Bankiet
Rozebrała się tak szybko, jak przedtem ubrała. Nie zdjęła tylko majteczek. Auberon, przebudzony, obserwował ją z łóżka. Następnie, wydając ciche okrzyki, szybko wspięła się na łóżko i zagrzebała w cieple, na które zasługiwała jak nikt inny, w cieple, którego nigdy nie powinna opuszczać. Auberon ze śmiechem odsuwał się od jej zimnych rąk i stóp, które szukały jego ciała, miękkiego od snu i bezbronnego. Wreszcie poddał się. Wcisnęła zimny nos w zagłębienie na jego szyi i gruchała jak gołębica, kiedy jego dłonie objęły elastyczne majteczki.
W Edgewood Sophie położyła jedną kartę na drugiej: rycerz buław i królowa denarów.
Sylvie spytała później:
— Czy o czymś myślisz?
— Hm? — mruknął. Okrył swą nagość płaszczem i usiłował rozpalić ogień.
— Czy myślisz o czymś? — powtórzyła Sylvie. — Wtedy. To znaczy, gdy to robisz. Ja mam bardzo dużo myśli, to prawie cała historia.
Zrozumiał, o czym mówi Sylvie, i roześmiał się.
— Ach, myśli — powiedział. — Wtedy. Pewnie. Zwariowane myśli.
Chcąc szybko rozpalić ogień, wrzucił do kominka większość drewna, które pozostało w skrzynce. Chciał, żeby w składanej sypialni było gorąco, na tyle gorąco, żeby Sylvie wyszła spod kołder, w których się zagrzebała. Chciał ją zobaczyć.
— Na przykład tym razem wędrowałam — powiedziała.
— Tak. — On również wędrował.
— Dzieci — mówiła dalej. — Dzieci albo małe zwierzęta, tuziny, różnych kolorów i wielkości.
— Tak. — On także je widział. — Lilac — dodał.
— Kto?
Auberon zaczerwienił się i dźgnął ogień kijem golfowym, który służył właśnie do tego celu.
— Przyjaciółka. Mała dziewczynka. Wymyślona przyjaciółka.
Sylvie nic nie powiedziała, tylko nadal błądziła myślami, nie wróciła jeszcze do składanej sypialni.
— Więc kto to taki? — zapytała ponownie. Auberon wszystko jej wyjaśnił.
W Edgewood Sophie położyła następną kartę: Zawiniątko. Szukała — chociaż wcale nie miała takiego zamiaru — zaginionego dziecka, które los zesłał jej i George’owi Mouse’owi. Ale nie mogła go znaleźć. Zamiast niego odnalazła — im dłużej patrzyła, tym lepiej ją widziała — inną dziewczynkę, która nie zaginęła, ale sama czegoś poszukiwała. Obok niej maszerowali królowie i królowe, szereg za szeregiem, a każdy wypowiadał swoje przesłanie: jestem Nadzieją, jestem Żalem, jestem Lenistwem, jestem Nieposzukiwaniem Miłości, uzbrojeni i na koniach, uroczyści i groźni, kroczyli przez ciemny las kart atutowych, ale oprócz nich, niewidziana przez nich, dostrzeżona tylko w ułamku sekundy przez Sophie, wśród groźnych niebezpieczeństw maszerowała odważnie księżniczka, której nikt nie znał. Ale gdzie jest Lilac? Sophie położyła następną kartę: to był Bankiet.
— Więc co się z nią stało? — zapytała Sylvie. Ogień buzował coraz mocniej, a w pokoju robiło się cieplej.
— Tak jak ci powiedziałem — odparł Auberon, odsuwając poły płaszcza, żeby ogrzać sobie pośladki. — Nigdy już jej nie zobaczyłem po tym dniu na pikniku…
— Nie myślę o niej — powiedziała Sylvie. — Nie o tej wymyślonej. Chodzi mi o prawdziwą. O dziecko.
