Выбрать главу

– Napisałem. – Podał mi kartkę. Widniało na niej: „Wracajcie najbliższym statkiem do domu. Z pozdrowieniami, R.E.”.

– No wiesz! – obruszyłam się.

– Po cóż mam powtarzać informacje, których zapewne udzieliłaś w nadmiarze, nie żałując szczegółów? Ślęczałaś nad tym chyba z godzinę.

– Na pewno krócej, mój drogi. Musiałam ich jednak poinformować o najważniejszych sprawach. Nefret, czy chciałabyś coś dopisać?

– Nie wiem, na ile szczegółowa jest twoja relacja, ciociu Amelio. Co napisałaś o Ramzesie i Davidzie? Wiesz, jak ciotka Evelyn potrafi się zamartwiać.

– Możesz przeczytać list, jeśli chcesz.

Ramzes stanął za nią.

– Hmm, masz talent do obrazowych opisów, mamo – stwierdził. – Może jednak dopiszę parę słów, żeby ich uspokoić.

– Lewą ręką? – skrzywiła się Nefret. – Takie bazgrały jeszcze bardziej by zaniepokoiły ciotkę. Już wiem, dołączę opis medyczny. Suche fakty mają mniej alarmującą wymowę niż wymysły kochających osób o bujnej wyobraźni.

Pisała jeszcze, gdy weszli Selim z Daoudem. Mieli pojechać do Kairu porannym pociągiem. Emerson dał im pieniądze na drogę i polecił, by zachowali czujność.

– Zostańcie tam, dopóki nie wsiądą na statek – polecił. – Niezależnie od tego, jak długo to potrwa. Niech to diabli! – zaklął, uświadamiając sobie, że pozbywa się dwóch najbardziej wartościowych pracowników.

– A co będzie, jeżeli pan Walter Emerson nie zechce wyjechać? – zapytał Selim.

– Dajcie mu w łeb i…

– Przestań, Emersonie, nie mieszaj chłopakowi w głowie – przerwałam mu, widząc, jak oczy i usta Selima otwierają się szeroko z konsternacji. – W takim przypadku, po prostu… No właśnie, co mają zrobić?

– Dobrze, że wreszcie ktoś zadał to pytanie – rzekł Ramzes. – Rozmawiamy o nich jak o jakichś paczkach, które można odesłać wedle woli. Widywałem już ciotkę Evelyn w akcji i wierzcie mi, wcale nie jest skłonna potulnie przyjmować rozkazów.

– Walter też nie będzie chciał wracać – przytaknęłam. – Ale mają dziecko, którego nie wystawią przecież na niebezpieczeństwo. A samej Lii do domu nie odeślą.

Nastąpiła chwila milczenia. Ramzes, stojący za krzesłem Nefret z dłońmi na oparciu, spoglądał w przestrzeń z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– No cóż – odezwał się wreszcie Emerson – Selim bardzo słusznie poruszył tę kwestię. Możliwe jest, jak sądzę, że Walter zapakuje Evelyn z Lią na statek, a sam przyjedzie tutaj. Evelyn pewnie się to nie spodoba, ale pogodzi się z sytuacją. Na pewno nie będzie oczekiwała, że mąż pozwoli jej przyjechać do nas samej, a tym bardziej z Lią.

– Ja także bym na to nie liczyła – powiedziałam. – Selimie, jeżeli któreś z nich będzie nalegać na przyjazd, niech robią, jak chcą. Są w końcu wolnymi ludźmi i możemy im najwyżej doradzać, a nie rozkazywać.

Wręczyliśmy Selimowi listy i życzyliśmy im obu szczęśliwej podróży. Daoud uściskał Davida, a Emersonowi i Ramzesowi podał rękę. Był człowiekiem małomównym, chłonął jednak każde nasze słowo i widać było, że jest dumny z powierzenia mu tak ważnej misji.

Wkrótce potem rozeszliśmy się do pokojów. Emerson wziął pod ramię Nefret; wiedziałam, że wymyśli jakiś niezbyt zakamuflowany powód, żeby przepatrzyć jej pokój, zanim ją tam wpuści. Ja poszłam za Ramzesem i dogoniłam go przed drzwiami jego sypialni.

– Tak, mamo? – uniósł pytająco brew.

– Jak tam twoja ręka? Czy chcesz, żebym ją obejrzała?

– Nefret zmieniła mi opatrunek przed obiadem.

– Może odrobinę laudanum na zaśnięcie?

– Nie, dziękuję – odparł i przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu. – To nie ty wystawiłaś mnie na niebezpieczeństwo, mamo – powiedział w końcu. – Ty raczej cholernie się starałaś, żeby mnie przed nim uchronić.

– Nie klnij, Ramzesie.

– Przepraszam, mamo.

– Dobranoc, mój drogi.

