Harry wrócił do sypialni Ordegarda i czując na sobie złowrogi wzrok upiora z obrazu Goi, zaczął szukać jeszcze jednego dowodu. Krwi.
Connie trafiła Tiktaka przynajmniej trzy razy, może cztery, z bardzo bliskiej odległości. Kula zdarła mu jeden policzek, a w gardle ziała wielka dziura. Kiedy zaś włóczęga cisnął Connie przez szklane drzwi, Harry wpakował mu dwie kule w plecy.
Krew powinna się tu lać strumieniami jak piwo na studenckiej balandze. Tymczasem na ścianach i dywanie nie było ani jednej kropli.
– I co? – spytała Connie, stając w drzwiach ze szklanką wody w ręku.
Tabletki aspiryny uwięzły jej w gardle. Wzięła duży łyk, by je przełknąć. A może to nie była aspiryna, a coś innego – na przykład strach, który zazwyczaj przełykała bez trudności.
– Znalazłeś coś?
– Ani śladu krwi. Tylko to… wygląda jak ziemia do kwiatów.
Ciemna substancja rzeczywiście przypominała wilgotną ziemię. Harry roztarł ją między palcami. Miała również taki sam zapach. Czarne grudki i pył były rozsypane na dywanie i kapie łóżka.
Przygarbiony obchodził pokój, zatrzymując się przy co większych grudkach i trącając je palcem.
– Nie mamy wiele czasu – przypomniała Connie.
– Tylko mi nie mów, która godzina – uprzedził, nie podnosząc wzroku.
Powiedziała mu mimo to:
– Kilka minut po północy. Godzina duchów.
– Tyle to wiem i bez zegarka.
Wciąż szukał. W jednej kupce ziemi znalazł dżdżownicę. Była wciąż wilgotna, lśniąca, ale martwa.
Odkrył pokład zgniłej tkanki roślinnej. Wyglądała na liście fikusa, które dawały się rozdzielać niczym warstwy rozwałkowanego ciasta. Między nimi leżał jak w grobie mały czarny żuczek o zesztywniałych nóżkach i mieniących się zielenią oczach.
Harry wypatrzył obok nocnego stolika lekko zniekształcony ołowiany pocisk, jeden z tych, które Connie wpakowała w Tiktaka. Pocisk oblepiony był wilgotną ziemią. Harry podniósł go i w zamyśleniu obrócił w palcach.
Connie weszła dalej do pokoju, żeby zobaczyć znalezisko.
– Wymyśliłeś coś?
– Sam dobrze nie wiem… ale może…
– Co?
Zawahał się, przesuwając wzrokiem po ziemi na dywanie i kapie łóżka.
Próbował sobie przypomnieć ludowe podanie, pewnego rodzaju bajkę, chociaż z wyraźniejszym podtekstem religijnym niż baśnie Hansa Christiana Andersena. Żydowską legendę, o ile się nie mylił. Była w niej mowa o kabalistycznej magii.
– Gdyby zebrać całą tę ziemię i porządnie, ciasno ubić… myślisz, że starczyłoby jej na zapchanie rany, którą miał w gardle, i dziury na policzku? – spytał.
– Możliwe. – Connie zmarszczyła brwi. – No więc… co z tego wynika?
Wstał i schował nabój do kieszeni. Wiedział, że nie musi jej przypominać o zagadkowym kopcu ziemi w bawialni Ricky’ego Estefana – ani o wspaniale wyrzeźbionej ręce i rękawie płaszcza.
– Na razie nie jestem pewny – odpowiedział. – Muszę trochę nad tym pomyśleć.
W drodze do drzwi pogasili światła. Ciemność za nimi zdawała się ożywać i wyciągać ku nim macki.
Na dworze wiała rześka bryza. Dawniej wiatr od Pacyfiku był świeży i czysty, lecz nie dzisiaj. Harry przestał wierzyć w oczyszczające właściwości sił natury. Dzisiejszej nocy chłodny powiew budził w nim inne skojarzenia: granit nagrobków, spróchniałe kości w wiecznym uścisku zimnej ziemi, lśniące pokrywy robaków, żerujących na trupach.
Był poturbowany i zmęczony; temu pewnie należało przypisać jego grobowy nastrój i złowieszcze skojarzenia. Niezależnie od przyczyn skłaniał się w tej chwili do poglądu Connie, że chaos, a nie porządek jest naturalnym stanem rzeczy, którego nie można odwrócić, lecz tylko unosić się na nim jak na rosnącej, groźnej fali.
Pośrodku trawnika między drzwiami frontowymi i podjazdem, gdzie stała zaparkowana honda, omal nie wdepnęli w kopiec świeżej ziemi. Nie.było go tu, kiedy wchodzili do środka.
