Выбрать главу

Connie zwróciła się do włóczęgi:

– Słyszysz mnie, czy bujasz gdzieś na księżycu?

Mężczyzna wbił w nią wzrok.

– Jesteśmy gliniarzami. Kapujesz? Glinami. Jeśli w czasie naszej nieobecności choćby dotkniesz tego samochodu, wylądujesz na odwyku tak szybko, że będziesz się zastanawiał, co cię walnęło po głowie. Przez trzy miesiące ani kropli alkoholu, i żadnych prochów.

Przymusowy odwyk był jedyną groźbą, jaka skutkowała wobec tych wyrzutków społeczeństwa. Osiągnęli już dno i przywykli do szturchańców i złorzeczeń. Nie mieli nic do stracenia – z wyjątkiem utrzymania się w stanie zamroczenia za pomocą najtańszego wina czy czegoś innego, na co mogli sobie pozwolić.

– Gliny? – spytał mężczyzna.

– W porządku – stwierdziła Connie. – Słyszałeś, co mówiłam. Gliny. Trzy miesiące bez ani jednej działki wydadzą ci się trzema wiekami.

W zeszłym tygodniu jakiś pijany włóczęga w Santa Äna skorzystał z ich sedana, by w ramach protestu społecznego załatwić się na przednim siedzeniu. Może zresztą wziął ich za istoty z kosmosu, dla których taki podarunek był oznaką przyjaznego powitania i zaproszeniem do intergalaktycznej współpracy. W każdym razie Connie dyszała chęcią mordu i Harry musiał puścić w ruch całe swoje zdolności dyplomatyczne, aby ją przekonać, że odwyk będzie okrutniejszą karą.

– Zamknąłeś drzwi? – spytała Harry’ego.

– Tak.

Ruszyli do wejścia “Green House”. Za ich plecami włóczęga powtórzył tonem pełnym namysłu:

– Gliny?

4

Po zjedzeniu ciastek i chrupek ziemniaczanych Bryan skorzystał ze swojej Największej Tajemnej Mocy, by stać się niewidzialnym, po czym stanął na skraju tarasu i wysikał się między prętami barierki do cichego oceanu. Zawsze rajcowało go robienie takich rzeczy w miejscach publicznych, czasami wprost na ulicy, gdzie było pełno ludzi. Wiedział, ze dzięki swej Mocy jest bezkarny. Opróżniwszy pęcherz, znów stał się widzialny i wrócił do domu.

Jedzenie rzadko wystarczało, żeby odbudować jego energię. Ostatecznie był Bogiem w akcie samostworzenia, a według Biblii pierwszy Bóg odpoczywał dnia siódmego. Przed czynieniem dalszych cudów Bryan musiał się zdrzemnąć, może nawet godzinę.

Sypialnię oświetlała tylko jedna lampka nocna. Zatrzymał się przed lakierowanymi na czarno półkami, gdzie stały słoiki z oczami różnych rozmiarów i kolorów. Chłonął ich nie mrugające, wieczne spojrzenia. Ich admirację.

Rozwiązał pasek i strząsnął szlafrok na podłogę.

Oczy go uwielbiały. Uwielbiały. Czuł ich uwielbienie i przyjmował je łaskawie.

Otworzył jeden ze słoików. Te oczy należały do kobiety wykluczonej przez niego ze stada, ponieważ należała do tych, którzy mogli zniknąć bez zbytniego zamieszania. Kiedyś miały piękny błękitny kolor. Teraz były wyblakłe i przesłonięte mleczną mgiełką.

Zanurzył palce w ostro pachnącym płynie, wyjął jedno oko i trzymał je w lewej dłoni. Przypominało w dotyku dojrzały daktyl – wilgotne, miękkie, lecz jędrne.

Położył sobie oko na piersiach i rozwartą dłonią przesuwał lekko od sutki do sutki, w przód i w tył, nie przyciskając zbyt mocno, by go nie uszkodzić. Pragnął, żeby zmarła kobieta widziała nowego Boga w całej krasie, każdą płaszczyznę ciała, każde wgłębienie i por skóry. Czuł chłodny dotyk małej kulki na gorącym ciele i widział wilgotne smużki, jakie zostawiała na skórze. Zadrżał z rozkoszy. Opuścił śliską gałkę na brzuch, opisywał nią kółka, potrzymał ją przez chwilę w zagłębieniu pępka.

Wyjął ze słoika drugie błękitne oko. Przytrzymał je przy skórze prawą dłonią i pozwolił, by oboje oczu badało jego ciało: pierś, boki i uda, brzuch i z powrotem pierś, szyję z obu stron, twarz, łagodnie turlając wilgotne, sprężyste kulki na policzkach, w koło, w koło, w koło. Jakież to wspaniałe być obiektem adoracji. I jak cudownym darem dla zmarłej kobiety były tak intymne chwile z Bogiem, który ją osądził i skazał.

