Выбрать главу

Scenariusz ten, przedłożony szkolnym władzom do wglądu, nie został zatwierdzony.

– Dlaczego to takie ponure? – wybrzydzał wicedyrektor, chudy, wysoki mężczyzna o ziemistej twarzy i wyglądzie gruźlika, przezywany Soliterem.

– Gdy czyta się to wszystko, to się żyć odechciewa. Nie możemy tolerować w szkole defetyzmu.

– To jest klasyka, panie dyrektorze – broniłem swojego dzieła. – Prawie wszystko lektury obowiązkowe. Ja nie układałem programu dla szkół.

– Nie zasłaniaj się programem – krzywił się wicedyrektor, przerzucając skrypt kartka po kartce. – Teksty dobrane są tendencyjnie. Tak żeby podać w wątpliwość wszelkie wartości i zniechęcić przez to do nauki i pracy. O, proszę – zatrzymał się na stronicy z monologiem Fausta i odczytał jego pierwsze linijki:

Choć filozofię studiowałem, medyczny kunszt, arkana prawa i teologię tez, z zapałem godnym, zaiste, lepszej sprawy, na nic się zdały moje trudy – jestem tak mądry jak i wprzódy!

– No? I co to znaczy? Że nie warto się uczyć, bo i tak się do niczego nie dojdzie, tak? I ty chcesz, żebyśmy temu przyklasnęli?!

– Braliśmy to na lekcjach polskiego! – odparowałem zniecierpliwionym tonem. – Więc jak to jest? Że gdy się czyta w domu albo na lekcji, to jest dobrze, a gdy się powie ze sceny, to źle?

– Na lekcji to co innego – odparł spokojnie Soliter. – Na lekcji jest nauczyciel, który tłumaczy wam, co autor miał na myśli.

– Więc o co, według pana, panie dyrektorze, chodziło tutaj Goethe-mu? – spytałem z ironią w głosie.

– Jak to o co? – prychnął wicedyrektor. – O pychę! O zadufanie. O zarozumiałość, właśnie taką jak twoja. Że gdy zaczyna się myśleć, że zjadło się wszystkie rozumy, to musi się to źle skończyć. Masz, tu jest to napisane – odczytał kolejne linijki:

Ku magii przeto zwracam wzrok: czy za nieczystych duchów sprawą nie pryśnie tajemnicy mrok, nie stanie się przeczucie jawą?

– Proszę bardzo! Magia, nieczyste siły, konszachty z diabłem, oto czym kończy zawsze wszelki zarozumialec. Tylko że o tym twój scenariusz już nie mówi. A poza tym – zmienił nagle temat – dlaczego tu w ogóle nie ma literatury ojczystej? Ostatecznie, jest to szkoła polska.

– To jest wybór z największych arcydzieł w historii dramatu… – zacząłem z udręką w głosie, ale Soliter przerwał mi w pół słowa z przesadnie eksponowanym sarkazmem:

– A więc literatura ojczysta nie ma, według ciebie, dramatów godnych zainteresowania. Mickiewicz, Słowacki, Krasiński to są dla ciebie płotki, drugorzędne, trzeciorzędne nazwiska…

– Tego nie twierdzę – z łatwością odparowałem ten sztych. – Jakkolwiek, z drugiej strony, nie może pan dyrektor nie przyznać, iż Ajschylosa, Szekspira, Moliera i Goethego gra się na całym świecie, podczas gdy nasi wieszczowie święcą tryumfy raczej tylko u nas.

– Cudze chwalicie, swego nie znacie, jak powiada przysłowie… – zakpił wicedyrektor.

– Ściśle rzecz biorąc – pośpieszyłem ze sprostowaniem – nie jest to przysłowie, lecz wyimek z wiersza Stanisława Jachowicza, innego naszego wielkiego poety. Wie pan, panie dyrektorze, tego, co napisał „Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku”, na pewno pan czytał…

– No, no! – uciął ten popis erudycji Soliter. – Nie bądź-no taki mądry! Twoja postawa jest typową postawą kosmopolityczną. Wiesz, co to jest kosmopolityzm?

– Obywatelstwo świata – odpowiedziałem krótko.

– Nie – rzekł wicedyrektor. – Jest to bierny, a nawet pogardliwy stosunek do tradycji i kultury własnego narodu. Ty zapatrzony jesteś w Zachód, bałwochwalczo przed nim klęczysz.

– W Zachód? – udałem zdziwienie. – Grecja, o ile mi wiadomo, zwłaszcza przed naszą erą…

Soliter nie pozwolił mi jednak dokończyć.

– Jakoś dziwnym trafem nie ma w twoim scenariuszu Czechowa, Gogola, Tołstoja, a nie powiesz mi chyba, że dzieła tych mistrzów grane są tylko w Rosji… znaczy, w Związku Radzieckim, chciałem powiedzieć.

– Więc jak? – widziałem, że dalsza dyskusja do niczego nie prowadzi. – Nie możemy tego pokazać?

– W tej formie nie. Chyba że dokonasz zmian, które ci zasugerowałem.

– Muszę to przemyśleć – powiedziałem dyplomatycznie, a w duchu pokazałem mu straszliwego „wała”.

