A praca okazała się znacznie uciążliwsza, niż przewidywaliśmy. Zalegający w pierwszej komorze rumosz zawierał mnóstwo różnych części elementów wyposażenia grobowca: skorupy ceramicznych i alabastrowych dzbanów, paciorki wszelkich odmian, kawałki drewna i fragmenty szczątków ludzkich – oczywiście zmumifikowanych. Zgodnie z zasadami drobiazgowej procedury każda taka cząstka musiała być zinwentaryzowana i zachowana. Jak na rasowego uczonego przystało, praca ta pochłonęła Emersona tak bardzo, że (ku mojej uldze) nie posłał nawet nikogo, by podejrzał, co porabia nieszczęsny Ned Ayrton.
Wczesnym popołudniem zaproponowałam mu, żebyśmy wrócili do domu.
– Wiadomość od Waltera powinna już nadejść – przekonywałam go. – Prosiłam, żeby zatelegrafował jak najszybciej.
Emerson popatrzył na mnie tępym wzrokiem. Zagadnienia archeologiczne tak go pochłonęły, że przez dobrą chwilę nie docierało doń, o czym mówię.
– Nie wiem, czemu robisz cały ten szum, Peabody – odpowiedział w końcu. – Telegram od Waltera albo przyszedł, albo nie przyszedł. Czego właściwie ode mnie oczekujesz?
– Poślij człowieka do urzędu telegraficznego. Wiesz, jacy są ci urzędnicy; potrafią przetrzymywać wiadomość na biurku przez kilka dni.
– Nie mogę pozbyć się kolejnego robotnika, Peabody. I tak już mi brakuje ludzi, zwłaszcza Selima i Daouda.
Posłałam więc Abdullaha. Dzień był upalny i chciałam go wyciągnąć z piekielnego gorąca i pyłu grobowca. Kiedy go poinstruowałam, co ma zrobić, i kazałam czekać na nas w domu, Nefret skinęła na mnie konspiracyjnie znad kupy rumoszu.
– Właśnie przeszedł pan Davis – szepnęła.
– Do Neda czy z powrotem?
– Z powrotem. Musiał nas wcześniej minąć niezauważony. Wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego, ciociu Amelio.
– Tak? Cóż, może te schody Neda jednak prowadzą do czegoś ciekawego. Davis ma szczęście.
– No właśnie. – Nefret uśmiechnęła się. – Czy mogę pójść to obejrzeć?
– Rób, jak uważasz, moja droga.
– A ty nie poszłabyś ze mną?
– Skoro tak mówisz…
Nie zdziwiło mnie jakoś, że mój syn już tam jest. Ostatnio widziałam go wprawdzie w odległym kącie grobowca, ślęczącego nad jakimś kartuszem, ale Ramzes to specjalista w wymykaniu się, szczególnie własnej matce. Obaj z Nedem stali w połowie schodów, spoglądając w dół.
Były już odkopane do końca, choć jeszcze nieoczyszczone. Na dole kończyły się przed ścianą z nieobrobionych, ułożonych bez zaprawy kamieni, które wypełniały prostokątny otwór wejściowy.
– Czy ściana nie jest naruszona? – zapytałam.
– Zawsze można na ciebie liczyć, że od razu przejdziesz do sedna sprawy, mamo – stwierdził Ramzes, wyciągając rękę, by pomóc mi zejść. Stopnie były zdradliwe, dość strome i zarzucone kamieniami. – Wygląda na to, że nie, choć to dość prowizoryczna konstrukcja… właśnie się zastanawialiśmy z Nedem nad tym, że może nie jest to pierwotne zamknięcie wejścia. Mamy… Nefret, nie schodź teraz, tu już nie ma miejsca.
– No to ty wyjdź. Chcę obejrzeć tę ścianę.
Kiedy już obejrzała, zwróciłam się do Ayrtona:
– Wspaniale, Ned. Pan Davis pewnie chciałby jak najszybciej zburzyć ścianę. Zamierzasz zrobić zdjęcia jeszcze dzisiaj czy jutro?
– Pan Davis polecił, żeby wszystko było gotowe na rano.
Odpowiedź była nieco wymijająca, a Ned starannie unikał naszego wzroku. Ramzes pochwycił moje spojrzenie i powiedział od niechcenia:
– Miałem właśnie zaproponować Nedowi, że z przyjemnością zrobimy dla niego kilka zdjęć. Sprzęt mamy na miejscu i nie zajmie nam to wiele czasu.
– To by było wspaniale – odparł z ulgą Ned. – Ja nie mam tutaj aparatu, a niedługo będzie za ciemno i…
– No właśnie! Nefret! – rzuciłam żywo, a ona od razu pobiegła do naszego stanowiska.
