— Ktoś ma ochotę na drinka? — odezwała się niania Ogg. Pojawiła się znikąd, trzymając tacę, i sprawnie wkroczyła pomiędzy nich niczym bardzo nieliczne siły pokojowe. — Mamy tu pełny wybór…
— Łącznie ze szklanką mleka, jak widzę — zauważył Kubeł.
Salzella spoglądał to na jedną, to na drugą czarownicę.
— Była pani bardzo przewidująca — stwierdził.
— Nigdy nic nie wiadomo — odparła niania.
Gribeau ujął szklankę oburącz i zaczął chłeptać mleko językiem. Po chwili spojrzał na Salzellę.
— Na co patrrrzysz? Nie widziałrreś, jak się pije mrrrrleko?
— Nigdy tak… Nigdy w ten sposób.
Niania mrugnęła do babci, odwróciła się i zaczęła odchodzić.
Babcia chwyciła ją za ramię.
— Pamiętaj — szepnęła. — Kiedy wejdziemy do loży, miej oko na panią Plinge. Pani Plinge coś wie. Nie jestem pewna, co się stanie, ale się stanie.
— Dobrze — zgodziła się niania. I odeszła żwawo. — No pewnie — mruczała pod nosem. — Zrób to, zrób tamto…
— Drinki tutaj, jeśli można.
Niania spojrzała w dół.
— Coś podobnego — powiedziała. — Kim ty jesteś?
Postać w futrzanym cylindrze mrugnęła do niej porozumiewawczo.
— Jestem hrabia de Nobbs — wyjaśniła. — A ten tutaj — dodała — to hrabia de Tritus.
Niania popatrzyła na trolla.
— Jeszcze jeden hrabia? Co to się wyrabia? Chyba nie na wabia? Co mogę podać panom oficerom?
— Oficerowie? My? — zdziwił się de Nobbs. — Skąd pomysł, że jesteśmy ze straży?
— On ma na głowie hełm — wyjaśniła niania. — Ma też swoją odznakę przypiętą do fraka.
— Mówiłem ci, żebyś ją zostawił! — syknął Nobby. Z zakłopotanym uśmiechem zwrócił się do niani. — Wojskowy styl — zapewnił. — Odznaka to modny element. W rzeczywistości jesteśmy dobrze sytuowanymi dżentelmenami i nie mamy nic wspólnego ze Strażą Miejską.
— A zatem, dżentelmeni, czy napijecie się wina?
— Dziękuję, nie na służbie — rzekł troll.
— No tak, bardzo panu dziękuję, hrabio de Tritus — rzucił z goryczą Nobby. — Rzeczywiście, całkiem tajna misja. Może od razu pomachasz pałką, żeby wszyscy mogli zobaczyć?
— Jak myślisz, że to pomoże…
— Schowaj ją!
Brwi hrabiego de Tritusa zetknęły się w umysłowym wysiłku.
— Czyli to była ta… ironia, co? Wobec starszego stopniem?
— Nie możesz być starszy stopniem, bo nie jesteśmy strażnikami. Przecież komendant Vimes trzy razy tłumaczył…
Niania Ogg oddaliła się taktownie. Przykro było patrzeć, jak niszczą swoją legendę.
Ten świat był dla niej obcy. Przyzwyczaiła się do takiego, w którym mężczyźni noszą kolorowe ubrania, a kobiety chodzą w czerni. Dzięki temu o wiele łatwiej zdecydować rankiem, co na siebie włożyć. Ale w gmachu Opery zasady odzieżowe uległy odwróceniu. Kobiety ubierały się tu jak oszronione pawie, a mężczyźni przypominali pingwiny.
Czyli… jest tu straż. Niania była w zasadzie osobą praworządną, jeśli nie widziała akurat powodu do łamania prawa. Dlatego też miała do jego przedstawicieli ten szczególny stosunek, który można opisać jako permanentną i głęboką nieufność.
Na przykład ich podejście do kradzieży. Niani pogląd na kradzież był poglądem czarownicy, o wiele bardziej skomplikowanym niż reprezentowany przez prawo oraz — trzeba to szczerze przyznać — przez ludzi będących właścicielami czegoś, co warto ukraść. Wszyscy oni wymachiwali ciężkim toporem prawa w okolicznościach wymagających delikatnego skalpela zdrowego rozsądku.
