Harry nie mógł powstrzymać śmiechu. Nigdy by się nie spodziewał po kimś o takim wyglądzie podobnej uwagi. Zastanowił się, kim był Sammy, zanim stał się ulicznym włóczęgą.
Nagle śmiech Harry’ego urwał się jak nożem uciął. Kundel pisnął żałośnie, podkulił ogon, nastawił uszy, uniósł czujnie głowę i obracał się w kółko, węsząc w powietrzu.
– Coś jest nie tak. – Connie z niepokojem rozglądała się po ulicy.
Harry wyczuł to samo. Jakby drobną zmianę ciśnienia. Coś było nie w porządku. Tak mówił instynkt gliny. Instynkt gliny i p s a.
Kundel coś zwęszył, zaskowyczał, obrócił się błyskawicznie w tył, kłapiąc zębami, a potem ruszył pędem w stronę Harry’ego. Przez moment Harry myślał, że zwierzę wyrżnie w niego całym impetem i przewróci, ale pies skręcił pod ścianę “Green House”, wskoczył w rabatę i przywarował tam na brzuchu, ukryty między azaliami. Widać mu było tylko ślepia i pysk.
Idąc za jego przykładem, Sammy odwrócił się na pięcie i pognał w głąb pobliskiej uliczki.
– Hej, poczekaj! – krzyknęła Connie i ruszyła za nim.
– Stój, Connie! – zawołał ostrzegawczo Harry, sam nie wiedząc dlaczego ją zatrzymuje. Zdawało mu się, że w tej chwili nie powinni się rozdzielać.
Odwróciła się ku niemu.
Za jej plecami widać było, jak Sammy znika za rogiem.
Wtedy wszystko się zatrzymało.
Ciężarówka holownicza, jadąca mozolnie pod górę po nadbrzeżnej autostradzie, stanęła dosłownie jak wryta, lecz bez pisku hamulców. Pracujący ciężko silnik z sekundy na sekundę zamilkł, bez najmniejszego krztuszenia się czy prychania, chociaż reflektory wciąż się paliły.
Jadące jakieś trzydzieści metrów za ciężarówką volvo też się zatrzymało i umilkło.
Wiatr przestał wiać. Nie cichł stopniowo, w ostatnich kapryśnych porywach, lecz zamarł w jednej chwili, jakby ktoś wyłączył wielki wentylator. Ucichł szmer liści.
Muzyka z baru, jakby zsynchronizowana z ruchem drogowym i liśćmi, urwała się w pół nuty.
Harry odnosił wrażenie, że nagle ogłuchł. Nigdy nie był świadkiem tak głębokiej ciszy, nawet w zamkniętym pomieszczeniu, nie mówiąc już o otwartej przestrzeni, gdzie odgłosy miasta i tysiące zawsze obecnych w tle dźwięków tworzyły nieustanną atonalną symfonię, słyszalną nawet w najcichszej porze między północą i świtem. Nie słyszał własnego oddechu. Dopiero po chwili złapał się na tym, że nieświadomie go wstrzymał, zdumiony zmianą w otaczającym świecie.
Noc ograbiono z dźwięków i z ruchu. Nie tylko ciężarówka holownicza i volvo, również rosnące wzdłuż ulicy drzewa i krzaki azalii przed frontem “Green House” zastygły nieruchomo. Każdy listek był jak wyrzeźbiony z kamienia. Wycinane w półkola i obszyte frędzlami brzegi płóciennych markiz nad oknami, trzepoczące dotychczas na wietrze, zesztywniały jak wycięte z arkusza blachy. Mrugająca strzałka na neonie po drugiej stronie ulicy świeciła ciągłym światłem.
– Harry? – odezwała się Connie.
Aż podskoczył. Tak by teraz zareagował na każdy dźwięk poza stłumionymi uderzeniami swego bijącego w szalonym tempie serca.
Zobaczył na jej twarzy odbicie własnego oszołomienia i niepokoju.
– Co się dzieje? – spytała.
Głos Connie, oprócz niezwykłego drżenia, różnił się nieznacznie od normalnego, był nieco bezdźwięczny i mniej modulowany.
– Niech mnie diabli, jeśli wiem – odpowiedział.
Jego głos uległ podobnej zmianie, jakby wydobywał się z mechanicznego urządzenia, znakomicie imitującego mowę ludzką.
– To musi być jego sprawka – orzekła.
– Kolejna sztuczka – przytaknął Harry.
– Cholera, to zupełny obłęd.
– Nie będę się kłócił.
