Выбрать главу

Zaczęła naśladować Harry’ego i odkryła, że przy pewnej dozie wytrwałości może przemieszczać się miarowymi ruchami w kleistym powietrzu. Przez moment wydało się to nawet bardziej ekscytujące niż skakanie ze spadochronem, bo swobodne spadanie trwało zawsze zbyt krótko, a tempo, w jakim rosły w oczach szczegóły na ziemi, sprawiało, że nigdy nie miało się złudzenia latania. Teraz unosiła się nad głowami ludzi, co nawet w tych okolicznościach napełniło ją porywającym uczuciem swobody i beztroski, jak w tych fascynujących snach o lataniu.

Gdyby nie obecność Tiktaka w dwóch postaciach i fakt, że walczyła o życie, czerpałaby z tego doświadczenia szczerą radość. BUM, BUM, BUM, BUM, BUM! Usłyszała tupot ciężkich, pospiesznych kroków i spoglądając przez ramię, zobaczyła, że golemy kierują się ku przeciwległym kondygnacjom schodów.

Znajdowała się wciąż pięć metrów nad podłogą hali i “płynęła” na dół w irytująco wolnym tempie, mozolnie, centymetr za centymetrem, przedzierając się przez kolorowe nieruchome wiązki punktowców i laserów. Ciężko dyszała z wysiłku i robiło jej się coraz zimniej.

Gdyby w pobliżu było coś, ściana albo filar, od czego mogłaby się odepchnąć, zyskałaby większy rozpęd. Wokół było jednak tylko powietrze i jej wysiłki przypominały próbę wzniesienia się nad podłogę za pomocą ciągnięcia własnych sznurówek.

Harry był na lewo od niej, trochę niżej, ale nie rozwijał większego tempa. Tyle że wcześniej skoczył.

Wyrzut nogami. Wymach ramion. Mozolne przepychanie się przez stawiające opór powietrze.

Beztroska euforia szybko ustąpiła poczuciu zamknięcia w pułapce.

BUM, BUM, BUM, BUM, BUM! Kroki ich prześladowców rozlegały się płytkim echem w wielkiej hali.

Była jakieś cztery metry nad podłogą, opadając w wolną przestrzeń między tancerzami. Wymach nóg. Ruch ramion. Wymach nóg. Ruch ramion. Dalej, dalej. Jak zimno.

Znów obejrzała się za siebie, mimo obawy, że takie przerwy opóźnią jej ruch.

Jeden golem dotarł już do schodów i zbiegał na dół, przeskakując po dwa stopnie naraz. W obszernym prochowcu, przygarbiony, z opuszczoną głową, gnając na dół ze zręcznością małpy, przypominał jej ilustrację w dawno zapomnianej książce, obrazek złego trolla z jakiejś średniowiecznej legendy.

Wytężając się tak bardzo, że serce prawie pękało jej z wysiłku, opuściła się o dalsze pół metra. Wisiała jednak głową w dół; w tej pozycji będzie musiała dotrzeć do pierwszego stałego punktu podparcia, który pozwoli jej odzyskać równowagę i stanąć na nogi.

BUM, BUM, BUM, BUM, BUM!

Golem zbiegł na dół.

Connie była u kresu sił. Przemarzła do szpiku kości.

Usłyszała, jak Harry przeklina zimno i oporne powietrze.

Przyjemny sen o lataniu zmienił się w klasyczny koszmar, w którym człowiek ucieka tak wolno, jakby stał w miejscu, podczas gdy ścigający go potwór zbliża się ze straszliwą szybkością.

Connie patrzyła w dół, mimo to kącikiem oka zauważyła jakiś ruch i usłyszała krzyk. Golem dosięgną! Harry’ego.

Na poznaczoną plamami cienia podłogę padł nowy cień. Connie wbrew najszczerszym chęciom odwróciła głowę w prawo.

Zawieszona w powietrzu, z nogami wyżej od tułowia, niczym anioł zlatujący na ziemię, by walczyć z demonem, zobaczyła tuż przed sobą twarz drugiego golema. Niestety, w przeciwieństwie do anioła z Biblii nie miała ognistego miecza ani też nie dzierżyła w ręku błyskawic, nie znała zaklęcia, które strącało demony z powrotem w piekielne ognie i wrzącą smołę.

Tiktak z szerokim uśmiechem chwycił ją wielką łapą za gardło. Grube paluchy bez trudu objęły jej szyję.

Connie przypomniała sobie ukręconą głowę Ricky’ego Estefana i kruczowłosą dziewczynę, której golem bez najmniejszego wysiłku wyrwał rękę.

Nagły gniew stłumił w niej strach. Splunęła w wielką, przerażającą twarz.

– Puszczaj mnie, ty gnoju.