Nie, uznała niania. Policjanci ze swoimi ciężkimi buciorami nie są tu pożądani w taką noc jak dzisiejsza. Warto chyba umieścić pinezkę pod dudniącymi stopami Sprawiedliwości.
Skryła się za pozłacaną statuą i sięgnęła w zakamarki sukni; przechodzący widzowie obejrzeli się zdumieni dziwnym brzdękaniem gumek. Niania była pewna, że gdzieś ją ma — zapakowała jedną na wszelki wypadek.
Zadźwięczała nieduża butelka. No tak.
Po chwili niania wynurzyła się, niosąc na tacy dwa małe kieliszki. Skierowała się do strażników.
— Napój owocowy dla panów oficerów? — zaproponowała. — Och, głuptas ze mnie, co ja gadam, wcale nie oficerów. Napój owocowy domowej roboty?
Detrytus powąchał podejrzliwie, natychmiast oczyszczając sobie zatoki.
— Co w tym jest? — zapytał.
— Jabłka — odparła zgodnie z prawdą niania. — No… Głównie jabłka.
Obok jej dłoni kilka rozlanych kropli przeżarło metal tacy, spadło na dywan i zaczęło dymić.
Widownia brzęczała gwarem wielbicieli opery, zajmujących swoje miejsca, i pani Lawsy szukającej butów.
— Naprawdę nie powinnaś ich zdejmować, mamo.
— Strasznie cisnęły.
— Przyniosłaś robótkę na drutach?
— Musiałam ją chyba zostawić w damskiej.
— Oj, mamo…
Henry Lawsy zaznaczył miejsce w książce zakładką, po czym wzniósł swe wilgotne oczy ku niebu. I zamrugał. Wprost nad nim — bardzo daleko nad nim — migotał krąg światła.
Matka podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.
— Co to takiego?
— Myślę, że to żyrandol, mamo.
— Duży, nie ma co. Co go tam trzyma u góry?
— Jestem pewien, że mają tam specjalne liny i inne takie, mamo.
— Na moje oko wygląda trochę groźnie.
— Jestem przekonany, mamo, że jest całkiem bezpieczny.
— A niby skąd się znasz na żyrandolach?
— Ludzie z pewnością nie przychodziliby do Opery, mamo, gdyby istniało ryzyko, że żyrandol spadnie im na głowę — odparł Henry, próbując wrócić do książki.
„Il Truccatore, Mistrz Przebrań”. Il Truccatore (ten.), tajemniczy arystokrata, wywołuje skandal w mieście, uwodząc wysoko urodzone damy, przebrany za ich mężów. Jednakże Laura (sop.), od niedawna narzeczona Capriccia (bar.), nie ulega jego komplementom…
Henry włożył zakładkę, wyjął z kieszeni mniejszą książeczkę i starannie sprawdził słowo „komplement”. Wchodził w świat, którego nie znał; skrępowanie czyhało na każdym kroku, więc nie miał zamiaru potknąć się na jakimś wyrazie. Henry żył w ciągłym lęku, że „później go przepytają”.
…i z pomocą swego sługi Wingiego (ten.) wymyśla fortel…
Słownik znowu się przydał.
… następuje kulminacja…
I znowu.
…w słynnej scenie balu maskowego w pałacu Księcia. Jednak Il Truccatore nie przewidział, że jego dawny adwersarz, hrabia de…
— Adwersarz… — westchnął Henry i sięgnął do kieszeni.
— Kurtyna za pięć minut…
Salzella urządził przegląd swoich sił. Składały się ze stolarzy, malarzy i innych pracowników, którzy wieczorem nie byli niezbędnie potrzebni. Na końcu szeregu stało na baczność jakieś pięćdziesiąt procent Waltera Plinge.
— Wszyscy znacie swoje pozycje — mówił Salzella. — Jeśli coś zobaczycie, cokolwiek, macie mnie natychmiast zawiadomić. Zrozumieliście?
— Panie Salzella!
— Słucham, Walterze.
— Nie możemy przerwać opery!
Salzella pokręcił głową.
— Jestem pewien, że publiczność zrozumie…
— Przedstawienie musi trwać, panie Salzella!
— Walterze, masz robić, co ci każę!