Zamiast tego otworzył tę samą księgę, którą trzymał przed wejściem do sali.
– Oto przyszedł dla nas dzień – rozpoczął niskim głosem, – kiedy ten, który wart jest naszego hołdu lennego, nawiedził nas, więc witamy go w naszych progach.
Bishop wstał. Na podwyższeniu za nim rozsunęła się kurtyna, za którą stał rzeźbiony tron.
Bishop podszedł i na nim zasiadł.
Matka Claire została na swoim miejscu, za stołem.
– Co się dzieje? – spytała Claire. Myrnin ją uciszył.
– Kiedy wymienię wasze imiona, podchodźcie bliżej ze swoimi darami – powiedział John. – Maria Theresa. Wysoka Hiszpanka ubrana w połyskujący kostium matadora wstała z krzesła, wzięła za ramię mężczyznę, który przyszedł z nią na ucztę i zaprowadziła go w stronę podwyższenia. Skłoniła się przed Amelie, a potem zwróciła w stronę tronu Bishopa. Znów się ukłoniła.
– Składam ci hołd lenny – powiedziała. – I przekazuję dar. Spojrzała na stojącego obok niej mężczyznę. Wydawał się… oszołomiony. Jakby zamarł.
Bishop spojrzał na niego i uśmiechnął się.
– Królewski podarunek – powiedział. – Dziękuję ci za niego. Machnął w ich stronę palcami i okazało się, że to już po wszystkim.
– Vassily Ivanowich – zawołał John z Leeds.
Parada trwała. Nikogo nie zabijano. Zupełnie jakby to było tym, czym to określił Myrnin. Symbolem. Wyrazem poddaństwa.
Claire wypuściła wstrzymywany oddech. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak długo go trzyma, ale cała klatka piersiowa aż j ą bolała.
– On mógł ich zabić. Prawda? Gdyby chciał?
– Prawda. Ale tego nie robi. – Minę miał bardzo poważną i skupioną pod makijażem klauna. – Zastanawiam się, co go powstrzymuje.
Claire zauważyła, że to może jeszcze trwać godzinami.
Ale stało się inaczej. Pierwsze ostrzeżenie przyszło, kiedy Sam wstąpił na podwyższenie ze swoim darem. Skłonił się przed Amelie, ale Bishopowi tylko skinął głową. Bishop się wyprostował.
– Witam cię w Morganville – powiedział Sam. – Ale nie złożę ci przysięgi lojalności.
W sali zapadła całkowita cisza, nie słychać było nawet szelestu materiałów i brzęku porcelany, jaki do tej pory dało się tam słyszeć. Amelie, zauważyła Claire, przysunęła się bliżej Sama, odsuwając się od pozostałych wampirów.
– Nie? – powiedział Bishop i skinieniem wezwał Sama bliżej siebie. Sam podszedł, ale tylko o krok. – Towarzysząca ci dama uznaje mnie. Dlaczego ty nie chcesz?
– Złożyłem inną przysięgę.
– Jej – powiedział Bishop. Sam pokiwał głową. – No cóż, w takim razie jej przysięga ciebie też ze mną zwiąże, Samuelu. Wierzę, że to wystarczy. – Popatrzył na dziewczynę. – Zostaw tu swój dar.
Samuel nawet nie drgnął.
– Nie.
Amelie coś do niego mruknęła, ale na tyle cicho, że szept nie doleciał do uszu Claire, mimo znakomitej akustyki pomieszczenia.
– Ona jest pod moją opieką – powiedział Sam. – A jeśli chcesz dostać dar, weź to, co Morganville ci oferuje. Wolność.
Sięgnął do kieszeni przepasanych sznurem parcianych spodni Hucka Finna i wyjął z niej torebkę z krwią.
Ysandre zerwała się natychmiast ze swojego miejsca. Tak samo François.
– Jak śmiesz! – warknął François i wytrącił Samowi torebkę z krwią z ręki. – Zabierz stąd to świństwo!
Ysandre chwyciła za włosy towarzyszkę Sama i odciągnęła ją na bok.
– Ona jest darem – powiedziała – i nie masz prawa go jemu odmawiać.
– On nie ma prawa – powiedziała Amelie. Każde jej słowo brzmiało dźwięcznie jak kryształ. – Ale ja mam. Bishop i ona zmierzyli się spojrzeniami i przez bardzo, bardzo długą chwilę nikt nie śmiał się poruszyć.
A potem Bishop uśmiechnął się, usiadł swobodniej na tronie i machnął ręką.
