Nagle z wiatrem od morza przypływa do niego znajoma, dziwna i wstrętna woń. Ni to wilk, ni to człowiek! Coś, co zabija! Pies się wzdryga. Węszy, szuka. Zła istota jest w ciemności, stoi w ciemności, gdzieś blisko morza.
Pies idzie za zapachem. Zapach początkowo jest słaby, chwilami niemal niknie, ale potem nabiera mocy. Psa ogarnia podniecenie. Jest coraz bliżej, nie bardzo blisko, ale z każdą chwilą coraz bliżej. Biegnie, skręca z uliczki w ulicę, przecina park i znów zagłębia się w zaułki. Zła istota ma najdziwniejszy zapach, jaki kiedykolwiek poczuł.
Jasne światła. Bi-biiip! Samochód. Blisko. Mógłby już leżeć nieżywy w kałuży jak pszczoła.
Nastawiwszy czujnie uszy, biegnie tropem niezwykłego zapachu. Przyspiesza kroku.
Nagle gubi trop.
Staje, obraca się, węszy tu i tam. Wiatr nie zmienił kierunku, wciąż wieje od morza. Ale nie ma w nim już zapachu złej istoty. Pies czeka, węszy, czeka, obraca się, skomli z zawodu, i węszy, węszy, węszy.
Złej istoty nie ma już w ciemności. Poszła gdzieś, może do swojego domu, gdzie nie owiewa jej wiatr. Jak kot uciekający wysoko na drzewo, gdzie nie można go dosięgnąć.
Pies stoi w miejscu i dyszy, nie wiedząc, co dalej robić. Na chodniku pojawia się najdziwniejszy pod słońcem mężczyzna. Potyka się, zatacza i mamrocze do siebie. W ręku niesie śmieszną metalową butelkę. Wydziela więcej zapachów niż przeciętny człowiek, w większości nieprzyjemnych. Jest jeden, a cuchnie jak wielu śmierdzących ludzi. Skwaśniałe wino. Brudne włosy, nieświeży oddech, cebula, czosnek, dym ze świec, czarne porzeczki. Farba drukarska, liście oleandra. Mokry drelich. Mokra flanela. Zaschła krew, lekki odór ludzkiego moczu, w jednej kieszeni płaszcza mięta, w drugiej kawałek wyschniętej szynki i zapomniana kromka czerstwego chleba. Zaschnięta musztarda, błoto, trawa, słaba woń ludzkich wymiocin, przetrawione piwo, nadgniłe płócienne pantofle, zepsute zęby. Idzie zygzakiem i puszcza bąki. Mamrocze, opiera się na chwilę o drzewo, puszcza bąka, potem posuwa się kawałek, staje, opiera się o ścianę jakiegoś domu i znowu puszcza bąka.
To jest bardzo ciekawe, ale najciekawsze, że ten człowiek nosi na sobie ślad zapachu złej istoty. On nie jest złą istotą, o nie, ale zna ją, spotkał ją niedawno. Zła istota go dotykała.
Bez wątpienia to jest ten zapach, przedziwny i groźny: jak zapach morza w zimną noc, jak żelazny parkan w upalny dzień, jak nieżywa mysz, błyskawica, grzmot, pająki, krew, czarne dziury w ziemi – jak wszystkie te rzeczy razem wzięte, a jednocześnie żadna z nich.
Mężczyzna mija go chwiejnym krokiem i pies cofa się z podkulonym ogonem. Ale mężczyzna go nawet nie zauważa, brnie dalej przed siebie i skręca za róg w alejkę.
Ciekawe.
Pies patrzy za nim.
Czeka.
Po chwili biegnie jego śladem.
12
Urzędowe zawiadomienie na drzwiach domu Ordegarda zabraniało wejścia, dopóki nie zostaną zakończone czynności dochodzeniowe, lecz Harry i Connie całkowicie je zlekceważyli. Connie miała przy sobie komplet wytrychów w małym skórzanym woreczku i uporała się z zamkami szybciej niż polityk z miliardem dolarów.
Harry nie aprobował takich metod. Dziś po raz pierwszy pozwolił Connie posłużyć się wytrychami. Brakło czasu na przestrzeganie przepisów: do świtu zostało niecałe siedem godzin, a oni nie posunęli się ani o krok w szukaniu Tiktaka.
Dom nie był duży, lecz dobrze rozplanowany. Wszystkie rogi były łagodnie zaokrąglone, wiele pokoi miało przynajmniej jedną półkolistą ścianę. Wszędzie widać było kąty rozwarte i niezwykle błyszczące, pociągnięte białym lakierem gzymsy. Większość ścian również pociągnięto błyszczącą białą farbą, co nadało pomieszczeniom perłowy blask, z wyjątkiem jadalni, którą pomalowano tak, by sprawiała wrażenie, że jest wyłożona beżowym zamszem.