Connie wyjęła ze skrytki w hondzie latarkę i oświetliła kupę ziemi, żeby mogli ją dokładnie obejrzeć. Harry najpierw obszedł dokoła ciemny pagórek, przyglądając mu się uważnie, ale nie dostrzegł żadnej ręki ani innych ludzkich kształtów. Tym razem rozpad był całkowity.
Kiedy rozgrzebał ziemię, odkrył warstwy gnijących liści, podobnie jak w sypialni Ordegarda. Trawa, kamienie, nieżywe robaki. Namiękłe od wilgoci kawałki pleśniejącego pudełka po cygarach. Kawałki korzeni i gałązek. Cienkie kości papużki, z wapiennym pasemkiem jednego złożonego skrzydła. Sam nie wiedział, co się spodziewał znaleźć. Może serce wyrzeźbione z błota równie precyzyjnie jak ręka, którą widzieli w bawialni Ricky’ego, wciąż pulsujące obcym, złowrogim życiem?
Wsiedli do wozu. Harry zapalił silnik i włączył ogrzewanie. Czuł dojmujący chłód.
Czekając, aż zrobi mu się cieplej, i patrząc na kopiec czarnej ziemi na trawniku, opowiedział Connie o Golemie, glinianym olbrzymie z żydowskiej legendy. Słuchała w milczeniu. Wobec tej zupełnie fantastycznej wersji wydarzeń okazała mniejszy sceptycyzm niż wcześniej, kiedy Harry wykładał jej swoją teorię o psychopacie obdarzonym paranormalnymi zdolnościami i demoniczną władzą nad umysłami innych ludzi.
Kiedy skończył, stwierdziła:
– Więc sądzisz, że on robi takiego golema i używa go do zabijania, a sam w tym czasie siedzi w bezpiecznym miejscu.
– Możliwe.
– Lepi go z ziemi.
– Ziemi, piasku, starego włosia czy czegokolwiek, co ma pod ręką.
– Lepi go siłą umysłu.
Harry nie odpowiedział.
– Siłą umysłu – ciągnęła – czy za pomocą czarów, jak w bajkach?
– Cholera, nie wiem.
– Nadal uważasz, że on może opanowywać umysły innych ludzi, kierować nimi jak kukłami?
– Chyba nie. Jak do tej pory nic o tym nie świadczy.
– A Ordegard?
– Nie sądzę, żeby istniał jakiś związek między Ordegardem i Tiktakiem.
– O? Przecież chciałeś jechać do kostnicy, bo myślałeś…
– Tak, ale już nie myślę. Ordegard był tylko zwykłym świrem. Kiedy go stuknąłem na strychu wczoraj po południu, na tym skończył się jego udział w całej sprawie.
– Przecież Tiktak pojawił się właśnie tutaj, w domu Ordegarda…
– Bo my tu byliśmy. Jakimś sposobem wie, gdzie nas szukać. Przyszedł tutaj za nami, a nie dlatego, że miał coś wspólnego z Jamesem Ordegardem.
Z kratek na tablicy rozdzielczej dmuchało gorące powietrze. Nie zdołało stopić lodu, którego bryłę Harry czuł w żołądku.
– Po prostu w odstępie kilku godzin nadzialiśmy się na dwóch różnych psycholi – stwierdził. – Najpierw Ordegard, potem ten gość. Zły dzień dla drużyny gospodarzy, i tyle.
– W sam raz do księgi rekordów – przytaknęła Connie – ale jeśli Tiktak nie był w Ordegardzie, jeśli nie masz u niego krechy za zabicie tego świra, to dlaczego przyczepił się akurat do ciebie? Dlaczego chce cię załatwić?
– Nie wiem.
– Zanim spalił ci mieszkanie, powiedział coś w rodzaju, że jego nie można tak po prostu zastrzelić i myśleć, że na tym koniec.
– Tak, powiedział coś takiego. – Harry próbował przypomnieć sobie resztę tego, co wyryczał mu w twarz golem-włóczęga, lecz pamięć go zawodziła. – Jak o tym teraz myślę… chyba w ogóle nie wymienił nazwiska Ordegarda. To tylko ja sam wywnioskowałem, że… Nie. Ordegard to fałszywy trop.
Bał się, że Connie zapyta, jak mają trafić na właściwy, który doprowadzi ich do celu. Musiała jednak zdawać sobie sprawę, że znalazł się w kropce, bo nie ciągnęła dalej tematu.
– Robi się tu za gorąco – zauważyła.
Zmniejszył pokrętłem temperaturę.