Выбрать главу

Connie nie żywiła zbytniej sympatii do tej hałastry, dla której głównym powodem zjawienia się tutaj była chęć zagrania palcami na nosie prawu i policji. Jednak mimo tych buntowniczych i antyspołecznych zapędów byli ludzkimi istotami i do głębi wzburzyło ją okrucieństwo Tiktaka, który przepychał się przez nich, nie zważając, co się z nimi stanie, gdy życie znów potoczy się dalej.

Harry również czuł gniew. Zęby zacisnął tak mocno, że na policzkach wystąpiły mu twarde wzgórki mięśni. Byli bezsilni. Nie mogli w żaden sposób przeszkodzić temu, co działo się w dole. Przecież Tiktaka nawet kule by nie powstrzymały.

Stali więc nieruchomo, oddychając jak najciszej. Golem ani razu nie spojrzał w stronę galerii i jak dotychczas nic nie wskazywało, że posługuje się jakimś szóstym zmysłem i wie, że Connie i Harry są w magazynie.

Zatrzymał się przed kruczowłosą, dwudziestoletnią dziewczyną, która uniosła smukłe ramiona nad głowę w radosnym zapamiętaniu, porwana tańcem w takt prymitywnej, szybkiej muzyki. Stał przed nią chwilę, wielki jak góra, i przyglądał się, jakby ujęty jej urodą. Potem złapał w oba potworne łapska jej szczupłą rękę, z przerażającą gwałtownością wyłamał ją i wyrwał ze stawu. Z cichym, mlaskliwym śmiechem rzucił rękę za siebie, gdzie zawisła w powietrzu między dwójką tancerzy.

Okaleczenie było bezkrwawe, jakby oderwał rękę manekina. Cała potworność tego postępku miała się uwidocznić dopiero w chwili, gdy czas ruszy z miejsca.

Connie zacisnęła powieki. Nie była w stanie patrzeć, co on jeszcze zrobi. Oglądała wiele ofiar bestialskich zbrodni, zebrała grube tomy gazetowych doniesień o przykładach wręcz szatańskiego okrucieństwa, widziała, co ten psychopatyczny sukinsyn zrobił z Rickym Estefanem, lecz dzika brutalność jego ostatniego postępku wstrząsnęła nią jak nic dotychczas.

Może sprawiła to całkowita bezbronność ofiary, jej zupełna nieświadomość nawet po okaleczeniu. Dziewczyna nie widziała nawet zbliżającego się napastnika, nigdy go nie zobaczy ani nie dowie się, kim był, zostanie ugodzona tak nagle, jak polna mysz przeszyta szponami spadającego znienacka jastrzębia. Zastygła w ostatniej chwili czystej radości i beztroski, której już nigdy nie zazna, ze śmiechem wciąż wypisanym na twarzy, choć była już kaleką na całe życie, a może nawet skazana na śmierć. Nie mogła nawet zdać sobie sprawy ze swego nieszczęścia, odczuwać bólu ani krzyczeć, dopóki napastnik nie wróci jej zdolności reagowania.

Connie wiedziała, że wobec tego monstrualnego przeciwnika jest równie bezbronna, jak ta młoda dziewczyna na dole. Nieważne jak szybko będzie uciekać, jakich się chwyci sposobów, żaden środek obrony nie okaże się skuteczny, żadna kryjówka bezpieczna.

Chociaż nigdy nie była zbytnio religijna, nagle zrozumiała, że wierzący chrześcijanin może drżeć na myśl o Szatanie, który wyrywa się z piekła i z zemsty zsyła na ziemię klęski i zniszczenie. Zrozumiała jego straszliwą potęgę, jego twarde, bezlitosne okrucieństwo.

Poczuła mdłości i przestraszyła się, że zwymiotuje.

Grasujący na dole golem dotarł do schodów, którymi ona i Harry weszli na górę. Zawahał się, jakby niepewny, czy nie poszukać gdzie indziej.

W Connie obudziła się nieśmiała nadzieja, że ich milczenie przekonało Tiktaka, iż na pewno nie ma ich w magazynie.

Wtedy przemówił chropawym, demonicznym głosem:

– Fu fu fe fi… – Wszedł na schody. – Czuję zapach waszej krwi!

Jego śmiech był tak zimny i nieludzki, że równie dobrze mógłby wydobywać się z paszczy krokodyla – a mimo to pobrzmiewała w nim nutka absurdalnie dziecinnego podniecenia.

Opóźnienie w rozwoju.