Dzięki opływowym konturom pokoje przypominały obszerne kajuty, co powinno sprawiać miłe, jeśli nie przytulne wrażenie. Harry jednak czuł się nieswojo, nie tylko dlatego, że byli w domu księżycolicego mordercy i w dodatku wdarli się tu nielegalnie, lecz z innych przyczyn, których nie umiał określić.
Może w ten nastrój wprawiły go meble. Wszystkie co do jednego były w nowoczesnym stylu skandynawskim, bez ozdób, z matową żółtą okleiną z klonu. Surowe i kanciaste, przykro kontrastowały z zaokrąglonymi liniami wnętrz. Zdawało się, że ostre krawędzie krzeseł, stolików i poręczy sof jeżą się nieprzyjaźnie. Na podłodze leżał cienki jak papier dywan berberyjski.
Gdy przechodzili przez salon, jadalnię, pracownię i kuchnię, Harry zauważył, że na ścianach nie ma żadnych obrazów. Nigdzie nie było też przedmiotów dekoracyjnych – stoliki były puste, jeśli nie liczyć prostych ceramicznych lamp w kolorach czarnym i białym. Nie dostrzegł żadnych książek ani pism.
We wszystkich pomieszczeniach panował nastrój klasztornej surowości, jakby mieszkający w nich człowiek odprawiał długotrwałą pokutę za grzechy.
Wyglądało na to, że w Ordegardzie walczyły o lepsze dwie przeciwstawne natury. Łagodne linie i faktury wnętrz pasowały do kogoś o bujnym, zmysłowym usposobieniu, kto nie ma kompleksów i jest nieco lekkomyślny. Z drugiej strony prostota mebli i ubogi wystrój wskazywały na charakter zimny, surowy dla siebie i innych, introwertyczny i pamiętliwy.
– Co o tym myślisz? – spytała Connie, gdy weszli do przedpokoju.
– Aż ciarki przechodzą.
– Mówiłam ci. Ale właściwie dlaczego?
– Kontrast jest… zbyt wielki.
– No. I dom wygląda, jakby nikt tu nigdy nie mieszkał.
Wreszcie w sypialni natknęli się na obraz, wiszący na wprost łóżka. Ordegard musiał widzieć go co dzień po przebudzeniu i przed zaśnięciem. Była to reprodukcja słynnego obrazu Francisco Goi. Harry nie pamiętał, jaki ma tytuł. Obraz przedstawiał upiora pożerającego okrwawione, bezgłowe ciało ludzkie.
Bez wątpienia był wielkim dziełem sztuki, lecz jego makabryczna treść i ponury nastrój nie pasowały zupełnie do prywatnego mieszkania. W muzeum pomniejszałaby go wielka przestrzeń sal ze sklepionym sufitem; tutaj, w zwykłym pokoju, płótno przytłaczało, emanowało mroczną, niemal paraliżującą energią.
– Ciekawe, z którą postacią się identyfikował – mruknęła Connie.
– Co masz na myśli?
– Z upiorem czy ofiarą?
Harry się zastanowił.
– Z obiema.
– Pożerał samego siebie?
– Tak. Pożerało go własne szaleństwo.
– I nie mógł tego powstrzymać.
– Nawet gorzej. Nie chciał. Sadysta i masochista w jednej osobie.
– Wracając do rzeczy, czy coś tutaj może nam wyjaśnić, co jest grane?
– Chyba nie – odparł Harry.
– Tik-tak – powiedział włóczęga.
Odwrócili się, zaskoczeni dźwiękiem niskiego, chrapliwego głosu. Wielkolud stał tuż za nimi. Nie mógł się podkraść tak blisko, nie zdradzając swojej obecności, a jednak to zrobił.
Z siłą stalowego dźwigu wyrżnął Harry’ego w pierś. Harry uderzył w ścianę, aż zadzwoniły mu zęby. Dobrze, że nie odgryzł sobie języka. Upadł na twarz. Próbował złapać oddech, dławiąc się kurzem i kłaczkami z dywanu,
Z wysiłkiem podniósł głowę i zobaczył, że Tiktak chwycił Connie i trzęsie nią zapamiętale w powietrzu; głowa i obcasy dziewczyny bębniły o gipsową ścianę.
Najpierw Ricky, teraz Connie.
Harry dźwignął się na kolana. Kaszlał, by pozbyć się kłaków z dywanu, które utkwiły mu w gardle. Za każdym kaszlnięciem ból przeszywał mu pierś. Zdawało mu się, że zamiast żeber ma imadło, które zgniata serce i żebra.
Tiktak wrzeszczał prosto w twarz Connie, lecz Harry nie słyszał co, bo dzwoniło mu w uszach.
Huk strzałów.