– Czy zawiadomiłeś pana Weigalla? – zwróciłam się do Neda. – To nowy grób, więc inspektor musi o nim wiedzieć.
– Pan Weigall ma być dzisiaj z żoną na herbacie u pana Davisa – odpowiedział Ayrton. – Myślę, że mój szef go wtedy o tym poinformuje.
Nefret wróciła w towarzystwie Emersona. Obawiałam się tego, lecz nic nie mogłam poradzić.
Zaprosiłam Neda do naszego domu na herbatę, ale wymówił się nawałem pracy. Prawda jednak była taka, że potrafił wytrzymać towarzystwo mojego męża najwyżej przez godzinę. Emerson nie jest szorstki – w każdym razie nie według jego własnych kryteriów – ale młodemu, nieśmiałemu człowiekowi trudno jest znieść jego niepohamowaną energię i niekończące się wykłady.
Abdullah wrócił wreszcie z telegramem. W urzędzie zapewnili go, że dopiero co nadszedł. „Wasza wiadomość otrzymana – napisał Walter. – Dyskusje w toku. Damy znać dziś lub jutro. Trzymajcie się”.
– Nadany z Kairu – stwierdziłam.
– Mam nadzieję, że szybko podejmą decyzję – mruknął Emerson. – Brakuje mi Selima i Daouda.
Nazajutrz kopaliśmy jak zwykle od wczesnych godzin tuż po wschodzie słońca. Davis ze swoją świtą zjawili się dopiero po dziesiątej.
Był ich cały tłum. Weigallowie, pani Andrews z siostrzenicami, Smithowie, służący z poduszkami, parawanami i koszami jedzenia oraz kilka elegancko odzianych osób, których nie znałam – zapewne były to jakieś ważne osobistości, zaproszone przez Davisa na otwarcie grobowca. Wyglądali wszyscy jak turyści od Cooka na wycieczce.
Davis miał na sobie swój ulubiony strój „profesjonalisty”: bryczesy do konnej jazdy z kamaszami na guziki, tweedową marynarkę z kamizelką i kapelusz o szerokim rondzie. Skinął mi głową, lecz wątpię, czyby się zatrzymał, gdyby Emerson nie odezwał się do niego.
Kontrast w ich wyglądzie był wręcz komiczny. Davis – elegancki i schludny, choć nieco śmieszny w swoim staromodnym stroju; Emerson – w białych od pyłu spodniach i wysokich butach oraz rozpiętej niemal do pasa koszuli z podwiniętymi rękawami. Czułam, że Davis postanowił być dziś dla nas uprzejmy i miły. Wyszczerzywszy zęby w przyjaznym uśmiechu, podszedł do mnie z wyciągniętą dłonią. Mój mąż, ociekający białą mazią z pyłu i potu, podrapany miejscami do krwi, nie był obiektem zachęcającym do bardziej wylewnego powitania, lecz Davis nie zdążył tego uniknąć, bo Emerson chwycił jego dłoń i energicznie nią potrząsnął. Pogratulował mu „kolejnego ciekawego odkrycia”, Weigall jednak, przyglądający się tej scenie z niejakim niepokojem – gdyż widok uprzejmego Emersona słusznie wzbudził jego podejrzenia – stwierdził, że muszą się pospieszyć.
– Czy mogę również przyjść popatrzeć?
Do zadania takiego pytania nie starczyłoby oczywiście tupetu nikomu oprócz Nefret. Ona także nie uchylała się tego ranka od pracy; ale była jedną z tych młodych kobiet, które mają to szczęście, że z twarzą lśniącą od wysiłku i niesfornymi lokami na policzkach wyglądają jeszcze bardziej uroczo niż zwykle. Zwracając się do Davisa, wycelowała weń całą baterię: promienne spojrzenie swoich niebieskich oczu, jasny uśmiech, burzę uroczo potarganych kosmyków i gesty smukłych brązowych dłoni. Jak to później skomentował Ramzes, „nieszczęsny chłopina był bez szans”.
– Emersonie – ulitowałam się nad moim zgnębionym małżonkiem, gdy odeszli. – Dlaczego nie idziesz z nimi?
– Zapomniano mnie zaprosić – odburknął. – To przeoczenie było celowe. Nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą.
– Nefret da nam znać, jeśli to rzeczywiście coś ciekawego – pocieszyłam go.
Istotnie, wkrótce wróciła, i to prawie biegiem.
– Weź płyty, Davidzie – rzuciła, chwytając aparat fotograficzny.