— Jeśli natychmiast nie przyprowadzisz tu osoby, która zarządza domem, zabiorę tego zwierzaka ze sobą i zjem na kolację. Quara zastanowiła się, wstała i wybiegła z pokoju. Chwilę później pojawiła się zmęczona, nieuczesana dziewczyna o zaspanych oczach.
— Desculpe, por favor — szepnęła. — O menino nSo se restabeleceu desde a morte do pai… Nagle jakby się obudziła.
— O Senhor e Falante pelos Mortos! Jesteś Mówcą Umarłych!
— Sou — potwierdził Ender. — Jestem.
— Nao aqui — jęknęła. — Nie, przepraszam, mówisz po portugalsku? Oczywiście, przecież mi odpowiedziałeś. Proszę cię, nie tutaj, nie teraz. Odejdź.
— Doskonale. Mam zabrać chłopca czy nóż? Podniósł głowę. Podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.
— Nie, przepraszam, wczoraj szukaliśmy go przez cały dzień. Wiedzieliśmy, że go schował, ale nie wiedzieliśmy, gdzie.
— Przylepił sobie do nogi.
— Nie wczoraj. Zawsze tam sprawdzamy. Puść go, proszę.
— Jesteś pewna? Wydaje mi się, że ostrzy sobie zęby.
— Grego — zwróciła się do chłopca. — Nie wolno kłuć ludzi nożem. Grego warknął gardłowo.
— To przez śmierć ojca.
— Tak bardzo byli sobie bliscy? Gorzki uśmiech przemknął po jej twarzy.
— Raczej nie. Zawsze był złodziejem, to znaczy Grego, od kiedy urósł na tyle, by trzymać coś i iść równocześnie. Ale atakowanie ludzi to coś nowego. Puść go, proszę.
— Nie — odparł Ender. Jej oczy zwęziły się gniewnie.
— Chcesz go porwać? Dokąd? Jakiego żądasz okupu?
— Może nie zrozumiałaś — powiedział Ender. — On mnie zaatakował. A ty nie dajesz gwarancji, że nie zrobi tego znowu. Nie poczyniłaś żadnych przygotowań, by go ukarać, gdy już stanie na ziemi. Tak, jak oczekiwał, w jej oczach błysnęła wściekłość.
— Co sobie właściwie wyobrażasz? To jego dom, nie twój!
— Właściwie jestem zmęczony długim spacerem z praca aż tutaj. Olhado narzucił szybkie tempo. Chciałbym usiąść.
Ruchem głowy wskazała mu krzesło. Grego wyrywał się i szarpał w silnym uchwycie. Ender podniósł go tak, by ich twarze znalazły się blisko siebie.
— Wiesz, Grego, jeśli uda ci się wyrwać, to z pewnością uderzysz głową o betonową podłogę. Gdyby był tam jakiś dywan, miałbyś szansę nie stracić przytomności. Ale nie ma. I, szczerze mówiąc, chętnie usłyszę stuk twojej czaszki o beton.
— On niezbyt dobrze zna stark — odezwała się dziewczyna. Ender wiedział, że Grego zrozumiał doskonale. Dostrzegł także jakieś poruszenie:
Olhado wrócił i stanął w drzwiach do kuchni. Quara kryła się za nim. Ender uśmiechnął się do nich uprzejmie i postąpił krok w stronę krzesła. Po drodze rzucił Grega w górę, puszczając przy tym jego dłonie i stopy tak, że chłopiec zawirował w powietrzu, zamachał rękami i nogami, wrzasnął ze strachu przed bólem, który miał nadejść, gdy runie na podłogę. Ender usiadł płynnie i pochwycił Grega, natychmiast przyciskając mu ramiona do tułowia. Chłopiec zdążył wbić pięty w jego golenie, ale ponieważ nie miał butów, manewr nie przyniósł żadnych efektów. Po chwili znowu został unieruchomiony.
— Miło tak sobie posiedzieć — oświadczył Ender. — Jesteście niezwykle gościnni. Nazywam się Andrew Wiggin. Spotkałem już Olhada i Quarę, a Grego i ja, jak widać, zdążyliśmy się nawet zaprzyjaźnić. Dziewczyna wytarła rękę o fartuch, jakby miała zamiar mu ją podać, ale nie zrobiła tego.
— Jestem Ela Ribeira. Ela to zdrobnienie od Elanory.
— Miło cię poznać. Widzę, że przygotowujesz kolację.