– Zabierz ją, Samuelu – powiedział. – Stwierdzam, że jednak, nie przypadła mi do gustu.
Sam złapał dziewczynę za rękę. W półmroku rozlegały się szepty, kiedy mijał stoły. Skierował się prosto do stolika, przy którym siedział Michael, nachylił się i coś do niego powiedział. Michael coś odparł ze spiętą miną. O cokolwiek się spierali, Michael zdecydowanie się sprzeciwiał.
Sam szarpnięciem postawił Michaela i rym razem Claire usłyszała, co mówi:
– Po prostu idź ze mną!
Cokolwiek planował Michael, było już za późno, bo John z Leeds zapowiedział:
– Michael Glass z Morganville. – A wszyscy czekali na to, co zrobi najmłodszy wampir w mieście.
Michael wziął Monice za rękę i podszedł do podwyższenia. Wszedł po stopniach, skinął głową Amelie, a potem Bishopowi. Bez specjalnego ugrzecznienia wobec żadnej ze stron.
– Ach, dziewczyna Morrellów – powiedział Bishop. – Wiele o tobie słyszałem, moje dziecko.
Monica, ta idiotka, chyba się z tego ucieszyła. Dygnęła.
– Dziękuję panu.
– Czy pozwoliłem ci mówić? – spytał i znów skupił uwagę na Michaelu. – Twój krewniak odmówił złożenia przysięgi lojalności. Co ty powiesz, Michaelu?
– Jestem tu – odparł Michael. – Ale przysięgać niczego nie zamierzam.
Bishop polecił mu zejść z podwyższenia. Monica szła powoli i mizdrzyła się do Bishopa.
– Co za kretynka – mruknęła Claire pod nosem, a Myrnin zachichotał.
– Kilka zawsze się znajdzie – powiedział. – Na szczęście. – Kolejny wampir stał na podium. Był nieco bardziej uprzejmy niż Michael. Powitał Bishopa jako gościa Morganville, ale też nie złożył przysięgi. Bishop zrobił kwaśną minę. – Zaczyna się robić ciekawie. Zastanawiam się, ile czasu on to będzie tolerował.
Niedługo, jak się zdawało, bo Oliver był następny. I chociaż ukłonił się, było w tym ukłonie coś wysilonego. Coś wojowniczego. Bishop to wyczuł.
– Cóż powiesz, Oliverze z Heidelbergu?
– Witam cię – powiedział Oliver. – I nic więcej. – Znów się ukłonił, tym razem kpiąco. – Twoje panowanie dobiegło końca.
Nie zauważyłeś?
Bishop wstał. Podnieśli się też François i Ysandre.
– Zostaw swój dar – powiedział. – I odejdź, póki odejść ci pozwalam.
A Oliver, ten tchórz, puścił dłoń Eve i zszedł z podestu. Porzucił ją tam.
Michael, wciąż obecny na sali, próbował ruszyć jej na pomoc, ale Sam złapał go i przytrzymał.
– Puszczaj mnie! – wrzasnął Michael i we dwóch potoczyli się na stół, z którego posypały się kryształy i kosztowna porcelana. – Nie możesz mu pozwolić…
François i Ysandre zbliżali się do Eve z dwóch stron niczym polujące tygrysy. A ona stała tam, zmrożona strachem i wzrokiem Bishopa.
Shane wstał i zdjął psią maskę, którą kazała mu nosić Ysandre. Podszedł i stanął obok Eve, odpiął smycz i rzucił jej skórzany zwój na posadzkę.
– Skończyłem z tym badziewiem – powiedział i podsunął łokieć Eve. – A ty?
– Jak najbardziej – zgodziła się. – Chociaż lubię udane maskarady. Czy mogę zatrzymać tę obrożę, jeśli już nie jest potrzebna?
– A bierz j ą sobie.
Próbowali zachować swobodę, ale Claire wyczuwała zbierające się wkoło zło, tę brutalność, która za moment mogła eksplodować, ale Shane nic by im nie zrobił, nie mógł zwyciężyć. Mógł tylko dać się zabić.
Zaczęła się wyrywać, żeby wstać z krzesła. Myrnin przytrzymał ją i zmusił, żeby usiadła.
– Nie powiedział. – Czekaj.
– To moi przyjaciele!
– Czekaj!
Miał rację. Między Shane'em i Eve a Bishopem stanęła Amelie.
– Oni należą do mnie – powiedziała. – Oliver nie może ich nikomu podarować.
– Ten sam argument można wysunąć do każdego w tym mieście – powiedział Bishop. – Odmówisz mi wszelkich darów?