Wciąż czuł mróz w kościach.
W świetle padającym z tablicy rozdzielczej dostrzegł swoje ręce. Były uwalane ziemią, jak ręce człowieka żywcem pochowanego, który rozpaczliwym wysiłkiem wydostał się ze świeżo zasypanego grobu.
Wyjechał tyłem na ulicę i wolno ruszył opadającą w dół szosą między stromymi wzgórzami Laguna. Ulice w tych dzielnicach były o tej porze prawie doszczętnie wyludnione. W większości domów nie paliło się światło. Można by sądzić, że jadą przez wymarłe miasto, którego wszyscy mieszkańcy zniknęli jak załoga starego żaglowca “Mary Celeste”, że w ciemnych domach są puste łóżka, puste bawialnie z świecącymi ekranami telewizorów, ciche kuchnie z późną kolacją na stole, choć nie ma nikogo, kto mógłby ją zjeść.
Spojrzał na zegar na tablicy rozdzielczej. Osiemnaście minut po północy.
Trochę więcej niż sześć godzin do świtu.
– Jestem tak zmęczony, że plączą mi się myśli – powiedział. – A muszę, do cholery, myśleć.
– Wstąpmy na kawę i coś do jedzenia. Trzeba pokrzepić siły.
– Dobrze. Dokąd pojedziemy?
– Do “Green House”. To jedna z niewielu knajp czynnych a tej porze.
– “Green House”. W porządku, wiem, gdzie to jest.
Po długiej chwili ciszy, w czasie której zjechali z kolejnego wzgórza, Connie powiedziała:
– Wiesz, co mnie najbardziej uderzyło w domu Ordegarda?
– Co?
– To, że przypomina moje własne mieszkanie.
– Naprawdę? Niby dlaczego?
– Nie udawaj, Harry. Byłeś dziś u mnie. Sam na pewno to zauważyłeś.
Harry rzeczywiście dostrzegł pewne podobieństwo, ale nie chciał tego przyznać.
– Miał więcej mebli niż ty.
– Nie tak znowu dużo więcej. Zresztą me o to chodzi! Przede wszystkim nie było tam żadnych ładnych drobiazgów, żadnych tak zwanych przedmiotów ozdobnych, żadnych zdjęć rodzinnych. On miał na ścianie jeden obraz, i ja mam jeden.
– Ale jest między nimi olbrzymia różnica! Ty powiesiłaś sobie plakat z widokiem ziemi z lotu ptaka, jasny, optymistyczny! Patrząc na niego ma się uczucie wyzwolenia. W niczym nie przypomina upiora pożerającego ludzki zewłok.
– Nie jestem taka pewna. Obraz w sypialni Ordegarda mówi o śmierci, o ludzkim przeznaczeniu. Może mój plakat wcale nie jest optymistyczny. On w końcu też mówi o śmierci, o tym, jak się spada coraz niżej i nie można otworzyć spadochronu.
Harry oderwał spojrzenie od jezdni. Connie me patrzyła na mego. Głowę odwróciła w bok, przymknęła oczy.
– Masz tyle samo skłonności samobójczych co ja – powiedział.
– Skąd wiesz?
– Wiem.
– Akurat.
Zatrzymał się na czerwonym świetle i znów na mą spojrzał. Wciąż miała zamknięte oczy.
– Connie…
– Zawsze szukałam wolności, wyzwolenia. A co jest ostatecznym wyzwoleniem?
– No co?
– Ostatecznym wyzwoleniem jest śmierć.
– Nie odstawiaj Freuda, Gulliver. Jedno w tobie zawsze lubiłem, że nie próbujesz wszystkich poddawać psychoanalizie.
Trzeba jej przyznać, uśmiechnęła się, najwyraźniej przypomniawszy sobie, że Harry powtarza jej własne słowa. Wówczas, kiedy siedzieli w restauracji po załatwieniu Ordegarda i kiedy zastanawiał się, czy jest równie twarda, jak udaje.
Otworzyła oczy i zobaczyła światła.
– Mamy zielone. Jedź.
– Jeszcze nie.
Spojrzała na niego pytająco.
– Najpierw chcę wiedzieć – rzekł – czy tylko się ze mnie nabijasz, czy naprawdę myślisz, że możesz mieć coś wspólnego z takim świrusem jak Ordegard.
– A to moje ględzenie, że trzeba pokochać chaos, wpaść w jego rytm? Może naprawdę trzeba, jeśli chce się przeżyć w tym popieprzonym świecie. Teraz przyszło mi do głowy, że lubiłam płynąć na jego fali, bo w głębi duszy miałam nadzieję, że pewnego pięknego dnia mnie zatopi.
– Miałam?
– Teraz jakoś mi się odmieniło.