— Tak. Jestem bardzo zajęta. Powinieneś chyba przyjść jutro.
— Nie przeszkadzaj sobie. Mogę zaczekać. Do pokoju wsunął się jeszcze jeden chłopiec, starszy od Olhada, ale młodszy niż Ela.
— Nie słyszałeś, co powiedziała moja siostra? Nie chcemy cię tutaj!
— Jesteście dla mnie aż nazbyt uprzejmi — stwierdził Ender. — Ale przyszedłem się zobaczyć z waszą matką i zostanę, dopóki nie wróci z pracy. Wzmianka o matce uspokoiła ich natychmiast.
— Zakładam, że jest w pracy. Gdyby była w domu, gwałtowne wypadki z pewnością wywabiłyby ją na otwartą przestrzeń.
Olhado uśmiechnął się lekko, ale starszy chłopiec sposępniał, a na twarzy Eli pojawił się wyraz niechęci i bólu.
— Dlaczego właściwie chcesz widzieć właśnie ją? — zapytała.
— Chciałem poznać was wszystkich — uśmiechnął się do starszego chłopca. — Ty pewnie jesteś Estevao Rei Ribeira. Nazwany tak dla uczczenia świętego Stefana Męczennika, który widział Jezusa siedzącego po prawicy Boga.
— Co możesz wiedzieć o tych sprawach, ateisto!
— O ile sobie przypominam, święty Paweł stał z boku i przytrzymywał płaszcze ludziom, którzy kamienowali świętego Stefana. Najwyraźniej nie był wtedy wyznawcą. Co więcej, mam wrażenie, że uważano go za jednego z najstraszniejszych wrogów Kościoła. A przecież potem żałował za swe grzechy, prawda? Proponuję, byś mnie uznał nie za nieprzyjaciela Boga, ale za apostoła, który nie został jeszcze zatrzymany na drodze do Damaszku — Ender uśmiechnął się promiennie. Chłopiec przyglądał mu się z zaciśniętymi ustami.
— Nie jesteś świętym Pawłem.
— Wręcz przeciwnie. Jestem apostołem prosiaczków.
— Nigdy ich nie zobaczysz. Miro ci nie pozwoli.
— Może pozwolę — zabrzmiał od drzwi jakiś głos. Wszyscy odwrócili się natychmiast i patrzyli, jak wchodzi. Miro był młody — chyba nie skończył jeszcze dwudziestu lat. Lecz twarz i postawa świadczyły o brzemieniu odpowiedzialności i cierpienia, zbyt ciężkim na jego wiek. Pozostali nie cofali się przed nim, tak jak przed kimś, kogo się obawiają. Raczej orientowali się według niego i okrążali parabolami, jakby był środkiem ciężkości i jego obecność poruszała wszystkim. Miro przeszedł na środek i stanął przed Enderem. Patrzył jednak na jego więźnia.
— Puść go — polecił lodowatym tonem. Ela dotknęła lekko jego ramienia.
— Miro, Grego próbował pchnąć go nożem — a jej głos mówił też: uspokój się, wszystko w porządku, Gregowi nic nie grozi, a ten człowiek nie jest naszym wrogiem. Ender słyszał to wyraźnie; Miro chyba także.
— Grego — powiedział. — Uprzedzałem cię, że w końcu trafisz na kogoś, kto się ciebie nie przestraszy. Widząc, jak sprzymierzeniec zmienia się nagle w przeciwnika, Grego wybuchnął płaczem.
— On mnie zabija! Chce mnie zamordować! Miro spojrzał chłodno na Endera. Ela mogła ufać Mówcy Umarłych, ale on jeszcze nie.
— Naprawdę sprawiam mu ból — przyznał Ender. Nauczył się, że mówienie prawdy jest najlepszym sposobem zdobycia zaufania. — Za każdym razem, kiedy próbuje się wyrwać, odczuwa sporą niewygodę. A jeszcze nie przestał się wyrywać.
Patrzył wprost w oczy Mira, a ten zrozumiał jego niemą prośbę. Przestał nalegać, by puścił Grega.
— Nie mogę ci pomóc, Greguinho.
— Pozwolisz mu na to? — zdziwił się Estevao. Miro wyciągnął rękę w jego stronę i wyjaśnił przepraszająco:
— Wszyscy mówią na niego: Quim — przezwisko brzmiało jak „king” w starku. — Kiedyś głównie dlatego, że na drugie imię ma Rei. Ale teraz on sam uważa, że włada z boskiego namaszczenia.