Выбрать главу

Po krótkim błysku eksplozji na schodach znów zapanowała ciemność.

Harry zrezygnował z ostrożności i wdrapał się na drugą kondygnację, słysząc Connie tuż za sobą. W tych okolicznościach ostrożność nie była wskazana. Zawsze można uchylić się przed strzałem, ale jeśli facet ma przy sobie granaty, największa w świecie ostrożność i krycie się nic nie dadzą.

Nie znaczy to bynajmniej, że on i Connie często mieli do czynienia z ludźmi uzbrojonymi w granaty. Ten raz był pierwszy.

Harry liczył na to, że szaleniec czekał na skraju schodów, by usłyszeć jęki ich agonii, i niespodziewanie oberwał własnym granatem. Wprawdzie w przypadku śmierci ściganego policjant zawsze musiał odwalić górę papierkowej roboty, ale Harry z radością ślęczałby przy komputerze kilka dni z rzędu, byle tylko z faceta w zamszowym płaszczu została mokra plama.

Granat wyrwał z zawiasów jedne drzwi w długim korytarzu i wybił dziury w sąsiednich. Przez niewidoczne okna w pokojach sączyło się trochę dziennego światła.

Eksplozja spowodowała wiele zniszczeń. Budynek był dość stary, zamiast gotowych ścianek działowych miał konstrukcję z drewnianych listew i gipsu. Teraz miejscami drewno przeglądało od spodu jak żebra spod popękanej skóry na wyschniętej mumii. Połamane, wyrwane na przestrzeni połowy korytarza klepki odsłaniały ślepą podłogę, a gdzieniegdzie nawet nadpalone belki.

Nigdzie nie było widać płomieni. Silny podmuch stłumił ewentualne ogniska pożaru. Dym po wybuchu, który wisiał jak mgła w powietrzu, nie ograniczał widoczności, tyle że oczy od niego piekły i łzawiły.

Po zbrodniarzu ani śladu.

Harry oddychał ustami, żeby nie zacząć kichać. Ostry dym zostawiał na języku smak goryczy.

Na korytarz wychodziło ośmioro drzwi, cztery po każdej stronie. Harry i Connie, porozumiawszy się spojrzeniem, zgodnie ruszyli naprzód, uważnie omijając dziury w podłodze. Trzeba było szybko spenetrować całe piętro. Każde okno było potencjalną drogą ucieczki, poza tym budynek mógł mieć tylne schody.

– Elvis!

Krzyk dobiegł z pokoju, którego drzwi zostały wyrwane z zawiasów.

Harry spojrzał na Connie i oboje się zawahali. Nagle opuściła ich odwaga.

– Elvis!

Wprawdzie na piętrze oprócz mordercy mogli być jacyś inni ludzie, lecz Harry nie wiadomo skąd wiedział, że to on krzyczy.

– Król rock and rolla! Władca Memfis!

Obstawili z obu stron wejście, tak jak to zrobili na dole.

Świr wykrzykiwał tytuły przebojów Presleya:

– Heartbreak Hotel!, Blue Suede Shoes!, Hound Dog!, Money Honey!, tollhouse Rock!

Harry spojrzał na Connie i uniósł brew. Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Stuck on You!, Little Sister!, Good Luck Charm!…

Harry pokazał na migi, że skulony wbiegnie do środka, a ona ma otworzyć nad jego głową ogień.

– Are You Lonesome Tonight! A Mess of Blues!, In the Ghetto!

Już ruszał, kiedy z pokoju łukiem wyleciał granat. Odbił się od podłogi u stóp Connie, potoczył i zniknął w jednej z dziur pozostałych po pierwszej eksplozji.

Nie było czasu na szperanie pod klepkami. Nie było czasu na ucieczkę. Chwila zwłoki, a korytarz wokół nich wyleci w powietrze.

Odwrotnie niż w planie Harry’ego, Connie strzelając wbiegła pierwsza do pokoju, w którym krył się zbrodniarz. Harry ruszył za nią, strzeliwszy raz nad jej głową. Ich kroki zatupały na poharatanych, wyrwanych z framugi drzwiach, leżących na podłodze.

Pudła. Kartony. Magazyn. Zastawiona cała przestrzeń. Ani śladu przestępcy. Oboje padli na podłogę, między stosy kartonów.

Ledwo zdążyli. Na korytarzu nastąpił wybuch. Harry wtulił głowę pod ramię, próbując osłonić twarz.