Skrzywiła się, gdy owiał ją cuchnący oddech. Poznaczony bliznami golem powiedział:

– Gratulacje, dziwko. Czas dobiegł końca.

Niebieskie, gorejące oczy na chwilę zapłonęły jaśniej, a potem zgasły w głębokich czarnych oczodołach, przez które, zda się, można było sięgnąć spojrzeniem do dna wieczności. Ohydna twarz włóczęgi nagle zmieniła się w monochromatyczną ciemnobrązową rzeźbę z ziemi lub błota. Misterna pajęczyna cienkich jak włos pęknięć pobiegła od grzbietu nosa, szybko obejmując całą twarz…

…i olbrzym znikł. Muzyka ogłuszająco ryknęła na urwanej poprzednio nucie, czas ruszył z miejsca. Connie spadła jak kamień ostatnie trzy i pół metra, twarzą prosto w wilgotną kupę ziemi, piachu, trawy, gnijących liści i robaków. Podniosła się, kaszląc i plując z obrzydzeniem.

Wszędzie wokół niej, słyszalne nawet poprzez muzykę, rozbrzmiały wrzaski bólu i przerażenia.

5

Harry był już przekonany, że nadeszła jego ostatnia chwila, gdy usłyszał: “Zabawa skończona… na razie” i runął w dół. Wylądował na brzuchu na szczątkach golema, od których bił mocny zapach wilgotnej ziemi.

Tuż przed oczami miał wielką rękę wyrzeźbioną z ziemi – podobną widział w domu Ricky’ego. Dwa palce jeszcze się poruszały, jakby została w nich resztka nadprzyrodzonej energii, i zdawały się sięgać do jego nosa. Rozgniótł makabryczną dłoń pięścią na miazgę.

Wrzeszczący tancerze potykali się i upadali. Wyczołgał się spod nich i dźwignął na nogi.

Ruszył na niego rozwścieczony chłopak w koszulce z wizerunkiem Batmana. Harry zrobił unik przed ciosem, strzelił smarkacza prawym prostym w żołądek, lewym hakiem w szczękę, przeszedł nad powalonym przeciwnikiem i rozejrzał się za Connie.

Była blisko, właśnie obezwładniła ciosem karate rosłą nastolatkę, a potem obróciła się na jednej nodze i łokciem wyrżnęła w splot słoneczny muskularnego młokosa, który runął z wyrazem zdumienia w oczach. Najwyraźniej myślał, że wytrze nią podłogę i rzuci w kąt.

Jeśli czuła się tak paskudnie jak on, mogła szybko opaść z sił. Harry’ego wciąż bolały wszystkie stawy z zimna, które wsączyło się w nie podczas pauzy, i był tak zmęczony, jakby odbył długą wędrówkę, dźwigając wielki ciężar.

Podbiegł do Connie i wrzasnął, przekrzykując muzykę i hałas:

– Jesteśmy za starzy na takie numery! Dalej, zmywajmy się stąd!

Wskutek figlów Tiktaka, który przechodził wcześniej przez tłum, zabawa przeradzała się w bójki. Nie do wszystkich docierało, że impreza zmienia się w groźną burdę, bo niektórzy śmiali się, jakby w przekonaniu, że biorą udział w gwałtownym, lecz przyjacielskim tańcu polegającym na przepychaniu się i zderzaniu ze sobą.

Harry i Connie byli zbyt daleko od wyjścia, żeby dostać się do drzwi, zanim tłum ogarnie panika. Chociaż nie istniało żadne bezpośrednie zagrożenie, ludzie zareagują na nagłą eksplozję przemocy jak na wybuch pożaru. Niektórzy będą nawet przekonani, że widzieli ogień.

Harry chwycił Connie za rękę, żeby nie rozłączono ich w zamęcie, i pociągnął ku tyłowi, gdzie według jego przekonania powinny być drugie drzwi.

Nic dziwnego, że w powszechnym zamieszaniu niektórzy z gości brali rękoczyny za zabawę, nawet ci nie zamroczeni narkotykami. Światła punktowców przesuwały się tam i z powrotem, omiatając metalowy sufit, jaskrawe laserowe wiązki wycinały na podłodze zawiłe wzory, migały lampy stroboskopowe, fantasmagoryczne cienie przewijały się przez rojny tłum, młode twarze w coraz to innych karnawałowych maskach kolorowego światła wyglądały dziwnie i tajemniczo, psychodeliczne obrazy pulsowały i drgały na dwóch wielkich ścianach, dyskdżokej podkręcił głośniej wściekłą muzykę, a wrzawa wręcz ogłuszała. Bombardowane zbyt wieloma bodźcami zmysły łatwo brały przelotny obraz zaciekłej bójki za entuzjastyczne okazywanie dobrego humoru lub gorących uczuć.