Выбрать главу

— Szukałem Sylvie.

— O tak, zostawiłeś jej brata w pokoju. Miły facet, naprawdę. Znalazłeś ją?

— Nie.

— O kurczę.

Stali naprzeciw siebie. Auberon, ciągle trochę zamroczony nagłym powrotem na ulice miasta, nie wiedział, jak zapytać George’a, czy może zostać, chociaż wydawało się oczywiste, że właśnie po to tu przyszedł. George patrzył tylko z uśmiechem i kiwał głową. W jego czarnych oczach zagościła trwoga, jakby obawiał się czegoś, czego nie mógł zobaczyć. Chociaż w Edgewood panowała jeszcze pogoda typowa dla maja, jednotygodniowa, miejska wiosna już przeminęła i lato było w pełni. Powietrze przepełniało bogactwo zapachów, ulice ogarniała gorączka. Auberon zdążył już zapomnieć.

— To co — powiedział George.

— To co — powtórzył Auberon.

— Z powrotem w wielkim mieście? — powiedział George. — Czy myślałeś…

— Mogę wrócić? — zapytał Auberon.

— No coś ty. Świetnie. Jest dużo roboty. Twój pokój stoi pusty… Jak długo chcesz zostać?

— No nie wiem, chyba już na zawsze — odparł Auberon.

Czuł się jak poobijana piłka, teraz rozumiał to doskonale. Najpierw został wybity z Edgewood, poszybował wysoko, aż spadł do miasta. W jakimś szaleńczym tańcu odbijał się rykoszetem od ścian i obiektów, które wyznaczały kierunek jego drogi. Aż w końcu (nie z własnego wyboru) rzucono go z powrotem do Edgewood, gdzie odbijał się regularnie — kąt padania równy kątowi odbicia. A potem znów poszybował na ulice i dotarł do dawnego domu. Nawet najbardziej wytrzymała piłka nie może być ciągle podbijana. Najpierw skacze wysoko, potem coraz niżej, a w końcu tylko się toczy po trawie. Wreszcie zupełnie zwalnia i kołysząc się leciutko, staje.

Trzy wcielenia Lilac

George zdał sobie nagle sprawę, że stoją w otwartych drzwiach, i rzuciwszy spojrzenie w głąb ulicy, żeby zobaczyć, czy ktoś nie nadchodzi, pociągnął Auberona do środka, po czym zamknął drzwi. Tak samo postąpił kiedyś pewnego zimowego dnia w innym świecie.

— Jest poczta do ciebie — powiedział, idąc z Auberonem przez hol w stronę schodów wiodących na dół do kuchni. Potem mówił coś o pomidorach, ale Auberon już nic nie słyszał, bo krew uderzyła mu nagle do głowy. Z trwogą przypomniał sobie o podarunku. Nie mógł myśleć w tej chwili o niczym innym. Trwał w tym stanie, podczas gdy George chaotycznie przerzucał papiery w poszukiwaniu listów, co rusz przerywając, żeby rzucić jakąś uwagę albo zadać pytanie. Dopiero gdy zauważył, że Auberon go nie słucha ani nie odpowiada na jego pytania, skoncentrował się na jednym zajęciu i znalazł wreszcie dwie podłużne koperty, które wsunął wcześniej do tostera z jakimiś przestarzałymi monitami i mało ważnymi przepisami.

Auberon od razu stwierdził, że żaden z listów nie jest od Sylvie. Ręce mu drżały, gdy otwierał koperty, chociaż nie było już powodu do zdenerwowania. „Petty, Smilodon i Ruth” mieli przyjemność poinformować go, że testament doktora Drinkwatera został wreszcie wykonany. Załączali rozliczenie, z którego wynikało, że jego udział, po potrąceniu zaliczek i kosztów wynosi 34 dolary i 17 centów. Jeśli przyjdzie do kancelarii i podpisze odpowiednie dokumenty, otrzyma wzmiankowaną sumę w całości. Druga koperta, z czerpanego papieru i z kosztownym nadrukiem firmowym, zawierała list od producentów serialu Inny świat. Przeczytali bardzo wnikliwie jego maszynopisy. Pomysły fabularne były wspaniałe i żywe, ale dialogi niezbyt przekonujące. Jednak gdyby zechciał poprawić te maszynopisy albo napisać kolejne, to mogliby włączyć go do swojego zespołu młodych scenarzystów. Mieli nadzieję, że odpowie. W każdym razie mieli tę nadzieję w zeszłym roku. Auberon roześmiał się. Być może znalazł chociaż pracę. Może będzie kontynuował niekończące się kroniki doktora na temat zielonej łąki i dzikiego lasu, choć nie w tej samej formie, w jakiej robił to doktor.