Sięgnęła po rewolwer, lecz po namyśle wsunęła go z powrotem do kabury pod pachą. Zapanował złowrogi nastrój oczekiwania na coś strasznego. Na razie jednak nie pokazało się nic, do czego można by strzelać.
– Gdzie jest ten gnojek? – zastanawiała się Connie.
– Mam przeczucie, że się niedługo pojawi.
– Za bardzo się nie wysiliłeś. – I wskazując na ciężarówkę do holowania dodała: – Rany boskie… spójrz na to.
Z początku myślał, że Connie ma na myśli tajemnicze zatrzymanie się pojazdu, lecz po chwili pojął, o co jej chodziło. Białe obłoczki spalin wisiały za ciężarówką, nie rozpraszając się ani nie wznosząc, jak powinny. Dalej dojrzał drugą ledwie widoczną szarobiałą chmurkę u końca rury wydechowej volvo.
Wystarczyło się uważnie rozejrzeć, żeby wszędzie dostrzec podobne dziwy. Pokazał Connie śmieci, które porwał wiatr: papierki po cukierkach i gumie do żucia, złamany patyk od lizaka, zeschłe brązowe liście, splątaną czerwoną nitkę. Mimo że wiatr ustał, wisiały wciąż nad chodnikiem, jakby powietrze zmieniło się w przezroczysty kryształ i uwięziło je na zawsze. Na wyciągnięcie ramienia przed Harrym, jakieś trzydzieści centymetrów nad jego głową, trwały nieruchomo dwie zapóźnione zimowe ćmy, białe jak płatki śniegu. Ich delikatne skrzydełka lśniły w blasku ulicznej latarni.
Connie postukała w swój zegarek, a potem pokazała go Harry’emu. Był to staroświecki timex z okrągłym cyferblatem i czerwonym sekundnikiem. Wskazówki stanęły na godzinie pierwszej, dwadzieścia dziewięć minut, szesnaście sekund.
Harry sprawdził własny elektroniczny zegarek z odczytem cyfrowym. Pokazywał dokładnie tę samą godzinę, a maleńki mrugający punkcik, który odmierzał sekundy, palił się nieprzerwanie, nie odliczając już po jednej sześćdziesiątej każdej minuty.
– Czas… – Connie nie mogła skończyć zdania. Zdumiona objęła wzrokiem cichą ulicę, z trudem przełknęła ślinę i wreszcie odzyskała głos. – Czas stanął w miejscu… po prostu stanął w miejscu. Zatrzymał się dla całego świata z wyjątkiem nas dwojga.
– Czas nie… czas nie może… po prostu się zatrzymać.
– No to co się stało?
Harry w szkole nie lubił fizyki, chociaż miał szacunek dla nauk ścisłych z powodu ich niestrudzonego poszukiwania ładu we wszechświecie. Zapamiętał jednak dużo szkolnych wiadomości, poza tym widział dosyć programów edukacyjnych i przeczytał dosyć popularnonaukowych bestsellerów, by wiedzieć, że hipoteza Connie nie pasuje do wszystkich faktów.
Przede wszystkim, jeśli czas naprawdę stanął w miejscu, to dlaczego oni dwoje byli wciąż przytomni i świadomi tego, co się dzieje? Dlaczego nie zastygli w bezruchu tak jak papierki i ćmy? Harry mimo lęku starał się myśleć logicznie.
– Nie – powiedział – to nie takie proste. Gdyby czas naprawdę się zatrzymał, nie ruszałoby się absolutnie nic, nawet cząstki elementarne. A bez ruchu cząstek elementarnych molekuły powietrza byłyby równie stałe jak cząsteczki żelaza. Nie moglibyśmy oddychać.
Jakby w odpowiedzi na tę myśl oboje głęboko odetchnęli. Powietrze miało słaby chemiczny zapach, równie nieznaczny jak różnica w tonie ich głosów, lecz najwyraźniej zawierało tlen.
– I światło – ciągnął Harry. – Fale świetlne przestałyby się rozchodzić. Nic byśmy nie widzieli. Wokół panowałyby kompletne ciemności. Więc jak moglibyśmy coś widzieć?
Zatrzymanie czasu jego zdaniem przyniosłoby dużo bardziej katastrofalne skutki niż bezruch i cisza, które spadły na świat w tę marcową noc. Harry miał wrażenie, że ponieważ czas i materia są ze sobą nierozłącznie związane, gdyby czas stanął, nastąpiłby natychmiastowy rozpad materii. Na skutek implozji – tak się to chyba nazywało? – cały wszechświat skurczyłby się w niewielką kulę niezwykle gęstego… no… tego czegoś, u licha, cokolwiek to było, zanim eksplodowało i powstał wszechświat.