Выбрать главу

Harry przestał jeść. W głowie wrzało mu od myśli.

Connie wciąż mówiła, lecz słyszał jej głos jakby z daleka:

– …schyłek życia Elvisa pokazuje, ile czyha na nas pułapek…

Okrutne dziecko. Zafascynowane potworami. Obdarzone czarodziejską mocą. Opóźnione w rozwoju. Wygląda jak dorosły, lecz to tylko przebranie.

– …jak łatwo utracić wolność i nigdy już jej nie odzyskać…

Harry odłożył hamburgera.

– Mój Boże, chyba już wiem, kim jest Tiktak!

– Kim?

– Czekaj. Daj mi pomyśleć.

Od hałaśliwego stolika nie opodal podium dla orkiestry buchnął głośny śmiech. Siedzieli tam dwaj faceci po pięćdziesiątce, widać, że zamożni, i dwie młode blondynki. Podstarzali podrywacze, którym zależało na zazdrosnych spojrzeniach mężczyzn od innych stolików i na bombowym seksie, i dziewczyny spragnione luksusowego życia. Wszyscy czworo próbowali przeżyć własną bajkę, błogo nieświadomi, że pewnego dnia własne marzenia wydadzą się im samym nędzne i małostkowe.

Harry potarł pięściami oczy, mozolnie porządkując myśli.

– Nie zauważyłaś, że on ma w sobie coś z dziecka?

– Tiktak? Ten kolos?

– To jego golem. Mówię o prawdziwym Tiktaku, który robi golemy. Dla niego to zabawa. Bawi się mną jak okrutny mały chłopiec, który szturcha żuka zapałką albo obrywa musze skrzydła i patrzy, jak ta daremnie próbuje odlecieć. Wyznaczanie czasu do świtu, przezwiska, to wszystko są dziecinne zagrania, jakby był szkolnym tyranem, któremu sprawia przyjemność dręczenie kolegów.

Przypomniał sobie, co powiedział Tiktak, zanim wzniecił pożar w jego mieszkaniu: “…z wami, ludźmi, jest tyle zabawy… wielki chojrak… myślisz, że możesz strzelać, do kogo ci się podoba, szturchać, kogo ci przyjdzie ochota…”

Szturchać, kogo ci przyjdzie ochota…?

– Harry?

Otrząsnął się z zamyślenia.

– Niektórzy ludzie stają się psychopatami z powodu przeżyć w dzieciństwie. Inni są po prostu nienormalni od urodzenia.

– Mają coś pochrzanione w genach – zgodziła się Connie.

– Może Tiktak jest tym złym od urodzenia.

– Nigdy nie był aniołkiem.

– Może jego moc nie pochodzi z jakiegoś dziwacznego eksperymentu, a właśnie ze zwyrodniałych genów. Jeśli urodził się już z tą mocą, odseparowała go ona od ludzi w taki sam sposób, jak sława odseparowała Presleya, i nigdy nie musiał ani nie chciał dorosnąć. W głębi duszy jest wciąż dzieckiem. Bawi się jak dziecko. I jest bezlitosny jak dziecko.

Harry przypomniał sobie włóczęgę, olbrzyma stojącego w jego sypialni, jak czerwony z gniewu wykrzykiwał w kółko: “Słyszałeś, co powiedziałem, ty chojraku, SŁYSZAŁEŚ, TY ZASRANY BOHATERZE, SŁYSZAŁEŚ, TY GNOJKU?!!” Jego postura i nieludzka siła budziły lęk, lecz zachowanie przypominało do złudzenia napad złości małego chłopca.

Connie pochyliła się nad stołem i zamachała Harry’emu ręką przed nosem.

– Nie popadaj w katatonię. Ciągle czekam na finał. Kim jest Tiktak? Myślisz, że to naprawdę dziecko? Na litość boską, czy szukamy jakiegoś szczeniaka z podstawówki? Albo szczeniary?

– Nie. Jest starszy. Młody, ale starszy.

– Skąd wiesz?

– Bo go spotkałem.

“Szturchać, kogo ci się podoba…”

Opowiedział Connie o spotkanym wczoraj chłopaku, który prześliznął się pod żółtą taśmą i podszedł do wybitego okna restauracji. Dżinsy, adidasy, koszulka z reklamą piwa.

– Gapił się do środka, zafascynowany widokiem krwi i martwych ciał. Było w nim coś niesamowitego… oczy miał jakieś szkliste… i oblizywał wargi, jakby… nie wiem, jakby w tej krwi i zwłokach było coś podniecającego, erotycznego. Nie posłuchał mnie, kiedy kazałem mu wrócić za barierę, pewnie nawet mnie nie słyszał… był jak w transie… oblizywał wargi.

