Выбрать главу

Connie wspięła się na palce, wyciągnęła rękę i delikatnie złapała w dwa palce ćmę. Przysunęła ją do oczu, żeby obejrzeć z bliska.

Harry obserwował zaciekawiony, czy uda jej się poruszyć motyla. Nie zdziwiłby się, gdyby ćma była równie mocno przytwierdzona do swego miejsca, jak metalowy owad przyspawany do stalowej ściany.

– Nie jest taka miękka jak zwyczajna ćma – oznajmiła Connie. – Bardziej sztywna w dotyku, jakby zrobiona z tafty… albo innego nakrochmalonego materiału.

Gdy rozwarła palce, motyl nie upadł ani nie odfrunął, tylko zawisł w powietrzu.

Harry lekko trzepnął go grzbietem dłoni i patrzył z fascynacją, jak owad oddala się o jakieś dziesięć centymetrów i znów zastyga, tylko w innym położeniu.

Zdawało się, że ich własny wpływ na otoczenie jest taki jak zwykle. Za każdym gestem ich cienie się poruszały, chociaż wszystkie pozostałe cienie były równie nieruchome jak przedmioty, które je rzucały. Mogli funkcjonować w tym środowisku i normalnie się w nim poruszać, ale nie mogli wejść z nim w żadną interakcję. Connie mogła ruszyć motyla z miejsca, ale jej dotyk nie sprowadził ćmy z powrotem do rzeczywistości, nie przywrócił owadowi życia.

– Może czas wcale się nie zatrzymał – powiedziała Connie – tylko zwolnił bieg i płynie niesamowicie wolno dla wszystkich i wszystkiego oprócz nas.

– Nie.

– Skąd możesz wiedzieć?

– Pewności nie mam, ale gdyby czas płynął dla nas w straszliwie szybkim tempie, tak szybkim, że reszta świata jakby stała w miejscu, wtedy każdy nasz ruch miałby olbrzymią prędkość względną, dużo większą niż pocisk wystrzelony z broni. Działalibyśmy na otoczenie jak ten pocisk. Gdybym w normalnych okolicznościach rzucił w ciebie kulą karabinową, nie wyrządziłbym ci żadnej szkody, ale taka kula przy prędkości przeszło tysiąca metrów na sekundę wyrwałaby w tobie dziurę.

Connie skinęła głową, patrząc z namysłem na zawieszoną ćmę.

– Więc gdyby naprawdę czas biegł dla nas dużo szybciej, ta ćma rozleciałaby się po twoim uderzeniu?

– Tak, tak myślę. Uszkodziłbym też sobie pewnie rękę. – Spojrzał na swoją dłoń. Nie było na niej śladu obrażeń. – I gdyby fale świetlne biegły wolniej… wówczas lampy nie świeciłyby tak jasno. Byłyby przyćmione i… myślę, że miałyby czerwony odcień. Cząsteczki powietrza poruszałyby się wolniej…

– Wdychałoby się je niczym wodę czy gęsty syrop?

– Tak myślę. Nie mam całkowitej pewności. Niech to szlag trafi, chyba i Einstein miałby trudności, gdyby był tutaj z nami.

– Jak tak dalej pójdzie, może się zjawić lada chwila.

Nikt nie wysiadł z samochodów, co uświadomiło Harry’emu, że ich pasażerowie byli uwięzieni w zmienionym świecie jak ćmy. W stojącym dalej volvo dostrzegał na przednich siedzeniach niewyraźne zarysy dwóch postaci. Lepiej widział kierowcę ciężarówki, która stała prawie dokładnie naprzeciw, po drugiej stronie ulicy. Od kiedy wszystko zamarło, cień wozu i kierowca nie poruszyli się ani o włos. Zresztą gdyby ludzie nie zatrzymali się razem, z pojazdami, wylecieliby z impetem przez przednią szybę, gdy samochody niespodziewanie stanęły w miejscu.

W oknach “Green House” sześcioro ludzi nadal tkwiło w tych samych pozach, jakie przybrali tuż przed nastaniem pauzy (Harry określał w myśli to zjawisko jako pauzę, gdyż doszedł do wniosku, że wcześniej czy później Tiktak znów przywróci normalny bieg czasu. O ile to właśnie Tiktak był sprawcą tego bezruchu. A jeśli nie on, to kto? Bóg?). Dwie osoby siedziały przy stoliku, pozostałe cztery stały z obu jego stron.

Harry wszedł między krzewy azalii, żeby przyjrzeć się zastygłym widzom. Connie poszła za nim. Zatrzymali się tuż przed szybą.

