Cały ogarnięty inercją świat, który normalnie był niewyczerpanym źródłem energii, stał się rodzajem czarnej dziury i nieubłaganie wysysał z nich energię. Harry zrozumiał, że nie mogą tak długo uciekać, bo stopniowo popadną w taką samą martwotę, jaka ich otacza.
Musieli się zatrzymać i poszukać jakiejś kryjówki. Opuścili już dzielnicę zamożnych rezydencji i dotarli do wschodniego krańca szerokiego kanionu o porośniętych krzakami zboczach. Biegła nim trójpasmowa szosa, oświetlona dwoma rzędami łukowych lamp, które zmieniały noc w dwubarwną żółto-czarną litografię. Wzdłuż szosy stały warsztaty mechaniczne i magazyny, które w dbałym o swój wygląd mieście, takim jak Laguna Beach, lokowane są przezornie z dala od turystycznych szlaków.
Szli teraz marszowym krokiem, dygocząc z zimna. Connie objęła się ramionami. Harry podniósł kołnierz i zaciągnął szczelnie poły płaszcza.
– Jaka część godziny minęła? – spytała Connie.
– Niech mnie szlag, jeśli wiem. Straciłem poczucie czasu.
– Pół godziny?
– Możliwe.
– Więcej?
– Możliwe.
– Mniej?
– Możliwe.
– Cholera.
Minęli wielki parking dla wozów turystycznych. Za stalową siatką, zjeżoną drutem kolczastym, stały bok przy boku wielkie trailery, jak rzędy drzemiących słoni.
– Skąd tu się wzięło tyle samochodów? – zdziwiła się nagle Connie.
Było ich mnóstwo, zaparkowanych po obu stronach drogi, dwoma kołami na wąskim poboczu, dwoma na jezdni, mimo iż okoliczne warsztaty w porze, gdy zaczęła się pauza, były już dawno nieczynne. W żadnym nie paliło się światło.
Po prawej stronie zobaczyli betonowy blok, w którym mieścił się zakład ogrodniczy. Za nim do połowy wysokości zbocza kanionu ciągnęła się tarasami szkółka drzewek i krzewów ozdobnych.
Przy drewnianym słupie jednej z lamp natknęli się na samochód, w którym obściskiwała się jakaś parka. Chłopak wsunął rękę pod rozpiętą bluzkę dziewczyny; marmurowa dłoń obejmowała marmurową pierś. Grymas namiętności zastygły na ich żółtawych w świetle lampy twarzach robił odstręczające wrażenie.
Minęli dwa warsztaty samochodowe po przeciwnych stronach jezdni. Każdy specjalizował się w innych zagranicznych markach. Z przodu straszyły ogrodzone wysoką siatką podwórka, na których piętrzyły się zdemontowane wraki.
Samochody stały gęsto wzdłuż ulicy, blokując wjazdy do warsztatów. Na masce czarnego camaro rocznik 93 leżał młody chłopak w samych dżinsach i adidasach. Z rozkrzyżowanymi ramionami, z dłońmi obróconymi do góry, zamarły w uścisku pauzy, gapił się na zastygłe niebo, jakby mógł tam coś zobaczyć. Na jego twarzy malowała się głupkowata narkotyczna błogość.
– Tyle samochodów, naćpani gnoje, tu, o tej porze… dziwne – stwierdziła Connie.
– Dziwne – przytaknął Harry, ruszając palcami, które zesztywniały mu z zimna.
– Hm, wiesz co?
– Jakby znajome.
– Właśnie.
Przy końcu asfaltowej drogi stały same magazyny. Niektóre były z blachy, inne z betonu. Na zakurzonym tynku widniały rdzawe smugi od wody, spływającej z blaszanych dachów podczas niezliczonych deszczów.
Ulica kończyła się ślepo w miejscu, gdzie kanion się rozgałęział. Samochody stały najgęściej przed ostatnim budynkiem. Gdzieniegdzie parkowały jeden przy drugim, zupełnie tarasując drogę.
Wielki magazyn bez nazwy firmy mieścił się w betonowym, pokrytym gipsowym tynkiem baraku i miał dach z falistej blachy. Na froncie wisiał w poprzek wielki plakat DO WYNAJĘCIA, z numerem telefonu biura nieruchomości.
Blask oświetlających teren lamp padał na metalowe podnoszone wrota, przez które mógł przejechać traktor z przyczepą. W rogu budynku były małe, przeznaczone dla ludzi drzwi, przy których stało dwóch facetów jak kafary, o potężnych, napędzanych sterydami mięśniach.
– Bramkarze – orzekła Connie, gdy podeszli do zastygłych w pauzie mężczyzn.
Nagle do Harry’ego dotarł sens scenerii.