– Dobranoc, mamo.

Dawno już przestałam liczyć na to, że przekonam moją rodzinę do uczestnictwa w niedzielnej mszy. Mówiąc oględnie, ich religijne zapatrywania były bardzo różne. Ojciec Davida uważał się za chrześcijanina, chociaż, jak to obrazowo określił Abdullah, „umarł, przeklinając Boga”. Nefret była kapłanką Izydy w społeczności, która wciąż czciła starych bogów, podejrzewałam więc, że nie porzuciła całkiem wiary w pogańskie bóstwa. Być może miała na tę sprawę podobny pogląd co Abdullah, który twierdził, iż „nie ma niczego złego w tym, że człowiek broni się przed nieprawdą”. Wypowiedzi Emersona na temat wszelkich religii oscylowały od bluźnierczych do niechętnych. Ramzes, jeśli w ogóle posiadał jakieś poglądy na ten temat, nigdy ich nie ujawnił. Tak więc szabat był dla nas normalnym dniem pracy, zwłaszcza że pozwoliliśmy naszym muzułmańskim robotnikom na odpoczynek w piątek. Noc upłynęła spokojnie; następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, wyspani i gotowi ruszać do Doliny.

Ned Ayrton nabrał zwyczaju przychodzenia do nas na krótką przerwę późnym rankiem. Nie stało to w sprzeczności z jego zasadami, których w pracy bardzo przestrzegał. Wielu archeologów pozwala sobie na przerwę dopiero po kilku godzinach pracy, my jednak zwykliśmy odpoczywać chwilę przy herbacie około dziesiątej i Ned także. Nie zostanę chyba posądzona o próżność, stwierdzając, że polubił nasze towarzystwo.

Odpowiadając na natarczywe pytania Emersona, wyjawił nam, że jego ludzie pogłębiają wykop pod kamiennym czworokątem, który odkryli poprzedniego dnia.

– Ciężko to idzie – wyjaśnił. – Wapienne bryły nasiąkły wodą i są jak pozlepiane cementem.

– Niedobry znak – stwierdził Emerson, pocierając podbródek.

– Właśnie. Można mieć tylko nadzieję, że jeśli pod spodem jest jednak grobowiec, deszcz nie zdołał do niego przeniknąć. No, chyba za długo już tu zabawiłem – dodał, wstając – a wszystko przez to, że pani towarzystwo jest tak miłe, pani Emerson.

– Davis ma w stosunku do niego tak wielkie oczekiwania, że biedny chłopak musi być bardzo zdenerwowany – zauważyłam, gdy Ned się oddalił. – Nie sądzę, żeby coś znalazł tam, gdzie teraz kopie.

– Hmm – mruknął tylko Emerson.

Jestem głęboko przekonana, że mój mąż ma szósty zmysł do takich spraw. Późnym popołudniem, kiedy już kończyliśmy pracę, Ned przybiegł do nas znowu z radosną wieścią.

– Eureka! – zdołał tylko wykrzyknąć i przez dobrą chwilę usiłował uspokoić oddech.

– Znalazł pan jednak wejście do grobowca, czy tak? – zapytał Emerson pozornie obojętnym tonem.

– Tak, profesorze. W każdym razie schody, wykute w skale. Może ma pan ochotę to obejrzeć?

Ujął to bardzo oględnie, ponieważ nikt nie utrzymałby w tym momencie Emersona na miejscu, nawet siłą. Pobiegliśmy za nim.

Wykop znajdował się na prawo od otwartego grobowca Ramzesa IX. Otaczały go hałdy ziemi i gruzu, lecz szczyt wyciętych w skale stopni był już oczyszczony.

Ludzie Neda odkopywali je nadal, wynosząc skalne odłamki w koszach. Emerson zabrał jednemu z nich łopatę. Miał szklisty wzrok i otwarte usta. Intensywność jego uczuć w tej chwili zrozumieć może jedynie ktoś o podobnej pasji i równie długo pozbawiony możliwości oddawania się jej. Mogę to porównać tylko do odczuć wygłodzonego człowieka, który widzi nagle przed sobą górę kotletów. Nie obchodzi go, że to nie jego kotlety; jest głodny i chce je zdobyć za wszelką cenę.

Serce mi się ściskało na myśl, że muszę go powstrzymać, ale nie miałam wyjścia.

– Mój drogi, ludzie pana Ayrtona doskonale sobie radzą z kopaniem. Nie chcesz im chyba przeszkadzać?

Emerson spojrzał na mnie i otrząsnął się z transu.

– Ee… no tak. Rzeczywiście, Ayrton… hm… wygląda to obiecująco. Wypełnienie czyste, bez wody. Typowa osiemnasta dynastia; grób prawdopodobnie nieruszony od czasów dwudziestej dynastii.