Gorący powiew wmiótł przez wejście huragan odłamków, a lampa pod sufitem rozprysła się, siejąc okruchami szkła.

Harry uniósł głowę, znowu czując w nozdrzach zapach fajerwerków. Paskudnie wyglądający odłamek wielkości ostrza rzeźnickiego noża, tyle że grubszy, minął go o centymetry i zagłębił się w wielkie pudło papierowych serwetek.

Harry poczuł na twarzy lodowaty pot.

Wyrzucił z rewolweru łuski, wyjął z kieszonki urządzenie w kształcie grzybka, służące do szybkiego ładowania, wcisnął naboje w komory, odrzucił pusty grzybek, zatrzasnął bębenek.

– Return to Sender! Suspicious Minds! Surrender!

Harry zatęsknił za czarnymi charakterami z bajek braci Grimm, poczciwcami kierującymi się zwykłą ludzką podłością, jak zazdrosna o urodę Śnieżki zła królowa, która kazała zabić pasierbicę i przynieść sobie jej serce.

5

Connie dźwignęła głowę i zobaczyła leżącego obok Harry’ego. Był tak jak ona przysypany kurzem, drewnianymi drzazgami i lśniącymi kawałkami szkła.

Pracowała z nim już pół roku. Wiedziała, że bardzo się różnią. Teraz na pewno nie czuł takiej frajdy jak ona. Harry był policjantem, ponieważ uważał ten zawód za symbol porządku i sprawiedliwości. Zetknięcie z szaleństwem sprawiało mu przykrość. Darmo by oczekiwać od przestępcy, który zatracił kontakt z rzeczywistością, że będzie odczuwał żal za popełnione czyny lub okaże skruchę. W takich przypadkach porządek można przywrócić tylko uciekając się do przemocy.

Czubek wrzasnął znowu:

– Long-legged girl! All Shook Up! Baby Don’t Get Hooked on Me!

– To nie Elvis! – szepnęła Connie.

Harry zamrugał zdziwiony.

– Co?

– To śpiewał Mac Davis, do cholery.

– Rock-a-Hula Baby! Rain in Kentucky! Flaming Star! I Feel So Bad!

Głos szaleńca dobiegał jakby z góry.

Connie z rewolwerem w dłoni ostrożnie podniosła się z podłogi. Zerknęła w przerwę między ustawionymi jedne na drugich pudłami, a potem w górę.

W suficie w samym rogu była otwarta klapa, z której wystawała rozkładana drabinka.

– A Big Hunk O’Love! Kiss Me Quick! Guitar Man!

Gnojek krzyczał do nich z ciemnego strychu.

Chciała go dorwać i zrobić z niego miazgę. Uczucie to nie bardzo licowało z jej funkcją stróża ładu i porządku, lecz płynęło z serca.

Harry też dostrzegł wejście na strych i wstał. Oboje byli napięci, gotowi błyskawicznie rzucić się na podłogę, gdyby z otworu w suficie wyleciał kolejny granat.

– Any Way You Want Me! Poor Boy! Running Bear!

– To też nie był przebój Elvisa – powiedziała Connie, nie starając się już mówić szeptem. – Running Bear śpiewał Johny Preston.

– No i co z tego?

– To, że ten facet to ciemniak – odparła ze złością i trochę bez związku. Prawdę mówiąc, sama nie wiedziała, dlaczego tak ją wściekało, że pętakowi mylą się utwory z dyskografii Presleya.

– You’re the Devil in Disguise! Don’t Cry Daddy! Frankfurt Special!

– Frankfurt Special? - powtórzył Harry, patrząc na Connie.

– Tak, to Elvisa.

W przewodach stłuczonej lampy nastąpiło zwarcie, strzeliły iskry. Ruszyli w głąb pomieszczenia, każde z innej strony długiego rzędu ustawionych na środku do wysokości pasa pudeł.

Zza zakurzonych szyb dobiegło dalekie zawodzenie syren. Nadjeżdżały radiowozy i karetki pogotowia.

Connie przystanęła. Była w rozterce. Skoro świrus zapędził się na ten strych, można go stamtąd wykurzyć gazem łzawiącym albo cyknąć do środka obezwładniający granat, który go pozbawi przytomności. Wystarczy poczekać na posiłki.

Uznała jednak, że nie mogą obrać tej ostrożnej taktyki. Chroniąc siebie, wystawiliby innych na niebezpieczeństwo. Bydlak mógł znaleźć jakieś wyjście na dach i tamtędy umknąć.