— Dobre wieści? — spytał George, parząc kawę.

— Wiesz — powiedział Auberon — ostatnio bardzo dziwne rzeczy dzieją się na świecie. Bardzo dziwne.

— Opowiedz mi o nich — poprosił George, nie chcąc wcale niczego wiedzieć.

Auberon uświadomił sobie, że dopiero gdy wyzwolił się z pijackiego zamroczenia, zaczął zauważać rzeczy, do których inni ludzie już przywykli. Poczuł się tak, jakby miał za chwilę oznajmić kumplom, że niebo jest błękitne, a drzewa rosnące wzdłuż ulicy wypuściły liście.

— Czy zawsze rosły tu takie duże drzewa? — zapytał George’a.

— Najgorsze — odparł kuzyn — że korzenie podnoszą podłogę w suterenie. A spróbuj wytłumaczyć to w Zieleni Miejskiej. Beznadzieja. — Postawił przed Auberonem kawę. — Mleka? Cukru?

— Wolę czarną.

— Dziw nad dziwy — powiedział George, mieszając małą pamiątkową łyżeczką kawę, której wcale nie osłodził. — Czasem mam ochotę wysadzić tę budę. Wrócić do fajerwerków. Na tym można teraz zbić forsę, przy tych wszystkich uroczystościach. — Tak?

— Eigenblick i reszta. Parady, pokazy. Lubi te rzeczy. I fajerwerki.

— Ach tak.

Odkąd Auberon spędził noc i poranek z Brunem, celowo unikał wszelkich myśli dotyczących Russella Eigenblicka. Miłość to dziwna rzecz. Zabarwia swoim kolorem całe połacie świata i już zawsze noszą one barwy miłości, obojętnie czy jasne, czy ciemne. Pomyślał o południowych rytmach, pamiątkowych koszulach, o niektórych ulicach i placach w mieście, o słowiku.

— Zajmowałeś się fajerwerkami?

— Jasne. Nie wiedziałeś? Byłem najlepszy, chłopie. Nazwisko w gazetach. Kupa śmiechu.

— W domu nigdy nie wspominali — powiedział Auberon, czując, że to kolejna sprawa, którą trzymali w tajemnicy. — Nie przy mnie.

— Nie? — George dziwnie na niego spojrzał. — To się dosyć gwałtownie skończyło. Mniej więcej w tym czasie, kiedy się urodziłeś.

— Ach tak? Dlaczego?

— Okoliczności, chłopie, okoliczności. — Zagapił się na swoją kawę, popadł w dziwną zadumę, rzecz niespotykana u George’a. W końcu podjął najwyraźniej jakąś decyzję. — Wiesz, że miałeś siostrę, Lilac?

— Siostrę? — To było coś nowego. — Siostrę?

— No tak, siostrę.

— Nie. Sophie miała dziecko, dziewczynkę, Lilac, która zaginęła. Ja miałem tylko wymyśloną przyjaciółkę o takim samym imieniu. Ale nie siostrę. — Zamyślił się. — Zawsze mi się zdawało, że były trzy. Nie wiem czemu.

— Ja mówię o dziecku Sophie. Myślałem, że ta historia, która rozegrała się na górze… No, nieważne.

Ale Auberon nie dał za wygraną.

— O nie, chwileczkę. Co znaczy „nieważne”? — George wzniósł oczy z poczuciem winy, zdziwiony tonem Auberona. — Jeśli coś wiesz, to chcę to usłyszeć.

— To długa historia.

— Tym lepiej.

George zamyślił się. Wstał, włożył stary sweter i usiadł z powrotem.

— Zgoda. Sam tego chcesz. — Zastanawiał się, od czego zacząć. Na skutek długoletniego zażywania narkotyków potrafił opowiadać bardzo żywo, ale nie zawsze z sensem. — Fajerwerki. Trzy wcielenia Lilac, tak?

— Jedna była zmyślona.

— Cholera. Ciekawe, jakie były tamte. W każdym razie jedna była fałszywa jak sztuczny nos. Dokładnie tak. O tej fałszywej to historia z fajerwerkami. Więc pewnego dnia dawno temu Sophie i ja… To było w zimie, kiedy przyjechałem do Edgewood i ona i ja… Ale nie miałem pojęcia, że coś z tego wyniknęło, rozumiesz? Chwila słabości. Machnąłem na to ręką. To znaczy nabrała mnie. Poza tym wiedziałem, że w tym samym czasie było coś między Sophie i Smokym. — Spojrzał na Auberona. — Wszyscy o tym wiedzą, prawda?