– To balanga z gazem.
– W środku tygodnia?
– Pewnie z jakiejś specjalnej okazji, urodziny czy coś takiego.
Sprowadzona kilka lat temu z Anglii moda na dzikie, połączone z zażywaniem narkotyków imprezy przypadła do gustu nastolatkom i młodym ludziom, którzy chcieli bawić się non stop do świtu, unikając bacznego oka władz. Organizatorzy wynajmowali magazyny i budynki przemysłowe na noc lub dwie, przenosząc dyskotekę z jednego miejsca w drugie, by uniknąć wykrycia przez policję. Adresy przyszłych imprez były reklamowane w lokalnych gazetkach i ulotkach, rozdawanych w sklepach muzycznych, klubach nocnych i szkołach, wszystkie napisane w szyfrze subkultury: “EXpresem z Myszką Miki”, “American EXpress – twoją kartą kredytową”, “Miki do kwadratu”, “Wybierz się na EXtra ubaw”, “EXtremalna chirurgia dentystyczna”, “Darmowe balony dla dzieciaków”. “Myszka Miki” i “EX” oznaczały silny narkotyk, szerzej znany jako ekstaza, podczas gdy aluzje do dentysty i balonów oznaczały, że na przyjęciu będzie w sprzedaży tlenek azotu – czyli gaz rozweselający.
Nielegalne balangi z gazem – w przeciwieństwie do bardziej umiarkowanych ekscesów w nocnych klubach, kontrolowanych przez policję – przeradzały się w rozpasane, niebezpieczne orgie.
Harry i Connie minęli bramkarzy, przekroczyli próg i znaleźli się w sercu chaosu; chaosu, w który pauza wprowadziła kruchy, sztuczny porządek.
Olbrzymią halę oświetlało kilka czerwonych i zielonych laserów, około tuzina żółtych i czerwonych reflektorów punktowych i lamp stroboskopowych, które mrugały i omiatały tłum smugami światła, dopóki nie zatrzymała ich pauza. Teraz barwne lance światła znieruchomiały, oświetlając niektóre grupy ludzi. Reszta tłumu tonęła w ciemności.
Czterysta lub pięćset osób, w wieku od osiemnastu do dwudziestu kilku lat, lecz czasem nawet piętnastolatków, zastygło w trakcie tańca. Dyskdżokeje na takich przyjęciach nieodmiennie puszczali rytmiczną muzykę techno z szybko walącym basem, który wstrząsał ścianami. Młodzi goście zatrzymali się w dziwacznych pozach, rozkołysani w tanecznym szale, z wygiętymi ciałami, rozwianymi włosami. Chłopcy byli w większości ubrani w dżinsy lub spodnie z drelichu, flanelowe koszule, czapki baseballowe włożone daszkiem do tyłu, szkolne płaszcze narzucone na koszulki. Niektórzy wystroili się cali na czarno. Dziewczyny nosiły bardziej urozmaicone stroje, wszystkie prowokujące – obcisłe, krótkie, głęboko wycięte, przezroczyste, odsłaniające to i owo; balangi z gazem były w końcu festynem rozwiązłości. Ogłuszającą muzykę, śmiechy i krzyki zastąpiła grobowa cisza. Niesamowite oświetlenie w połączeniu z bezruchem nadawało odsłoniętym łydkom, udom i piersiom wyprany z erotyzmu, trupi wygląd.
Harry zauważył, że twarze tancerzy wykrzywiają groteskowe grymasy, które w ruchu prawdopodobnie miały wyrażać podniecenie i wywołaną narkotykami wesołość. W tym zastygłym żywym obrazie zmieniły się w maski gniewu, bólu i nienawiści.
Widząc konwulsyjne pozy tancerzy w jaskrawym blasku laserów i punktowców, na tle wielkich psychodelicznych obrazów, które filmowe projektory rzucały na dwie ściany, można by pomyśleć, że to nie zabawa, lecz obraz piekła, gdzie potępione dusze skręcają się w męce i błagają, by je uwolnić od cierpień.
Przez pozbawienie tej sceny dźwięku i ruchu pauza jakby odsłoniła jej sens, wstydliwy sekret, kryjący się za wrzawą i rozpasaniem. Ci ludzie nie bawili się naprawdę szczerze i całą duszą, lecz usilnie i bezskutecznie szukali zapomnienia, ucieczki od prawdziwego życia.
Harry wyprowadził Connie spomiędzy tancerzy w tłumek widzów, zgrupowanych pod ścianami olbrzymiej sali. Kilku z nich, stojących w małych grupkach, pauza złapała w środku rozmowy i przesadnego śmiechu, próbujących przekrzyczeć grzmiącą muzykę.