Выбрать главу

Szambelan umarłych.

– John z Leeds – szepnął do niej Myrnin. – Znakomity wybór. Kiedyś był heroldem króla Henryka, o ile pamiętam. Nienaganne maniery.

Już wywoływano następne nazwisko i kolejna para wysunęła się naprzód. Ze swojego miejsca Claire nie widziała, co jest za drzwiami do bocznej sali, ale dostrzegała blask palących się świec.

– To potrwa wieki – stwierdziła.

– Ceremoniał to część radości życia – powiedział Myrnin i podał jej kieliszek czegoś musującego. – Pij.

– Nie powinnam.

Uniósł brew. Podniosła szampan do ust i spróbowała – ani słodki, ani gorzki, po prostu taki jak trzeba. Jak butelkowane światło.

Może chociaż mały łyczek.

Kieliszek był pusty, zanim ona i Myrnin znaleźli się na początku kolejki; Claire zrobiło się gorąco i nieco się chwiała na nogach, cieszyła się, że Myrnin wziął ją pod ramię. Herold John stał teraz po lewej stronie Myrnina i chyba nieco się zdziwił na chwilę, a potem zapowiedział ze swoją zwykłą swadą:

– Pan Myrnin z Conwy, ze swoją towarzyszką, Claire Danvers.

I tyle by było z ich incognito.

Głowy zaczęły się obracać w ich stronę. Claire usłyszała szepty, kiedy weszła z Myrninem do salę. Było to ogromne pomieszczenie urządzone jak sala bankietowa, zastawione okrągłymi stolikami i krzesłami, z wysokim podestem na podwyższeniu. Białe obrusy na stołach. Na każdym stole kwiaty. Połyskujące szkło i błyszcząca porcelana. Cała sala oświetlona była świecami – tysiącami świec w ciężkich, kryształowych świecznikach.

Byłby to widok magiczny, gdyby nie był tak przerażający. Pod naporem setek oczu śledzących każdy jej krok Claire poczuła, że kolana zamieniają jej się w torebki z wodą.

Myrnin to chyba wyczuł.

– Spokojnie – powiedział cicho. – Uśmiech. Głowa do góry. Żadnej oznaki słabości.

Starała się. Nie była pewna, czyjej się udało, ale kiedy puścił ją obok krzesła, bardzo szybko usiadła. Znajdowali się przy pustym stole w głębi sali. Kiedy rozejrzała się wkoło, zobaczyła, że Sam siedzi niedaleko, tak samo Oliver. Eve była przy nim i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Claire.

Michaela nie widziała. Niestety, Shane'a widziała za to aż za bardzo wyraźnie, bo Ysandre zasiadła na podwyższeniu, a Shane'a poprowadziła za sobą na smyczy, żeby każdy mógł się mu przyjrzeć. Siedzieli na jednym krańcu długiego stołu, François ze swój ą towarzyszką siedział na drugim.

Ale nadal nie było widać ani Amelie, ani Bishopa.

Ojciec Claire zaczął już się podnosić ze swojego miejsca po przeciwnej stronie sali, ale wampirzyca wzięła go za ramii; i pociągnęła z powrotem na krzesło. A więc najwyraźniej zasady mówiły, że gościom nie wolno się przemieszczać. Bardzo chciała do niego podejść, ale kiedy spojrzała na Myrnina, pokręcił głową.

– Czekaj – powiedział. – Sama chciałaś grać w tę grę, Claire. Teraz przekonamy się, czy naprawdę masz dość ikry, żeby to zrobić.

– To mój tata!

– Mówiłem ci, że to będzie sprawdzian nerwów. Twoje widać jak na dłoni. Uspokój się.

Ciekawe słowa ze strony faceta, któremu oczy czerwieniały, kiedy zaczynał mu się stawiać ktoś tak mało groźny jak Sam. Claire skupiła się jednak na powolnym, głębokim oddychaniu i nie podnosiła wzroku, żeby uniknąć pokusy. Powoli się uspokajała.

– Ach – odezwał się Myrnin głosem pełnym satysfakcji. – Tu są.

Miał na myśli, oczywiście, Amelie i Bishopa. Amelie weszła pierwsza, z prawej części podniesienia, niczym połyskująca rzeźba, cała w bieli tak zimnej, że aż kłuła w oczy. Przebrała się za ducha lodu, co pod wieloma względami do niej pasowało. Platynowe włosy miała splecione w połyskujący kok, wyglądała delikatnie i krucho.

