Nie, raczej Sammy’ego należało się obawiać. Był wychudzony z głodu i pewnie z pijaństwa, istny szkielet – łachy z Armii Zbawienia wisiały na nim tak luźno, że przy każdym ruchu oczekiwało się grzechotu kości – to jednak nie znaczyło, że był słaby. Aż podrygiwał od nadmiaru energii. Miał ściągnięte rysy, a oczy tak wytrzeszczone, że wyglądały na pozbawione powiek. Co chwila odsłaniał zepsute zęby w grymasie, który według niego był zapewne ujmującym uśmiechem, lecz sprawiał wrażenie szczerzenia kłów przez dziką bestię.
– Rozumiecie, człekoszczur to imię, jakie mu dałem. Nigdy nie powiedział, jak się naprawdę nazywa. Nie wiem, skąd się wziął ani gdzie trzyma statek, którym przyleciał. Po prostu nagle pstryk! i pojawia się tuż przede mną, parszywy sadysta, skurwysyn…
Mimo swej wątłości Sammy przypominał robota z przeciążonymi obwodami, dygoczącego na krawędzi eksplozji, który lada chwila rozpryśnie się, raniąc wszystkich wokół. Może miał nóż, nawet broń. Harry widział już takich roztrzęsionych cherlaków. Wyglądali, jakby mógł ich przewrócić silniejszy podmuch wiatru, po czym okazywało się, że są po uszy naćpani anielskim pyłem, który najłagodniejszego baranka zmienia w tygrysa, i trzeba było trzech silnych mężczyzn, żeby ich poskromić.
– …nie zależy mi na życiu, może to nawet byłaby łaska losu kompletnie się uchlać i dać się zabić w pijanym widzie! – bełkotał Sammy. Zastępował im drogę, oni na prawo, on na prawo, oni na lewo, on na lewo. – Ale dziś w nocy, jak już byłem nieźle zalany i osuszałem drugi baniaczek, przyszło mi do głowy, że on musi być istotą z kosmosu!
– Kosmici, w kółko kosmici – powiedziała z niesmakiem Connie. – Takie półgłówki jak ty nic innego nie mają w głowie. Pryskaj stąd, ty parszywy szmaciarzu, bo słowo daję, jak cię…
– Nie, nie, posłuchajcie! Zawsze wiedzieliśmy, że kiedyś się zjawią! Zawsze było wiadomo, i przybyli, i najpierw trafili na mnie! Jeśli nie ostrzegę reszty świata, cała ludzkość zginie!
Harry chwycił Sammy’ego za ramię i próbował odepchnąć go z drogi, mając jednocześnie na oku i Connie, i łachmytę. Jeśli Sammy przypominał nakręcony zbyt mocno mechanizm, to Connie była reaktorem jądrowym tuż przed wybuchem. Wściekało ją, że tkwią tu przez jakiegoś obdartusa, zamiast jechać czym prędzej do Nancy. Świt nadciągał z każdą minutą. Harry też był zirytowany, ale on by nie kopnął Sammy’ego w krocze i nie wrzuciłby go przez najbliższe okno do wnętrza restauracji, co mogła zrobić Connie.
– …nie chcę ponosić winy za to, że kosmici wszystkich zabiją. Nie zniosę myśli, że temu nie zapobiegłem. Już i tak mam dużo na sumieniu, za dużo. Tylu ludzi zawiodłem…
Jeżeli Connie spuści facetowi lanie, nigdy nie dotrą do Nancy ani nie będą mieli szansy zlokalizować Tiktaka. Utkną tu na godzinę albo i dłużej, wzywając radiowóz po Sammy’ego, próbując nie zadławić się na śmierć jego smrodem i usiłując odeprzeć zarzuty na temat brutalnych metod policji (kilku bywalców baru gapiło się na nich z twarzami przyciśniętymi do szyb). W ten sposób stracą zbyt wiele cennych minut.
Sammy złapał Connie za rękaw.
– Posłuchaj mnie, kobieto, słuchaj, co mówię!
Connie wyrwała mu się i zacisnęła pięść.
– Nie! – powiedział Harry.
Connie w ostatniej chwili się opanowała.
Sammy, pryskając śliną, ciągnął gorączkowo:
– …dał mi trzydzieści sześć godzin życia, ten człekoszczur, teraz zostały już chyba tylko dwadzieścia cztery, nie jestem pewny…
Harry jedną ręką usiłował odsunąć Connie, która znów zamierzyła się na Sammy’ego, a drugą odpychał oberwańca. Wtedy pies skoczył na niego przednimi łapami. Pysk rozciągnął w uśmiechu, dyszał, merdał ogonem. Harry odskoczył i pies wylądował na wszystkich czterech łapach na chodniku.