– Tiktak sprawił, że masz tego po uszy?
– Nie on. Po prostu… wcześniej, zaraz po pracy, zanim spaliło się twoje mieszkanie i zaczęła się ta zadyma, odkryłam, że mam powód, by pragnąć żyć, powód, o którym do tej pory nie miałam pojęcia.
Światło znów zmieniło się na czerwone. Przejechało ze świstem parę samochodów. Connie odprowadziła je wzrokiem.
Harry nie odzywał się w obawie, że zniechęci ją do dalszych zwierzeń. Od pół roku zachowywała nieugiętą rezerwę, wyjąwszy króciutką chwilę u niej w mieszkaniu, kiedy wyglądało na to, że zamierza wyjawić mu coś ważnego i osobistego. Potem znów zamknęła się w swojej skorupie. Był gotów przesiedzieć ostatnie sześć godzin życia tu, na tym skrzyżowaniu, byle tylko zrozumieć, co się kryje pod szorstką cyniczną powłoką.
– Miałam siostrę – powiedziała Connie. – Dowiedziałam się o tym niedawno. Nie żyje. Zmarła pięć lat temu. Ale jest jej córka. Eleanor. Ellie. Nie chcę już pływać na powierzchni chaosu, ryzykując, że pójdę pod wodę. Chcę poznać Ellie i przekonać się, czy mogę ją pokochać. Może to, co przydarzyło mi się w dzieciństwie, nie zniszczyło we mnie do końca zdolności kochania. Może umiem czuć coś poza nienawiścią. Muszę się o tym przekonać. Wprost nie mogę się tego doczekać.
Te słowa wprawiły go w przygnębienie. Jeśli dobrze zrozumiał, dotychczas obce jej były wszelkie myśli o miłości. Cóż, nic nie szkodzi. Mogła sobie w to wątpić, ale on wiedział, że jest zdolna kochać. Jeżeli znajdzie w sercu miejsce dla siostrzenicy, to czemuż by i nie dla niego?
Spojrzała mu w oczy z uśmiechem.
– Rany boskie, tylko mnie posłuchaj, bredzę zupełnie jak ci gadatliwi neurotycy, którzy wywnętrzają się w popołudniowych programach telewizyjnych.
– Wcale nie. To… to mnie naprawdę bardzo interesuje.
– Ani się obejrzysz, jak zacznę ci opowiadać, że lubię sypiać z mężczyznami, którzy ubierają się w stroje swoich matek.
– Naprawdę lubisz?
Roześmiała się.
– Kto by nie lubił.
Chciał wiedzieć, co miała na myśli, mówiąc o wydarzeniach z dzieciństwa, ale nie śmiał pytać. Lepiej poczekać, aż Connie sama się zdecyduje o tym opowiedzieć. Musiało to być coś okropnego, skoro zostawiło w niej trwałe ślady. Zresztą pozostawało jeszcze tysiąc pytań, które chciał jej zadać, i gdyby raz zaczął, rzeczywiście staliby na skrzyżowaniu aż do nadejścia świtu, Tiktaka i śmierci.
Światła znów dały im wolną drogę. Harry wjechał na skrzyżowanie i skręcił w prawo. Dwie przecznice dalej zaparkował przed “Green House”.
Kiedy wysiedli z samochodu, zauważył w ciemnym zakamarku na tyłach restauracji brudnego włóczęgę. Nie był to Tiktak, lecz znacznie mniejszy od niego, żałośnie wyglądający bezdomny łachmyta. Siedział między krzakami, pożywiał się z trzymanej na podołku torby, pił kawę z termosu i mamrotał coś gorączkowo pod nosem.
Odprowadził ich wzrokiem. Przekrwione oczy miały nieprzytomny wyraz, jaki często się spotykało u ludzi ulicy. Malował się w nich paranoiczny strach. Pewnie włóczęga był święcie przekonany, że jest dręczony przez złe istoty z kosmosu, które wysyłają mikrofale zakłócające pracę jego mózgu. Albo że czyha na niego zbrodnicza organizacja, złożona z dokładnie tysiąca trzystu osiemdziesięciu dwóch spiskowców, którzy zastrzelili Johna F. Kennedy’ego i od tamtej pory skrycie rządzą światem. Albo że chcą go zabić demoniczni Japończycy, którzy wykupią wszystko wszędzie, zrobią z białych swoich niewolników i będą podawać w barach na przystawkę surowe wnętrzności amerykańskich dzieci. Ostatnio można było odnieść wrażenie, że połowa ludzi względnie normalnych – lub takich, jacy uchodzili dzisiaj za normalnych – wierzy w jakąś absurdalną teorię spiskową. A już u zapijaczonych lub naćpanych ulicznych łazęgów takie fantazje były na porządku dziennym.