Wypiąć się na Solitera, zwłaszcza w myśli, to nie była wielka sztuka. Sztuką było wybrnąć z powstałej sytuacji. Po tylu miesiącach prób, marzeń i nadziei, absolutnie nie czułem się na siłach, aby powiadomić zespół o negatywnej decyzji wicedyrektora. Z drugiej strony, nie mogłem tego zataić i – grając na czas – zwodzić uczestników obietnicami bez pokrycia. Nie mając nic do stracenia, jeszcze tego dnia udałem się do biura Warszawskiego Przeglądu Scen Amatorskich i Szkolnych, które mieściło się w jednym ze stołecznych teatrów, z myślą o zgłoszeniu naszego spektaklu do konkursu. Nie szedłem tam jednak beztrosko. Pomysł, aby wziąć udział w tego rodzaju imprezie (najpoważniejszej w danej kategorii), w dodatku na przekór Soliterowi, działał podniecająco, zarazem jednak wzbudzał paniczny strach przed blamażem. Nasze doświadczenie sceniczne było niezwykle ubogie. Nie zmierzywszy się jeszcze ani razu z widownią, nie znaliśmy własnych reakcji. Go zrobi z nami trema? Czy nie nawali pamięć? Jak damy sobie radę z nieprzewidzianą sytuacją? A poza tym, nie miałem zielonego pojęcia, jaka jest konkurencja. Może nasza składanka, niezależnie od tego, jak nam pójdzie występ, okaże się infantylna lub, co gorsza, nudna? Albo po prostu śmieszna w swym zadęciu na tragizm? Tego rodzaju porażka byłaby upokarzająca. Czułem, że podejmuję ogromne ryzyko.

W biurze organizacji Przeglądu panował senny spokój. Za stołem siedziała młoda sekretarka i malowała sobie paznokcie.

– Chciałbym zgłosić zespól do tegorocznego Przeglądu – powiedziałem nieśmiało.

– W czyim imieniu przychodzisz? – spytała sekretarka, nie przerywając czynności, którą była zajęta.

– Jak to w czyim? – zdziwiłem się. – We własnym. W imieniu zespołu, który reprezentuję.

Obrzuciła mnie wzrokiem.

– Nie wyglądasz mi na instruktora ani na nauczyciela – powiedziała, wracając do paznokci.

– Co więcej, nie jestem żadnym z nich – stwierdziłem z udanym smutkiem. – Czy znaczy to, że nie mam prawa do zgłoszenia zespołu?

– Termin zgłoszeń już minął – odrzekła wymijająco.

Poczułem przykry skurcz serca, a jednocześnie – ulgę. Cóż, nie udało się, lecz może to i dobrze. Przepada wprawdzie szansa na zwycięstwo i laur, lecz znika też zarazem widmo kompromitacji.

– Minął… – powtórzyłem jak echo. -A wolno wiedzieć, kiedy?

– Dziś o dwunastej w południe – wyjaśniła z obłudnym żalem. Spojrzałem na zegarek. Było piętnaście po trzeciej.

– Do drugiej miałem lekcje – powiedziałem jakby do siebie.

– Trzeba było przyjść wczoraj – rozłożyła ręce w bezradnym geście, sprawdzając przy okazji efekt swoich zabiegów kosmetycznych.

– No tak… – bąknąłem z rezygnacją i zacząłem się zbierać do wyjścia, lecz w tym momencie wkroczył do pokoju ni mniej, ni więcej, tylko sam ES we własnej osobie, jeden z najpopularniejszych w owym czasie aktorów, i sekretarka zerwała się z miejsca z przymilnym uśmiechem.

ES znany był nie tylko jako wybitny artysta dramatyczny, lecz również jako fascynująca, kapryśna osobowość. Krążyły o nim legendy, jaki bywa trudny we współpracy, jakie płata figle partnerom na scenie i jaki zarazem potrafi być miły dla personelu pomocniczego, a zwłaszcza dla swoich wielbicieli. Słyszało się wiele o jego narcyzmie i megalomanii, i o tym, jak zabawnie ukrywa te słabości pod maską skromnego, nieśmiałego prostaczka. Łasy na poklask i wyrazy podziwu, chętnie zadawał się z młodzieżą, ucząc w szkole aktorskiej i patronując różnym imprezom teatralnym, takim właśnie jak Przegląd Scen Amatorskich. Ostatnio święcił tryumfy jako Prospero w Burzy Szekspira – spektaklu, na który bilety wykupione były na wiele tygodni naprzód, a który ja zdołałem obejrzeć już kilkakrotnie i poznać prawie na pamięć.

Teraz, gdy wszedł do gabinetu z figlarnym „Buon giorno, cara mia” rzuconym sekretarce, ujrzałem go z bliska po raz pierwszy w życiu i aż mnie zatkało z wrażenia. Po chwili jednak, gdy wspaniałomyślnie zafundował mi rękę i przedstawił się po kabotyńsku, odzyskałem przytomność umysłu i podjąłem grę, w której dostrzegłem dla siebie cień szansy. Zwróciłem się mianowicie do niego słowami Ariela:

Witaj, wielki mistrzu! Witaj, czcigodny panie! Jestem gotów Do wszelkich usług: czy mi każesz fruwać, Pływać, nurkować w ogień czy ujeżdżać Stada kudłatych chmur – każde zadanie Wypełni Ariel z kohortą swych duchów.

Spojrzał na mnie bystro i z upodobaniem, po czym, przybrawszy w mgnieniu oka surową i wyniosłą minę swojego wspaniałego Prospéra, podjął dialog z miejsca, do którego doszedłem:

Czy rozegrałeś burzę, jak kazałem?

– Tak, co do joty- rzekłem, jakbym grał z nim na scenie. I dalej, Szekspirowską frazą:

Na królewski statek

Spadłem i siałem płomienistą grozę…

Postąpił krok w moją stronę i objął mnie ramieniem:

Brawo, mój druhu!