargi z ropiejącymi wrzodami.

Otwarło się jedno oko. Żółte. Złe. Nieludzkie.

11

Pies biegnie ciemną uliczką. Zgubił zapach czegoś, co zabija, więc wytrwale szuka, węszy, z powodu kobiety, z powodu chłopca, dlatego, że jest dobrym psem, dobrym.

Pusta puszka, zapach metalu i rdzy. Kałuża po deszczu, na wierzchu lśnią plamy ropy. W wodzie pływa martwa pszczoła. Ciekawe. Nie tak bardzo jak zdechła mysz, ale ciekawe.

Pszczoły fruwają, pszczoły brzęczą, pszczoły mogą zranić jak kot, ale ta pszczoła jest nieżywa. Pierwszy raz widzi nieżywą pszczołę. Ciekawe, że pszczoły zdychają. Nie przypomina sobie, żeby widział zdechłego kota, więc teraz myśli, czy koty też zdychają jak pszczoły.

Zabawne pomyśleć, że może koty też zdychają.

Co je zabija?

Wdrapują się na drzewa i w miejsca, gdzie żaden pies się nie dostanie, i potrafią, zanim się obejrzysz, rozciąć ci nos ostrymi pazurami. Jeśli jest coś, co zabija koty, musi być jeszcze szybsze i bardziej niebezpieczne niż one.

Ciekawe.

Posuwa się wzdłuż alejki.

Gdzieś w pobliskim domu ludzi gotuje się mięso. Pies oblizuje wargi, bo ciągle jest głodny.

Papierek. Po cukierku. Ładnie pachnie. Pies przytrzymuje go łapą i wylizuje. Dobre, bardzo dobre. Liże, liże, liże, ale jest tego niewiele, ledwie odrobina słodyczy. Tak to zazwyczaj bywa, kilka liźnięć, parę kłapnięć szczękami i już po jedzeniu, rzadko tyle, na ile ma się ochotę, nigdy więcej.

Na wszelki wypadek wącha papierek, żeby się upewnić, sprawdzić, czy coś na nim nie zostało. Papierek przylepia mu się do nosa, więc potrząsa głową, żeby go strącić. Papierek ulatuje w powietrze i szybuje w głąb alejki, niesiony wiatrem, w górę i w dół, na prawo i na lewo, jak motyl. Ciekawe. Nagle ożywa i lata. Jak to możliwe? Bardzo ciekawe. Pies biegnie za papierkiem, podskakuje, kłapie zębami, nie trafia i teraz już naprawdę chce go złapać, musi go złapać, skacze, kłapie zębami, nie trafia. Co to znaczy, co to jest? Zwykły papier i fruwa jak motyl. Pies chce, chce, chce go złapać. Biegnie, skacze, kłapie pyskiem, tym razem dopada zdobyczy, żuje swój łup, ale to tylko papier, więc go wypluwa. Wlepia w niego wzrok, patrzy i patrzy, czujny, gotów skoczyć na niego, jeśli choćby drgnie, ale papierek się nie rusza, jest nieżywy jak pszczoła.