Sammy bełkotał zapamiętale, wczepiony teraz obiema rękami w rękaw Harry’ego, szarpiąc, żeby zwrócić na siebie uwagę, jakby już tego nie dokonał:
– …ma oczy jak wąż, zielone i okropne, okropne, i powiedział, że zostało mi trzydzieści sześć godzin życia, tik-tak, tik-tak…
Harry’ego przeszył dreszcz strachu i zdumienia, bryza znad oceanu wydała mu się nagle chłodniejsza.
Connie, zaskoczona, poniechała prób dobrania się Sammy’emu do skóry.
– Chwileczkę, coś ty powiedział?
– Kosmici! Obcy z kosmosu! – krzyknął gniewnie Sammy. – Do jasnej cholery, wcale mnie nie słuchacie!
– Nie tego bajdurzenia o kosmitach – odparła Connie. Pies skoczył na nią. Poklepała go machinalnie po głowie i odepchnęła. – Harry, czy dobrze słyszałam, czy on to powiedział?
– Ja też jestem obywatelem tego kraju! – wrzasnął Sammy z rozpaczliwą determinacją. – Mam prawo być wysłuchany od czasu do czasu!
– Tik-tak – powtórzył Harry.
– Właśnie – potwierdził Sammy. Tarmosił rękaw Harry’ego tak mocno, że mało go nie urwał. – “Tik-tak, tik-tak, zegar tyka, czas umyka, umrzesz jutro o świcie, Sammy”. I zmienia się na moich oczach w stado szczurów.
Albo w słup ognia – pomyślał Harry. Albo w wir kurzu.
– Wysłuchamy cię, dobra – wtrąciła Connie. – Spokojnie, Sammy, pogadamy. Przepraszam za to, co mówiłam. Tylko się uspokój.
Sammy wyraźnie sądził, że chcą go omamić pozorną uległością, bo nie zwrócił uwagi na tę gałązkę oliwną. Tupał nogami. W swoich łachach powiewających wokół kościstego ciała wyglądał jak strach na wróble, targany wiatrem.
– Kosmici, ty głupia babo, kosmici, kosmici, kosmici!
Harry znów zerknął na zaciekawione twarze w oknach baru. Uświadomił sobie, jak niezwykły stanowią widok – trójka oberwańców, którzy szarpią się nawzajem za ubranie, wykrzykując do tego coś o kosmitach. Przeżywał najprawdopodobniej swe ostatnie godziny, miał do czynienia ze śmiertelnie groźnym przeciwnikiem o nadprzyrodzonej mocy, a teraz raptem jego desperacka walka o życie zmieniła się, przynajmniej na chwilę, w scenę z ulicznego teatru łachmaniarzy.
Witajcie w latach dziewięćdziesiątych. Oto Ameryka u progu nowego tysiąclecia. Jezu Chryste!
Z baru dobiegły stłumione dźwięki muzyki; czteroosobowy jazz-band grał w dziwacznym rytmie Kansas City.
Jednym z gapiów w oknach był fircykowaty kierownik sali. Wymyślał sobie pewnie w duchu za to, że dał się wystrychnąć na dudka na widok fałszywych, o czym teraz musiał być święcie przekonany, odznak policyjnych, i lada chwila pójdzie zadzwonić po mundurowy patrol.
Przejeżdżający samochód zwolnił, kierowca i pasażer wybałuszali na nich oczy.
– Nic nie rozumiesz, ty durna babo! – wrzeszczał Sammy.
Pies złapał Harry’ego za prawą nogawkę i o mało go nie przewrócił. Harry zachwiał się, utrzymał jakoś równowagę i zdołał uwolnić się od Sammy’ego. Lecz nie od kundla. Zwierzę nie dawało za wygraną i z psią nieustępliwością cofało się, ciągnąc Harry’ego za nogę. Harry stawił opór i znów omal nie wylądował na ziemi, gdy kundel gwałtownie go puścił.
Connie wciąż próbowała ugłaskać obdartusa, a on wrzeszczał, że jest głupia, ale przynajmniej nie rzucali się na siebie z pięściami.
Pies odbiegł kilka kroków, zatrzymał się z poślizgiem w strudze światła pod latarnią, obejrzał się i szczeknął na nich. Pomknął trochę dalej, zatrzymał się, tym razem w cieniu, i znów szczeknął. Wiatr zmierzwił mu futro, rozwiał ogon.
Widząc, że Harry patrzy w tamtą stronę, Sammy jeszcze bardziej się rozzłościł. Jego głos stał się drwiący, sarkastyczny:
– No jasne, byle kundel jest ważniejszy ode mnie! Czym ja w końcu jestem, jakimś ulicznym śmieciem, takiego śmiecia nie warto słuchać! No leć, Timmy, dalej, zobacz, czego chce Lassie, może papcia, kurwa mać, przywalił traktor na samym środku pola kukurydzy!