Kręte ścieżki formaliny znaczyły drogę każdego oka po jego ciele. Gdy płyn wyparował, można by pomyśleć, że plątanina chłodnych śladów na skórze była ażurowym wzorem łez, wylanych przez martwą kobietę, łez radości, wywołanych tym wzniosłym sakramentem.

Pozostałe oczy na półkach, obserwujące go ze swoich zawartych w szklanych ściankach płynnych wszechświatów, zdawały się zazdrościć błękitnym oczom, które dostąpiły łaski komunii.

Bryan żałował, że nie może przyprowadzić tutaj matki i pokazać jej tych wszystkich oczu, które go podziwiały i wielbiły, czciły i nie znajdowały w nim nic, co skłaniałoby je do odwrócenia wzroku.

Ale rzecz jasna ona ich nie zobaczy, nie może zobaczyć. Krnąbrna, zgrzybiała czarownica uparcie się go bała. Czuła do niego najwyższą odrazę’ chociaż nawet dla niej powinno być oczywiste, że przeistaczał się w istotę obdarzoną Nadzmysłowymi Duchowymi Mocami, miecz boskiej kary, zbawcę nękanego plagą ludzkości świata.

Włożył parę błękitnych oczu do słoika i zakręcił pokrywkę.

Zaspokoił jeden rodzaj głodu ciastkami i chrupkami, drugi zaś demonstrując swoją chwałę przed kongregacją w słoikach i chłonąc ich zbożny szacunek. Teraz należało przespać się chwileczkę, by odzyskać siły. Miał zobowiązania, a zbliżał się świt.

Ułożywszy się na skłębionym posłaniu, sięgnął do wyłącznika lampki nocnej, ale postanowił zostawić światło. Niech widzi go bezcielesna kongregacja wiernych. Miła mu była myśl, że będzie podziwiany i wielbiony nawet we śnie.

Bryan Drackman zamknął oczy, ziewnął i jak zawsze natychmiast zasnął. Śnił… wielkie miasta rozpadały się w gruzy, płonęły domy, padały pomniki. Masowa mogiła pod zwałami pokruszonego betonu i wygiętych stalowych prętów sięgała aż po horyzont. Żerujące na tym pobojowisku stada sępów były tak liczne, że gdy poderwały się do lotu, zasłoniły czarnymi skrzydłami niebo.

5

Pies biegnie kłusem, przechodzi w trucht. W miarę zbliżania się do czegoś, co zabija, zwalnia coraz bardziej i wreszcie zaczyna skradać się ostrożnie od jednej plamy cienia do drugiej. Zapach jest mocny, silny, wstrętny. Nie brudny, jak zapach śmierdzącego człowieka. Na swój sposób gorszy. Ciekawy.

Dobry pies. Nie boi się. Nie boi. Ma ostre zęby. Jest silny i szybki. Ma we krwi tropienie i pościg. Jest odważny, sprytny i nie ucieka przed niczym. Urodził się, aby gonić, nie uciekać, i nieustraszenie ściga wszystko, nawet koty. Chociaż go nieraz podrapały, zraniły i upokorzyły, ściga je nadal bez lęku, bo jest psem, może nie tak cwanym jak one, ale p s e m.

Posuwa się wzdłuż rzędu gęstych oleandrów. Ładne kwiaty. Jagody. Nie należy ich jeść. Po nich się choruje. Można poznać po zapachu. Liści też nie wolno zjadać. Ani kwiatów.

Nigdy nie należy jeść żadnych kwiatów. Raz spróbował. W kwiecie była pszczoła. Brzęczała w jego pysku, brzęczała, aż użądliła go w język. Fatalny dzień. To było gorsze niż przygody z kotami.

Skrada się dalej. Nie boi się. Nie. Nie. Jest psem.

Domostwo ludzkie. Wysokie białe ściany. Ciemne okna. Wysoko w górze jeden prostokąt słabego światła.

Pies przemyka się pod boczną ścianą.

Zapach złej istoty jest coraz silniejszy. Prawie pali nozdrza. Jak amoniak, ale niezupełnie. Zapach zimny i mroczny, zimniejszy od lodu i mroczniejszy niż noc.

W połowie długości wysokiej białej ściany pies przystaje. Nasłuchuje. Węszy.

Nie boi się. Nie boi.

Nad jego głową coś krzyczy: Hu-huuu!

Teraz się boi. Błyskawicznie zawraca i biegnie z powrotem.

Hu-huuu!

Chwileczkę. Zna ten dźwięk. To sowa wysoko w górze, ścigająca własny łup.