Harry wziął kieliszek i jednym haustem połknął resztę koniaku.

– Spytałeś go o nazwisko?

– Nie. Spieprzyłem sprawę. Źle to rozegrałem.

Widział w pamięci, jak chwyta chłopaka i pcha przez chodnik, może go nawet uderzył, kto wie – czy przypadkiem nie walnął go kolanem w krocze? – wykręcając mu rękę, prowadzi do taśmy, zgina wpół i przepycha na drugą stronę.

– Potem czułem się głupio – powiedział. – Nie mogłem uwierzyć, że go tak szorstko potraktowałem. Chyba jeszcze nie doszedłem do siebie po tej zabawie w chowanego na strychu, gdzie Ordegard o mało mnie nie załatwił, i gdy zobaczyłem tego smarkacza delektującego się masakrą, postąpiłem jak… jak…

– Jak ja – dokończyła Connie, zabierając się znów do hamburgera.

– Masz rację. Jak ty.

Mimo nagłego braku apetytu on też jadł dalej. Trzeba się posilić przed niewiadomym.

– Wciąż nie rozumiem, jak możesz być tak cholernie pewny, że ten smarkacz to Tiktak – stwierdziła Connie.

– W i e m, że to on.

– Tylko dlatego, że dziwnie się zachowywał?

– Nie tylko.

– Przeczucie?

– Coś więcej. Nazwij to instynktem gliny.

Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, potem skinęła głową.

– Dobra. Pamiętasz, jak wyglądał?

– Dosyć dokładnie. Mógł mieć od dziewiętnastu do dwudziestu jeden lat.

– Wzrost?

– Parę centymetrów niższy ode mnie.

– Waga?

– Jakieś siedemdziesiąt kilo. Chudy. Nie, nieprawda. Nie był chudy. Szczupły, ale muskularny.

– Cera?

– Jasna. Mało przebywa na powietrzu. Gęste czarne włosy. Ładny chłopak, trochę podobny do Toma Cruise’a, ale o bardziej drapieżnej urodzie. Miał niezwykłe oczy, szare jak lekko poczerniałe srebro.

– Myślę, że zrobimy tak – zaczęła Connie. – Pojedziemy do Nancy. Mieszka tu niedaleko w Laguna Beach…

Nancy była rysowniczką, która pracowała w Centrum Zadań Specjalnych. Umiała bardzo trafnie interpretować i przenosić na papier rysopisy podejrzanych. W wielu wypadkach, gdy przestępców wreszcie schwytano i odstawiono do aresztu, okazywało się, że ołówkowe szkice Nancy stanowią ich wierne portrety.

– …opiszesz jej tego smarkacza, ona go narysuje i zawieziemy szkic na posterunek w Laguna, sprawdzić, czy znają gnoja.

– A jak nie znają?

– Wtedy zaczniemy chodzić od drzwi do drzwi i pokazywać ludziom rysunek.

– Chodzić? Gdzie?

– W domach i blokach w rym kwartale ulic, gdzie się na niego natknąłeś. Możliwe, że mieszka w pobliżu. A jeśli nawet nie mieszka, to może często tam bywa, ma przyjaciół w sąsiedztwie…

– Ten smarkacz nie ma żadnych przyjaciół.

– …albo jakichś krewnych. Ktoś może go rozpoznać.

– Ludzie nie będą specjalnie uradowani, jak zaczniemy dobijać się w środku nocy.

– Wolisz czekać do świtu? – Connie skrzywiła się wymownie.

– Chyba nie.

Orkiestra wracała zagrać ostatnią składankę.

Connie przełknęła resztę kawy, wstała, wyjęła z kieszeni kurtki zwitek banknotów i rzuciła parę na stół.

– Płacę połowę – zaprotestował Harry.

– Ja stawiam.

– Nie, naprawdę, powinienem zapłacić za siebie.

Rzuciła mu spojrzenie, oznaczające “Świra masz, czy co?”

– Lubię mieć z każdym czyste rachunki. Wiesz o tym – tłumaczył.

– Rzuć wyzwanie przygodzie, Harry. Rachunki mogą się ten jeden raz nie zgadzać. Powiem ci coś – gdy nadejdzie świt, a my ciągle będziemy żyli, postawisz mi śniadanie.

Ruszyła do drzwi.

Kierownik w garniturze od Armaniego i ręcznie malowanym jedwabnym krawacie czmychnął na jej widok w bezpieczne rejony kuchni.

Harry ruszył za Connie, spoglądając na zegarek. Była pierwsza dwadzieścia dwie.

Do świtu zostało jakieś pięć godzin.

8