Выбрать главу

– Liście są inne w dotyku. Sztywniejsze. Podobne do cienkiej tektury.

Harry podszedł do niej, schylił się i pogłaskał psa, który zamarł tak samo jak ludzie w barze.

– Jego sierść przypomina cienkie druciki.

– Chyba próbował nam coś powiedzieć.

– Ja też tak sądzę.

– Na pewno przeczuwał, że coś się stanie, skoro zaszył się w tych krzakach.

Harry przypomniał sobie, co myślał, stojąc przed lustrem w męskiej toalecie. Wtedy tylko jedno go przekonywało, że nie znalazł się jeszcze w jakiejś bajce – brak gadających zwierząt.

Śmieszne, jak trudno człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Znana od stu lat freudowska psychoanaliza ugruntowała przekonanie, że zdrowie psychiczne jest rzeczą kruchą i nietrwałą i wszyscy ludzie są potencjalnymi ofiarami neurozy lub psychozy. Okazuje się jednak, iż wcale nie tak łatwo wpędzić kogoś w obłęd. Gdyby Harry ujrzał wydarzenia ostatnich trzynastu godzin w kinie, byłby przekonany, że główny bohater – czyli on sam – tak zmaltretowany psychicznie i fizycznie, powinien dostać fioła. A tu proszę – stracił dom i dorobek całego życia, widział najbliższego przyjaciela martwego, okaleczonego, czuł się winny jego śmierci, był krańcowo wyczerpany, obolały i przerażony, a jednak równowaga jego umysłu pozostała nie naruszona.

Wtem złapał się na myśli, że może nie powinien być tak pewien siebie. Czy naprawdę jest przy zdrowych zmysłach? A jeśli, nie zdając sobie z tego sprawy, leży przypasany do łóżka na oddziale psychiatrycznym, z gumowym wałkiem wetkniętym w usta, żeby nie odgryzł sobie języka w napadzie szału? Cichy i nieruchomy świat wokół mógł być tylko jego majaczeniem.

Słodka myśl.

Connie wstała, lecz odgarnięte przez nią gałązki azalii się nie wyprostowały. Harry musiał je lekko nacisnąć, żeby znów przysłoniły psa.

Przeszukali wzrokiem widoczny odcinek autostrady, rzędy sklepów i barów po obu stronach i wąskie ciemne przerwy między budynkami.

Świat był jak zegar, w którym ktoś przy niewprawnym nakręcaniu złamał klucz. Harry próbował sobie wmówić, że zaczyna się przyzwyczajać do tego dziwnego stanu rzeczy, ale bez skutku. Jeśli zdążył przywyknąć, to skąd się wziął zimny pot na czole, pod pachami i w dole pleców? Panujący wokół idealny spokój nie miał w sobie nic uspokajającego. Za nieruchomą fasadą kryła się czyjaś potężna wola stanowiąca śmiertelne niebezpieczeństwo; groza nasilała się z każdą upływającą tylko dla nich dwojga chwilą.

– Czar – powiedział Harry.

– Co?

– Jak w baśni. Na świat rzucono czar, zły urok.

– Chciałabym wiedzieć gdzie, do cholery, jest czarownica, która go rzuciła.

– Nie czarownica, a czarownik. Rodzaj męski – sprostował Harry. – Albo czarnoksiężnik.

– Wszystko jedno – parsknęła z irytacją. – Do diabła, gdzie on jest, dlaczego się tak długo z nami drażni?

Harry zerknął na zegarek i przekonał się, że czerwony punkcik wciąż nie mruga, a cyfry wskazują pierwszą dwadzieścia dziewięć.

– To zależy od punktu widzenia. Można by powiedzieć, że jak na razie “długo” nie trwa nawet minuty.

Dostrzegła godzinę na swoim zegarku.

– Dobra, dobra, nie bawmy się w gry słów. Myślisz, że on czeka, aż zaczniemy go szukać?

Gdzieś w ciemnościach rozległ się pierwszy od początku pauzy obcy dźwięk. Śmiech. Niski, chrapliwy śmiech golema, który spłonął jak woskowa świeczka w mieszkaniu Harry’ego i później zjawił się powtórnie w domu Ordegarda.

Tak jak wówczas, oboje odruchowo sięgnęli po broń. Potem przypomnieli sobie, że jest bezużyteczna w starciu z tym przeciwnikiem, i zostawili rewolwery w kaburach.