— Och. — Wydawało mu się, że minęło kilka wieków, odkąd przybył do Miasta. Przypomnienie sobie Edgewood wymagało teraz wielkiego wysiłku, a odgrzebywanie dzieciństwa przypominało odkopywanie Troi. — Wiesz, że właściwie nie wiem. To znaczy chyba nigdy nikt mi nie opowiedział całej historii.
— No, ale co się zdarzyło? — Poruszyła się rozkosznie pod kołdrą, rozgrzana. — Czy umarła?
— Chyba nie — odparł Auberon, zaszokowany tym pomysłem.
Przez chwilę widział całą tę historię oczyma Sylvie i wydała mu się groteskowa. Jak jego rodzina mogła zgubić dziecko? A jeśli nie zginęło? Jeśli istniało jakieś proste wyjaśnienie (adopcja, nawet śmierć), to dlaczego o tym nie wiedział? W historii rodziny Sylvie plątało się kilkoro zaginionych dzieci. Były w sierocińcach albo zostały adoptowane. O każdym z nich przypominano sobie od czasu do czasu, wszystkie zostały odżałowane. Gdyby był w stanie odczuwać cokolwiek oprócz uczuć do Sylvie, związanych z planami, jakie miał na kilka następnych minut, odczuwałby gniew z powodu własnej niewiedzy. Ale to nie miało znaczenia.
— To nieważne — powiedział, zadowolony, że istotnie tak jest. — Kładę na tym krechę.
Ziewnęła szeroko, próbując powiedzieć coś w tym samym momencie, i roześmiała się.
— Więc nie wracasz?
— Nie.
— Nawet jak znajdziesz szczęście?
Nie powiedział: „już je znalazłem”, chociaż była to prawda.
Wiedział o tym, odkąd zostali kochankami. Zostali kochankami: to przypominało czary, żaby zamienione w księżniczki.
— Nie chcesz, żebym wrócił? — zapytał, zdejmując płaszcz i wchodząc do łóżka.
— Poszłabym za tobą — odparła. — Naprawdę.
— Ciepło? — spytał, odsuwając kołdrę, pod którą leżała.
— Hej! — zawołała. — Ay, que grande.
— Ciepło — powiedział i zaczął całować jej szyję i ramiona, które wyłoniły się spod przykrycia. Cmokał i mlaskał jak kanibal. Ciało. Żywe, takie żywe.
— Roztopię się — powiedziała. Oplatał ją sobą, jak gdyby jego smukłe ciało chciało ją wchłonąć; nieskończony kęs. Pochylił się nad jej nagością — uczta.
— Gotuję się — powiedziała i była to prawda. Rozgrzewała się coraz bardziej doskonałym ciepłem rozżarzonego klejnotu, który skrywała w swym wnętrzu. Utkwiła przez moment spojrzenie w Auberonie, zdumiona i wdzięczna. Patrzyła, jak bez końca zapełnia nią swe puste serce. Potem zaczęła wędrować i on również: oboje znaleźli się w tym samym królestwie (potem porozmawiają o tym, porównają miejsca, w których byli, i stwierdzą, że były takie same), w królestwie, do którego prowadziła ich, jak sądził Auberon, Lilac. Gdy kochali się, nadal wędrując, prowadzono ich ścieżkami wytyczonymi przez zielsko po bezkresnej krainie, pośród zawiłości i zakrętów bardzo długiej historii, pośród niekończących się „a wtedy”. Wreszcie znaleźli się w miejscu przypominającym to, które Sophie dostrzegła w Edgewood na ciemnej karcie zwanej Bankietem: długi stół przykryty dopiero co rozwiniętym obrusem, jego nogi tonęły w kwiatach rosnących pod sękatymi drzewami; wysoka kompotiera; symetryczne świeczniki; wielki stół, przy którym było wiele miejsc, ale nikt przy nim nie siedział.
KSIĘGA CZWARTA
DZIKI LAS