Psychotyczne dziecko.

Przypomniała sobie opowieść Harry’ego o spaleniu mieszkania i słowa płonącego włóczęgi: “Z wami, ludźmi, jest tyle zabawy”. Ten potwór się bawił, on ustalał reguły gry, a ją i Harry’ego traktował po prostu jak swoje zabawki. Była głupia, mając nadzieję, że Tiktak dotrzyma słowa.

Łomot jego ciężkich kroków wprawiał w drżenie drewniane stopnie i całą konstrukcję. Podłoga galerii trzęsła się w ich rytm. Wchodził szybko: BUM, BUM, BUM, BUM, BUM!

Harry złapał Connie za ramię:

– Szybko, drugie schody!

Odwrócili się w tamtą stronę.

Na szczycie drugich schodów stał identyczny golem. Olbrzymi, z grzywą skudlonych włosów, rozczochraną brodą, w prochowcu jak czarna peleryna. Szczerzył zęby w szerokim uśmiechu. W jego głębokich oczodołach tańczyły błękitne płomyki.

Poznali nowy aspekt mocy Tiktaka. Umiał stworzyć przynajmniej dwa golemy naraz i nimi kierować.

Pierwszy olbrzym dotarł na górę schodów. Ruszył w stronę Harry’ego i Connie, brutalnymi kopniakami torując sobie drogę wśród splecionych kochanków na podłodze.

Z lewej zbliżał się drugi, równie bezceremonialnie tratując zatrzymanych w pauzie ludzi. Kiedy świat znów się obudzi, od krańca do krańca galerii rozlegną się krzyki i jęki.

Harry złapał Connie za ramię i szepnął rozkazująco:

– Skacz!

BUM, BUM, BUM, BUM, BUM, dudnienie bliźniaczych kroków dwóch golemów wstrząsało podłogą. BUM, BUM, BUM, BUM, BUM, łomot własnego serca huczał w uszach Connie, aż oba dźwięki zlały się w jeden.

Za przykładem Harry’ego stanęła tyłem do balustrady, podciągnęła się, usiadła na poręczy.

Golemy zbliżały się coraz szybciej, odkopując na bok ludzkie przeszkody, zagradzające im drogę do ofiar.

Przerzuciła nogi na drugą stronę, obracając się twarzą do hali. Do podłogi było przynajmniej osiem metrów. Czy można przeżyć upadek z takiej wysokości? Rozwali sobie czaszkę, czy tylko połamie nogi?

Oba golemy parły ku nim z impetem rozpędzonego czołgu. Wielkie łapy wyciągały się w ich stronę, błękitne jak gazowy płomień oczy świeciły oślepiająco niczym piekielne ognie.

Harry skoczył.

Z desperackim okrzykiem Connie odepchnęła się rękami od poręczy, rzuciła w pustkę…

…i spadła tylko jakieś dwa metry. Zatrzymała się w powietrzu obok Harry’ego. Wisząc twarzą w dół, odruchowo rozpostarła ręce i nogi, przybierając klasyczną pozycję skoczka. Pod nią był tłum zaczarowanych tancerzy, nieświadomych jej lewitacji.

Rosnące odczucie chłodu i raptowny spadek sił podczas ich ucieczki świadczyły, że poruszanie się w świecie pauzy nie było wcale łatwe, gdyż powietrze stawiało większy opór. Nie dokończony upadek to potwierdził. Mogli się poruszać, lecz ani rozpęd, ani nawet siła ciążenia nie wspomagały wysiłku ich mięśni.

Spojrzawszy przez ramię, Connie stwierdziła, że choć odepchnęła się od balustrady z całej siły, oddaliła się od niej raptem o dwa, trzy metry. Na szczęście to wystarczyło, by znalazła się poza zasięgiem golemów.

Stały przy poręczy i wychylały się, wyciągając łapy. Próbowały dosięgnąć swych ofiar, lecz łapały w garście tylko powietrze.

– Możemy się poruszać, zobacz! – krzyknął do niej Harry.

Wykonywał rękami i nogami ruchy, jakby płynął w powietrzu, kierując się w stronę podłogi. Przesuwał się w dół z niewiarygodną powolnością.

Szybko dostrzegła, że niestety nie jest w stanie nieważkości i nie wchodzą w grę żadne korzyści płynące z przebywania w próżni. Krótki eksperyment wykazał, iż nie mogła nadać sobie prędkości ani też zmieniać kierunku tak łatwo, jak astronauta orbitujący w kabinie wahadłowca.