Zobaczyli Tiktaka po przeciwnej stronie ulicy. Wyszedł zza węgła w swoim aż zbyt znajomym wcieleniu włóczęgi. Tym razem golem był jeszcze większy. Miał pół metra więcej wzrostu, większą grzywę skołtunionych włosów i dłuższą brodę, niż kiedy go widzieli ostatnio. Lwia głowa. Szyja jak pień drzewa. Potężne bary. Niesamowicie szeroka pierś. Dłonie wielkie jak rakiety tenisowe. Jego czarny prochowiec był tak obszerny, że mógł z powodzeniem służyć za namiot.

– Cholera, co mi strzeliło do głowy, by się niecierpliwić, że go nie ma? – zastanowiła się na głos Connie. Harry jednocześnie pomyślał to samo.

Złośliwy śmiech z wolna ucichł. Tiktak zstąpił z krawężnika i zaczął iść na ukos ulicą, kierując się wprost na nich.

– Co robimy? – spytała Connie.

– Nie mam pojęcia.

– No, chyba mamy jakiś plan działania?

Harry uświadomił sobie, że nie ustalili wcale, jaką mają obrać taktykę. Pracowali razem wystarczająco długo, by móc polegać na sobie nawzajem, toteż zwykle nie musieli naradzać się nad strategią. Po prostu działali instynktownie, każde ze świadomością, że to drugie zachowa się, jak należy w danej sytuacji. W rzadkich przypadkach, kiedy musieli omówić sposób postępowania, wystarczało im rzucić kilka pojedynczych słów, by się doskonale zrozumieć. Teraz jednak zbliżał się olbrzym o bezkrwistych tkankach z błota, kamieni, dżdżownic i Bóg jeden wie czego jeszcze, dla nich niezniszczalny, nieśmiertelny. Wobec tego bezlitosnego wojownika, jednego z niezliczonej armii, jaką mógł stworzyć ich prawdziwy wróg, zawodził instynkt i doświadczenie. Stali niczym sparaliżowani, patrząc, jak nadchodzi.

Uciekać – pomyślał Harry i w tym momencie wielki jak wieża golem zatrzymał się na środku ulicy, jakieś trzydzieści metrów przed nimi.

Jego oczy nie błyszczały, lecz wręcz płonęły. Były niebieskie jak płomień gazowego palnika i jak płomień tańczyły w oczodołach. Rzucały niebieskawe cienie na policzki, a w ich blasku kręcone kosmyki brody wyglądały jak cienkie rurki niebieskiego neonu.

Tiktak rozpostarł ramiona i uniósł ogromne dłonie wysoko nad głową gestem proroka ze Starego Testamentu, który ze szczytu góry zwraca się do uczniów, przekazując im wolę Pana. W jego przepaścistym płaszczu dałoby się ukryć tablice z setką przykazań.

– Za godzinę zwyczajnego czasu świat znów mszy naprzód – oznajmił. – Będę liczył do pięćdziesięciu, a wy uciekajcie. Daję wam fory. Jak przeżyjecie tę godzinę, daruję wam życie i na zawsze dam spokój.

– Jezus Maria! – wyszeptała Connie. – On się bawi! To rzeczywiście dzieciak!

Ale nie był mniej niebezpieczny od innych psychopatów. Nawet bardziej. Dzieci potrafią być niezwykle okrutne, bo nie wiedzą, co jest dobre, a co złe.

Tiktak ciągnął dalej:

– Będę przestrzegał reguł gry. Nie użyję żadnych sztuczek, żeby was odnaleźć, tylko oczu i sprytu – stuknął się w skroń wielkim paluchem. – Nie wykorzystam swojej mocy. Będzie lepsza zabawa. Raz… dwa… na waszym miejscu już bym zmykał, trzy… cztery… pięć…

– To nie może dziać się naprawdę! – oświadczyła Connie, lecz mimo to zawróciła na pięcie i rzuciła się do ucieczki, a Harry za nią.

Pognali w głąb zaułka, okrążając z tyłu “Green House”. Niemal zderzyli się z kościstym obdartusem Sammym, który zastygł w niebezpiecznie chwiejnej pozycji, stojąc na jednej nodze. Ich stopy na asfalcie wydawały dziwne, głuche plaskanie, niepodobne do zwykłego tupotu kroków. Ominęli Sammy’ego i rzucili się w głąb ciemnej bocznej uliczki. Echo też nie brzmiało tak, jak echo w normalnym świecie. Dźwięk był mniej wibrujący i trwał krócej.

Harry przy każdym kroku krzywił się z bólu. Usiłował myśleć logicznie i opracować jakiś plan, który pozwoli im przeżyć najbliższą godzinę. Uznał jednak, że znaleźli się, jak Alicja w krainie Szalonego Kapelusznika i Kota z Cheshire, w królestwie Czerwonej Królowej, gdzie nie pomogą żadne plany ani logika, gdzie rozsądek jest w pogardzie i panuje wszechwładny chaos.