Oprócz siwowłosej pary przy stoliku stała tam młoda blondynka i starszy mężczyzna z towarzystwa, które siedziało przy orkiestrze, rozmawiając i śmiejąc się krzykliwie. Teraz byli cisi jak cmentarne posągi. Z drugiej strony stolika stał kierownik sali i kelner. Cała szóstka spozierała przez okno, pochylając się lekko ku szybie.

Nikt z nich nawet nie mrugnął, gdy Harry im się przypatrywał. Nie poruszył im się żaden muskuł w twarzy. Nie drgnął ani jeden włosek. Ubrania sprawiały wrażenie wyrzeźbionych w marmurze.

Na ich zastygłych twarzach malowało się rozbawienie, zdumienie, ciekawość; kierownik sali wyglądał na wzburzonego. Nie była to jednak reakcja na niesamowity bezruch, jaki ogarnął świat. Uczestniczyli w nim całkiem nieświadomie. Patrzyli ponad głowami Harry’ego i Connie w to miejsce na chodniku, gdzie widzieli ich po ucieczce Sammy’ego i psa. Twarze widzów wyrażały uczucia, z jakimi obserwowali przerwaną scenkę rodem z teatru ulicznego.

Connie zamachała ręką przed oczami patrzących. Nikt z całej szóstki nie zareagował.

– Oni nas nie widzą – stwierdziła z niedowierzaniem.

– Może widzą nas tam na chodniku, gdzie staliśmy, gdy wszystko się zatrzymało. Ich percepcja mogła zastygnąć w tym ułamku sekundy i nie odbierają niczego, co robiliśmy od tamtej pory.

Obejrzeli się jednocześnie, zaniepokojeni przedłużającą się ciszą. Tiktak raz już ich zaskoczył, pojawiając się cicho jak duch w sypialni Ordegarda, i siniakami zapłacili za swoją nieuwagę. Tym razem jednak nie było go nigdzie widać, chociaż Harry podejrzewał, że jest blisko.

Connie zastukała w okno baru. Dźwięk był lekko metaliczny, różnił się od prawdziwego odgłosu uderzenia w szybę. Różnica była niewielka, lecz wyczuwalna, podobnie jak w ich głosach.

Gapie nie zareagowali.

Przypominali Harry’emu muchy uwięzione w bryłce bursztynu, zastygli w jednej nic nie znaczącej chwili swojego życia. W ich bezwolnym poddaniu i nieświadomości było coś przerażająco bezbronnego. Harry poczuł ciarki wzdłuż kręgosłupa. Potarł zdrętwiały kark.

– Skoro wciąż widzą nas tam na chodniku – dociekała Connie – co się stanie, gdy stąd odejdziemy, a potem znów wszystko się zacznie?

– Dla nich pewnie będzie to wyglądało tak, jakbyśmy na ich oczach rozpłynęli się znienacka w powietrzu.

– A to numer!

– Na pewno przeżyją szok.

Odwróciła się od okna. Czoło miała zmarszczone, w pociemniałych oczach malował się strach, a głos zabrzmiał nisko i ponuro, czego nie można było w całości przypisać zmianie tonu i modulacji.

– Harry, ten skurwiel nie jest jakimś nędznym kuglarzem z Las Vegas, który zgina łyżki na odległość, przepowiada przyszłość i żongluje piłeczkami.

– Wiedzieliśmy już przedtem, że ma niezwykłą moc.

– Moc?

– Tak.

– Harry, to coś więcej niż moc. To słowo po prostu nie oddaje sensu, słyszysz?

– Słyszę – rzekł potulnie.

– On siłą woli potrafi zatrzymać czas, zatrzymać mechanizm świata, zablokować biegi… zrobił to, do kurwy nędzy! To więcej niż moc. On… on jest jakby Bogiem. Nie mamy szans wobec kogoś takiego!

– Mamy szansę.

– Jaką?

– Mamy szansę – obstawał uparcie przy swoim.

– Tak? Ja sądzę, że ten facet może nas rozgnieść w każdej chwili jak robaki i zwleka tylko dlatego, że lubi dręczyć.

– To nie brzmi jak słowa Connie Gulliver, którą znam – zripostował Harry ostrzej, niż zamierzał.

– Cóż, może już nią nie jestem. – Włożyła kciuk do ust i zaczęła obgryzać paznokieć. – Może próbowałam utrzymać się na fali, która jest dla mnie za duża. Skotłowało mnie i straciłam panowanie nad sobą.

Nigdy dotąd nie widział jej tak zdenerwowanej. Nie mieściło mu się w głowie, że cokolwiek mogło pozbawić Connie Gulliver zimnej krwi. Miała jej tyle, że nie starczało już miejsca na strach, choćby wokół działy się nie wiedzieć jakie niesamowitości.

Odwróciła się od niego, znów omiotła wzrokiem ulicę, zbliżyła się do azaliowych krzewów i rozgarnęła je, odsłaniając przyczajonego w kryjówce psa.