U jej boku szedł Jason Rosser. Przynajmniej tak się Claire wydawało. Jeszcze nigdy nie widział go po kąpieli i wizycie u fryzjera, ale poznawała go po zgarbionych ramionach i chodzie. Miał na sobie mnisią szatę z kapturem. Wybrała kogoś, kogo nie boi się stracić – pomyślała Claire. Dlatego nie zdecydowała się na mnie. Powinna była poczuć się lepiej z powodu tego odrzucenia, a jednak lepiej się nie poczuła.

Bishop wszedł na podwyższenie od lewej strony. Ubrany był w kościelną purpurę i przebrany – jakżeby inaczej – za biskupa, pomijając brak krzyża. Miał nawet infułę, wysoki kapelusz.

U boku miał anioła, a przynajmniej kobietę przebraną za anioła, z białymi pierzastymi skrzydłami, które były wyższe niż ona sama i ciągnęły się za nią po ziemi.

Claire obiema dłońmi zakryła usta, żeby powstrzymać krzyk, który jej się wyrywał.

To była jej matka.

– Spokojnie – powiedział Myrnin. Chłodną dłonią uścisnął jej ramię. – Co ci mówiłem? Panuj nad sobą! Przed nami jeszcze daleka droga.

Nie chciała go słuchać. Chciała rzucić się po mamę i tatę, po Shane'a, Michaela i Eve. Chciała wydostać się stąd, wyjechać poza granice Morganville, a potem jechać dalej.

Nie chciała już tu dłużej być.

Pozostali goście zajęli resztę krzeseł przy ich stoliku, a dwoje z nich to byli Charles i Miranda. Miranda wyglądała okropnie młodo i blado pod wężowatymi włosami, w greckim kostiumie. Usiadła obok Claire i pod obrusem sięgnęła po jej dłoń. Claire pozwoliła j ą sobie uścisnąć. Dłoń Mirandy była tak samo zimna jak Myrnina i wilgotna od potu.

– To się dzieje – powiedziała Miranda. – Cała ta krew. Cały strach. To się naprawdę dzieje.

– Cicho – powiedział siedzący obok niej Charles i wskazał talerz. – Jedz. Wołowina doda ci sił.

Miranda, podobnie jak Claire, bez apetytu dziobała mięso na talerzu. Claire spróbowała – mięso było smaczne, miękkie, pachnące dymem – ale nie miała apetytu. Myrnin zabrał się do swojego z przerażającym zapałem. Zastanawiała się, ile czasu minęło, odkąd jadł prawdziwy posiłek albo miał na taki posiłek ochotę. To ją naprowadziło na całą serię chaotycznych pytań: Czy w tym tłumie są wegetarianie? Czy wampirom zdarza się cierpieć na alergie pokarmowe? Bez entuzjazmu pogryzając chleb, Claire zobaczyła, że Amelie patrzy w ich stronę. Z tej odległości nie sposób było odczytać wyrazu jej twarzy, ale Claire była pewna, że Amelie nie była uradowana.

– Amelie chyba każe nas stąd wyrzucić – powiedziała do Myrnina. Przeżuł ostatni kęs swojej wołowiny.

– Nie wyrzuci – odparł z absolutnym przekonaniem. – Nie masz zamiaru tego jeść?

Claire z ulgą podsunęła mu swój talerz. Myrnin zaczął kroić mięso.

– Amelie nie może sobie pozwolić na scenę – powiedział. – A Bishop na pewno się ubawi na mój widok.

Znów wydawał się dziwny, niemal szczęśliwy. Claire przyjrzała mu się niepewnie.

– Dobrze się czujesz?

– Jak nigdy – odparł. – Ach, deser!

Służący zaczęli roznosić do stolików kieliszki do martini pełne jagód ze śmietaną. Jagód ze śmietaną nawet Claire nie była w stanie sobie odmówić. Zjadła cały deser, w przerwach zerkając czy Shane też je. Chyba nie jadł. W ogóle się nie ruszał.

Kiedy rozniesiono poobiednie napoje – krew dla wampirów, szampan i kawę dla nie tolerujących hemoglobiny – w sali zaczęły się szmery, ich fala rosła, a Claire też ogarnęło ogólne ożywienie.

– Myrnin? Co się dzieje?

Miranda znów złapała ją za rękę, ściskając tak mocno, że Claire o mało nie pisnęła.

– Nadchodzi – powiedziała Miranda. – Już jest prawie po wszystkim.

Zanim Claire zdążyła zapytać, co ona ma na myśli, Myrnin dotknął jej ramienia i powiedział:

– Ceremonia się zaczyna.

John z Leeds zajął miejsce na podeście. Miał na sobie tradycyjny kaftan herolda, zauważyła Claire, zupełnie taki sam jak w książkach i na obrazach. Na wpół spodziewała się, że wyciągnie długą, cienką trąbkę.